Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

29 stycznia 2016

"Łowca snów" Stephen King

tytuł oryginału: The Dreamcatcher
tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
data wydania: 2011 (pierwsze polskie wydanie: 2001)
data wydania oryginału: 2001
liczba stron: 608












        Początek Łowcy snów wywoływał u mnie ambiwalentne uczucia- z jednej strony był obrzydliwy i ciężko było
o tym czytać, z drugiej wywoływał jakiś niepokój, dreszczyk emocji, czyli powinnam stwierdzić, że był dobry. Obrzydliwie dobry.

        Generalnie fabuła obraca się wokół inwazji obcych. W samym środku tej inwazji znajduje się czterech przyjaciół, którzy od kiedy byli nastolatkami spędzają jeden weekend w ciągu sezonu polowań w chacie w środku lasu należącej do jednego z nich.
W zasadzie niewiele więcej musicie wiedzieć, bo cała reszta odarłaby książkę z otoczki tajemnicy i nie mielibyście frajdy z czytania tych wszystkich retrospekcji. Dlatego NIE CZYTAJCIE OPISU. Nie mogę uwierzyć, że to kolejny opis zdradzający całą fabułę książki na jaki natknęłam się w ostatnim czasie, tego na szczęście nie przeczytałam przed lekturą.

        Paradoksalnie jedna z nielicznych książek Kinga, a może jedyna, która wywołała u mnie coś na kształt strachu nie podobała mi się! Początek był dobry, naprawdę dobry, w zasadzie sama inwazja obcych, jej przebieg
i przedstawienie kosmitów- to wszystko było bardzo ciekawe i takie inne! Ale gdzieś w połowie akcja straciła rozpęd i szczerze mówiąc mało mnie interesowała, może dlatego, że wiadomo było jak książka się skończy. Kosmici owszem byli ciekawi, jednak ja skończyłam Łowcę snów bardziej z przymusu (bo jeśli się da to kończę każdą książkę), myślałam sobie: no niech to się wreszcie skończy... Nie było to oczywiście spowodowane tym, że książka była tragiczna i nie mogłam wytrzymać do końca- po prostu mnie znudziła.
Dodatkowo nie podobał mi się wątek łowcy snów, jakby King miał fajny tytuł i czuł przymus wciśnięcia go na siłę
w fabułę książki. Być może przez swoje znudzenie i pobieżne czytanie już samej końcówki nie zrozumiałam o co dokładnie chodziło z tym łowcą. King na końcu pisze, że jego żonie tytuł pierwotny się nie podobał i niejako wymusiła na nim zmianę. Może dopisywał ten cały wątek na szybko...?

        Podczas czytania miałam takie przemyślenia- ile jest dziś Kinga w Kingu?
Czy to on pisze coraz gorzej? O ile się dobrze orientuję wydaje średnio jedną książkę rocznie, to mi pachnie niedopracowaniem i rzemiosłem niż procesem twórczym, w wyniku którego powstaje świetna lektura. A może to ja zaczynam czytać "lepsze" książki i dostrzegam niedociągnięcia i banały w powieściach autora, który zalicza się do grona moich ulubionych?
Podczas czytania natknęłam się na zakładkę, którą zostawiła w niej moja siostra... Ona nie dotrwała do końca.

         Zdecydowanie nie poleciłabym Łowcy snów na początek przygody z twórczością Kinga. Czy poleciłabym fanom? Myślę, że mimo wszystko tak, być może kogoś innego nie zacznie nudzić.

07 lipca 2014

"Wielki Marsz" Stephen King

 Czułam dumę kiedy zaliczyłam pierwszą naprawdę ciężką sesję w moim życiu, a teraz znów czuję się wartościowym człowiekiem, bo przeczytałam książkę! Niezwłocznie dzielę się z wami wrażeniami :)
 (teraz pewnie nastąpi czas kiedy będę pożerać książki hurtowo, więc częściej będę tu cokolwiek publikować, jednak niestety od października znów będzie zastój i czytać będę, ale niekoniecznie to na co bym miała ochotę :d)



 tytuł oryginału: The Long Walk
 tłumaczenie: Paweł Korombel
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2012
data wydania oryginału: 1979
liczba stron: 340












Stephen King został zaszufladkowany jako autor horrorów i jako taki jest kojarzony, nawet przez osoby nie czytające, ale jego fani, którzy przeczytali już naście książek z jego obszernej bibliografii doskonale zdają sobie sprawę z tego, że napisał wiele książek, które z horrorami wiele wspólnego nie mają. Wielki Marsz to taka właśnie książka (chociaż jakby się zastanaowić to jej bohaterowie przeżywają prawdziwy koszmar).

King roztacza przed nami wizję Stanów Zjednoczonych w niedalekiej przyszłości, choć niewiele się one różnią od czasów obecnych, to ludzie w tym świecie mają szczególny rodzaj rozrywki- Wielki Marsz, którego metę wyznacza miejsce śmierci przedostatniego z zawodników, a na podium staje tylko jeden z całej setki. Jednakże jakby się zastanowić King nie wymyślił niczego nowego, ludzie już mieli podobne rozrywki- jak słynne rzymskie igrzyska. Co ciekawe tu zawodnicy to ochotnicy, nie są niewolnikami (jak gladiatorzy). Powody dla których się zgłaszają są bardzo różne i poznajemy je w ciągu trwania akcji.

Można by pomyśleć, że książka jest nudna, no bo gdzie tu nieoczekiwane zwroty akcji, napięcie i emocje skoro z góry wiemy, że bohaterowie będą tylko maszerować. Ale to przecież twór Stephena Kinga. On potrafi budować napięcie, zaciekawić i sprawić, że ciężko przerwać lekturę. Abstrahuję od tego, że czytelnik zaciekawiony jest tym kto wygra (choć to jest akurat do przewidzenia). Wielki Marsz czyta się błyskawicznie i nie sposób inaczej, ale można by się przy kilku fragmentach zatrzymać i podumać, bowiem główny bohater co jakiś czas rozmyśla o śmierci i innych ważkich sprawach.

Myślę, że King świetnie oddał psychologię postaci i zachowanie zawodników. Jedyne co do czego mam jakieś wątpliwości to dystans przemierzony przez zawodników i to jak długo szli. Ciężko powiedzieć czy to fizycznie możliwe, choć z drugiej strony jeśli stawką w grze jest życie to człowiek, a raczej jego mózg i siła woli potrafią zrobić naprawdę wiele. Ale cóż to za życie po takim koszmarze?
Właśnie takie i wiele innych pytań pojawia się w trakcie czytania Wielkiego Marszu.

Szczerze powiem, że miło się zaskoczyłam jeśli chodzi o tę książkę. Wiele dzieł Kinga jest raczej takich do przeczytania w ramach rozrywki (czasem żeby się pobać), ale nie skłania do wielu refleksji, a Wielki Marsz to... Taka jedna wielka refleksja ;)
Książkę polecam!



A teraz "hejt" w stronę wydawnictwa: tak wielu błędów w dodruku, książce znanego autora, wydawanego wiele razy, jeszcze nigdy nie widziałam! To że pocket i tani to znaczy, że może się w nim znaleźć tyle błędów? Jestem zawiedziona, bo naprawdę lubię to wydawnictwo, a tu taka wtopa :/

25 maja 2014

"Czarna bezgwiezdna noc" Stephen King

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/57000/57944/352x500.jpgtytuł oryginału: Full Dark No Stars
tłumaczenie: Krzysztof Oblucki
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 18 maja 2011
data wydania oryginału: 2010
liczba stron: 488












Stary dobry King. A w zasadzie nie stary, bo Czarna bezgwiezdna noc to jeden z nowszych "kingów"- z roku 2010. Czekała dwa lata na półce, choć kiedy zobaczyłam zapowiedzi czekałam na nią z niecierpliwością; nie mogłam się jej doczekać, bo byłam jej bardzo ciekawa. I dobrze, że tyle się wyczekała, bo mój zapał ostygł i się nie rozczarowałam.

Powiedziałabym, że ten zbiór opowiadań to swoisty eksperyment. Po pierwsze jakoś tak odstaje od twórczości Kinga, choć wydał on tyle książek, tak różnorodnych, że na pytanie znajomego o czym on w zasadzie pisze nie potrafiłam odpowiedzieć (a przynajmniej zgodnie z prawdą)... W końcu ten pan nie trzyma się jednego gatunku, ponadto wydaje książkę praktycznie co roku od 40 lat! Po drugie, oczywiście, chodzi o treść.
Czarna bezgwiezdna noc traktuje bowiem o mordercach i o tym jak i dlaczego popełnili oni ten czyn. Można założyć, że King nie ma w tym doświadczenia, chociaż jak pokazuje jedno z opowiadań- można żyć z człowiekiem prawie trzydzieści lat i nie poznać jego najskrytszych i najmroczniejszych sekretów... ;)

Najbardziej w całym zbiorze podobało mi się pierwsze opowiadanie. Mamy tu klimat typowy dla książek Kinga- małe odizolowane od świata miasteczko (a w zasadzie jedną farmę). Uważam, że jest bardzo dobrze napisane, świetnie ukazana jest postać mordercy, zwłaszcza pod względem psychologicznym. Bardzo podobał mi się motyw "szczurzej królowej".
Pozostałe trzy opowiadania również całkiem dobrze napisane, ale że tak powiem "nie kupuję tego". Nie przekonał mnie King, zwłaszcza w przypadku drugiego i czwartego opowiadania, gdzie bohaterkami są kobiety. Stają się one morderczyniami bardziej z przypadku, choć w sumie kierowała nimi chęć zemsty. Jakoś nie przekonały mnie ich motywy i usprawiedliwienie dlaczego nie zgłosiły pewnych rzeczy odpowiednim władzom.

Wszystkie opowiadania mają mroczny klimat. Nie oznacza to wcale, że są "ciężkie", wręcz przeciwnie, czyta się je błyskawicznie.
Czarną bezgwiezdną noc oceniam jako średnią. Pierwsze opowiadanie bardzo mi się podobało, pozostałe przeczytałam, bo przeczytałam, ale nie wywołały we mnie większych emocji.
Miłym dodatkiem jest to, że autor w posłowiu napisał króciutką "genezę" tych opowiadań- gdzie i w jakich okolicznościach wpadł na pomysł napisania danego opowiadania.

ocena: 3/6

09 lutego 2012

"Dallas '63" Stephen King

tytuł oryginału: 11/22/63
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 08 listopada 2011(jednocześnie data premiery światowej)
liczba stron: 864
ocena: 6/6












Chyba każdy człowiek kojarzy Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. Już niekoniecznie musi znać całą jego historię, postać, prowadzoną politykę, wystarczy to, że był prezydentem Stanów Zjednoczonych i zginął w zamachu. Na dobrą sprawę tyle wiedziałam zanim przeczytałam Dallas '63. Mieszkam w Polsce, nie w Stanach, więc tyle mi wystarczyło.
Nie interesowała mnie nigdy historia Oswalda czy Kennedy'ego, nie zamierzałam jej dogłębnie studiować, a kiedy kupowałam najnowsza książkę Kinga to nie ze względu na to, że główny bohater miał uratować prezydenta, ale... głównie dlatego, że była to najnowsza książka Kinga. Czego chcieć więcej?
Jednak kłamstwem byłoby gdybym napisała, że kupiłam ją tylko ze względu na Kinga. Kupiłam ją także z uwagi na obietnicę podróży w czasie, do lat '60.

Jake Epping to nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls, w stanie Maine. Gdyby ktoś nie wiedział, że to książka Kinga, teraz byłby już prawdopodobnie pewny- wiele opisów książek Kinga zaczyna się podobnie ;) Ale do rzeczy. Jake ma przyjaciela, Ala Templentona, który jest właścicielem lokalnego baru. Pewnego popołudnia Al zaprasza go do swojego baru i... funduje mu wycieczkę w przeszłość. Kiedy Jake wraca z 1958 roku Al opowiada mu o swoich wędrówkach, o prawach jakimi rządzi się przeszłość i powierza mu niezwykłą misję, która ma zmienić historię świata. Jake ma ocalić prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy'ego.
Czy mu się to uda? Jakie przygody spotkają go podczas długiej wędrówki? Kogo spotka na swej drodze?

Przeszłość jest nieustępliwa. Przeszłość się harmonizuje. Przeszłość nie chce być zmieniana. Te zdania co i rusz powtarza główny bohater, Jake. I wierzcie mi ma ku temu powody. Przeszłość zrobi wszystko, żeby nie dopuścić do tego by została zmieniona. Jake na próbę zmienia życie pewnej rodziny i przeszłość naprawdę utrudnia mu zadanie. Więc jak będzie z uniemożliwieniem zamachu na życie prezydenta? Tu już nie chodzi o kilka osób, chodzi o losy milionów ludzi, przede wszystkim Jake ma nadzieję, że uratuje wielu młodych żołnierzy przed Wietnamem. Czy przyszłość i krucha rzeczywistość poradzą sobie z tak ogromną zmianą?

Jeśli chodzi o podróż w przeszłość to Stephen King nie zafundował mi rozczarowania. Wprawdzie to już nie lata '50 (które uwielbiam) tylko '60, ale i te mają klimat. Tak jak Dallas '63. King zabiera nas w niezwykłą podróż do przeszłości usianą nie tylko pułapkami nieustępliwego czasu, ale także swingiem, znacznie mniejszymi cenami, wszechobecnym dymem papierosowym, teksańskim słońcem, miłością, szczęściem. Wydawałoby się, że w tych czasach żyło się lepiej, prościej. Owszem pod pewnymi względami tak właśnie było. Ale była też mroczniejsza strona tych czasów- segregacja rasowa, rola kobiety w społeczeństwie i ogólna ludzka mentalność (dla przykładu życie prywatne mogło zaważyć w znacznym stopniu na karierze zawodowej).
King świetnie poradził sobie z przedstawieniem blasków i cieni tamtych lat nie skupiając się wyłącznie na wielkich postaciach politycznych, ale też na zwykłych, szarych mieszkańcach małych i wielkich miast.
Mimo wszystko chciałabym chyba żyć w tamtych czasach. Żyję zupełnie nie w tych czasach i nie w tym kraju, w którym powinnam żyć ;)
Właściwie dopiero pod koniec książki uświadomiłam sobie, że w 1963 King miał 16 lat. Dla mnie to wydarzenie w Dallas jest zupełnie odległe, świat tak bardzo przyspieszył, że mam wrażenie, iż to było ze 100 lat temu. Tymczasem dla Kinga to były czasy jego młodości. Nic więc dziwnego, że poradził sobie z przedstawieniem tych czasów tak znakomicie.

King napisał książkę, która jednocześnie łączy w sobie pewne wątki science-fiction (podróże do przeszłości), w pewnym sensie jest ona historyczna (z uwagi na czasy w jakich jest osadzona fabuła), ale poza tym to solidna obyczajówka z wątkiem miłosnym.
Obyczajówka i romans spod pióra Kinga!? Nie, nie uciekajcie. Wbrew pozorom King nie pisze jedynie horrorów. Wiele z jego książek nie dostaje etykietki "horror" (a przynajmniej na nią nie zasługuje, choć są i tacy, którzy uparcie ją przypinają). Ja uwielbiam te nie-horrory Kinga, uważam, że świetnie sobie radzi z pisaniem ich. Właściwie to nie przepadam jakoś szczególnie za horrorami Kinga ;>


Dallas '63 to prawdziwa cegiełka, ba to ponad 850 stron czystej prozy. Nie wydawała mi się ani trochę rozwlekła, wciągnęła mnie i pochłonęła bez reszty. Bohaterowie, jak przystało na tej grubości książkę, są dobrze przedstawieni. King porusza w niej wiele problemów, przedstawione są one, np. jako rozterki Jake co do jego misji, czy jego porównania tamtych lat do współczesności. Sam autor snuje przed czytelnikami różne wizje, m.in. co by było gdyby prezydent Kennedy przeżył zamach.
King pozwala sobie puścić oko do czytelnika- w Dallas są nawiązania do jego poprzednich książek. Niektóre subtelne, inne doskonale widoczne, jak te nawiązujące do To.

Tym fanom Kinga, którzy oczekują jego "typowej" powieści- czyli powieści mistrza grozy, Dallas '63 nie polecam. Bo nie ma w niej ani krzty grozy. No może poza pewnym momentem kiedy Jake wraca do przyszłości... ale nie będę zdradzać szczegółów.
Dallas '63 nie polecam także na początek zapoznawania się z twórczością Kinga. Nie ma co ukrywać, że King czasem pisze rozwlekle. Dla mnie tworzy to niepowtarzalny klimat jego książek, czytam te jego wywody z niesłabnącym zainteresowaniem, nie straszne są mi długie opisy w jego wykonaniu czy lektura rozważań głównych bohaterów. Ale nie każdy musi kochać Kinga od razu, a nikt nie chce się przecież sparzyć na starcie.
Natomiast wszystkim pozostałym fanom Kinga, a także tym, którzy interesują się zamachem na Kennedy'ego czy latami '60 gorąco polecam lekturę Dallas '63! Całkiem spora cegła, ale zafunduje Wam niezapomnianą podróż w przeszłość :)

27 maja 2011

"Chudszy" Stephen King/ Richard Bachman i "Przeklęty" Toma Hollanda

tytuł oryginału: Thinner
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 1997
wydanie pierwsze: 1984
liczba stron:
299
ocena: 2



Opis:
"Billy Halleck to dobry mąż, wspaniały ojciec i człowiek sukcesu. Zarabia coraz więcej jako adwokat, ma wygodny dom, kochającą rodzinę, ale ma także pięćdziesiąt funtów nadwagi i lekarz nieustannie przestrzega go przed zawałem. Pewnego dnia samochód Billy'ego potrąca starą Cygankę, której ojciec, niezadowolony z wyroku sądu, sam postanawia wymierzyć karę..."

Niestety recenzję tej książki muszę zacząć tak jak poprzedniej: nie zaskoczyło. Z uwagi na moje uwielbienie jakim darzę twórczość Kinga ubolewam nad tym. Jednocześnie pocieszam się, bo King to przecież dość płodny pisarz i w jego bibliografii muszą znaleźć się gorsze książki, na które wcześniej czy później natrafię.

Chudszy zaczął się całkiem nieźle, czytało się przyjemnie, jednak nie było jakiejś wyraźniejszej iskierki zainteresowania, owszem coś tam się tliło, ale to nie to. Gdzieś w połowie straciłam całkowicie zainteresowanie książką i fabułą choć rzekomo właśnie w tym miejscu się rozkręca.
Muszę przyznać, że jest to dość monotonna książka, fabuła nie jest jakoś ciekawie skonstruowana. Konceptów, od których dreszcz może przejść po plecach naliczyłam się... dwóch... A mianowicie w przypadku samej klątwy i "oddychającego" placka... Dziwna rzecz, ale cóż... ;P
Nie mogłam wczuć się w sytuację Billy'ego ani w poczuć jakiejkolwiek empatii, jego zawód mi do niego nie pasował, co więcej cały czas zapominałam jego nazwiska, a jak doszedł jeszcze jego lekarz i policjant- cała trójca ma nazwiska na H- to już całkiem się pogubiłam. Nie podobała mi się postać Ginellego, nie zachowywał się jak gangster, nie wiem czy to był zamiar Kinga czy po prostu ma taką małą wiedzę o mafii, ale nie tak widzę ważną postać z mafii Nowego Jorku. Wiem, że to trochę głupie, że myślę stereotypowo co do zawodu obu tych postaci, ale cóż nic na to nie poradzę.

Zakończenie, które wielu powaliło mnie nie usatysfakcjonowało. Podsumowując: cóż początkowo czułam ten specyficzny klimat książek Kinga, ale miałam nadzieję, że autor rozwinie skrzydła, miałam ochotę na więcej. Niestety w ogólnym rozrachunku Chudszy wypada blado. A szkoda, bo pomysł jest bardzo dobry.

Cytaty:
"Ci, co się nie boją, umierają młodo."
"Jak mawiał Albert Einstein: "A co mi tam, do cholery"."


Jako ekranizacja myślę, że to dobry film, ponieważ nie odstaje rażąco od książki. Niestety tak jak w przypadku Chudszego Kinga, tak oglądając film szybko straciłam zainteresowanie. Być może miało na to częściowo wpływ, to, że wcześniej czytałam książkę.
Do gry aktorów w zasadzie nic nie mam, ale irytował mnie odtwórca roli Billy'ego. Wprawdzie świetnie pokazali jego spadek wagi, ale wyglądał jak osoba obłąkana i to jeszcze przed ostatnimi scenami... Dosłownie miał obłęd w oczach, choć może tak właśnie miało być i zamiast narzekać powinnam go chwalić :P
Jako osobny film Przeklęty mnie ani trochę nie zainteresował, jest dość słaby i nie polecam. Choć, co dziwne, jeśli miałabym doradzić czy wybrać film czy książkę poleciłabym film.






Baza recenzji Syndykatu ZwB

07 maja 2011

"Ostatni bastion Barta Dawesa" Stephen King

tytuł oryginału: The Roadwork
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2010
pierwsze wydanie: 1981
liczba stron: 288
ocena: 6



Opis:
"Bart Dawes uważa, że przegrał swoje życie. Dochodzi do wniosku, że jego los zawsze zależał od splotu nieszczęśliwych zbiegów okoliczności i złych wyborów. Najważniejsze sprawy: miłość, narodziny dziecka, praca – działy się jakby obok niego. Teraz widzi, jak znika dawny świat, w którym honor i uczciwość nie były pustymi słowami. Codziennie musi znosić głupotę i obłudę szefa. Każdy nowy dzień dowodzi, że w małżeństwie również poniósł klęskę. Dlatego gdy bezduszna decyzja urzędników odbiera mu ostatnie rzeczy, dla których warto było żyć – małą pralnię i dom, decyduje, że się nie podda. Kupuje broń i rozpoczyna walkę o to, co najważniejsze…"

Bardzo dawno nie czytałam nic Kinga. Wydaje się jakby to było wieki temu! Wprawdzie ostatnio rzuciłam po 50 stronach Buick 8... To spotkanie z twórczością Kinga było jednak bardziej udane.

Książkę skończyłam wczoraj. Wczoraj też był jeden z moich najlepszych poranków :) Obudziłam się, patrze na szafkę nocną... Co widzę? Na Ostatnim bastionie, który swego czasu podarowała mi mama, leży Mgła. Szkieletowa załoga od taty! :D Radosne DZIĘ-KU-JĘ! :) Mała rzecz, a tak bardzo cieszy ^^ Kto chciałby mieć taki poranek? ;>

Ale wracając do właściwego tematu :P Jak pisałam w poprzedniej notce, ostatnio powróciło moje zamiłowanie do filmów, więc praktycznie nie czytałam. Jedynie 20 stron dziennie- niewiarygodne... Jednak cieszę się, że nie pochłonęłam tej książki "na raz". King jest jednym z moich ulubionych pisarzy i lubię delektować się jego twórczością.

A było czym! Ostatni bastion Barta Dawesa King napisał jeszcze pod pseudonimem Richard Bachman, wydana została w 1981 roku. Już po pierwszej informacji można się domyśleć, że to jedna ze starszych książek Mistrza. A ja uwielbiam właśnie te najstarsze. Książka ta jest dość nietypowa jak na Kinga. Jeśli szukacie fantastyki czy horroru to go nie znajdziecie. I mimo, że King jest okrzyknięty Mistrzem Horroru to ja uwielbiam te książki z jego twórczości, które są "inne", jak, np. Zielona Mila czy Rose Madder (choć tam już są elementy fantastyczne).


I po tym wstępie nie wiem co napisać o książce... Czytanie jej było czystą przyjemnością, ale z napisaniem o niej mam trudności. Może dlatego, że książka sama mówi za siebie?
Ostatni bastion... jest książką przede wszystkim poświęconą psychologii tytułowego bohatera. Dla niektórych postępowanie Bartona George'a Dawesa jest niezrozumiałe. Nie powiem, że ja od początku do końca zrozumiałam wszystko, jednak nie jest dla mnie całkiem mętne.
Ostatni bastion Barta Dawesa opowiada o tym jak jedna bezmyślna decyzja potrafi zmienić życie człowieka. Dla niektórych jest to bez znaczenia. Co tam jeden człowiek? Ale moim zdaniem jeśli nie zaczniemy martwić się losem jednostki to nie będziemy w stanie pomóc masom.
Nie do końca jest tak, że Bart jest zdecydowany na najgorszą wersję wydarzeń. Szuka pomocy... Ale nikt nie chce mu pomóc, w każdym razie nie w sposób skuteczny. Jest także bardzo samotny.
Z jednej strony rozumiem, że życie Dawesa się skończyło, że zrozumiał, iż jest tylko rutyną pozbawioną sensu. Z drugiej jednak strony przez cały czas chciałam, żeby Bart ułożył sobie życie na nowo, żeby ujrzał jego piękniejszą stronę... Ale Bart był mocno związany ze swoim synkiem, Charliem. Więź ich łącząca była mocniejsza niż śmierć.
W Ostatnim bastionie Barta Dawesa ukazana jest szara rzeczywistość. Nie znajdziecie tu potworów, niewytłumaczalnych zjawisk. Rzeczywistość chyba je przebija... Ja wybrałam sobie najlepszy moment na czytanie tej książki- pogoda zmieniła się ze słonecznej na deszczową.
Przeczytałam trochę o okolicznościach pisania tej książki- polecam poczytać przed zabraniem się za nią
King jest posądzany, także przez fanów, o beznadziejne zakończenia. Według mnie jest to jedno z najlepszych jego zakończeń.
Stephen King stworzył powieść mocno wciągającą. Czytelnik jest ciekawy jak potoczą się losy Barta. Czy ktoś go uratuje?


Ehhh uważam, ze to zła recenzja. Już prawie ją skasowałam... Napiszę tylko tyle: to dość ponura lektura, jeśli się w nią wgłębić. Ale polecam, warto. Na pewno jeszcze do niej wrócę.
Tak naprawdę nie widzi się tego wszystkiego co tkwi w książce podczas czytania. Refleksja przychodzi nieco później, po przeczytaniu.

Najbardziej przejmujące były dla mnie te słowa (nie polecam czytania ich tym, którzy książkę mają dopiero przed sobą- UWAGA! czytasz na własną odpowiedzialność):
"(...)ostatnia myśl: świat wybuchnął nie wokół, lecz wewnątrz niego, i choć był to wybuch na miarę kataklizmu, nie przerósł, powiedzmy, dorodnego orzecha włoskiego."
I ostatnie słowa:
"(...) a my jeszcze raz bezpiecznie wracamy do świata ludzkich spraw."

07 stycznia 2011

"Zielona Mila" Stephena Kinga i "Zielona Mila" Franka Darabonta

Moje pierwsze spotkanie z Paulem, Johnem i resztą odbyłam podczas oglądania filmu, później podczas czytania książki. Było to już jakiś czas temu, a że na urodzinki dostałam Zieloną Milę moja ochota na przeczytanie tej książki wzrastała od października. Jej pojawienie się w stosiku grudniowym vel świątecznym przesądziło o terminie jej przeczytania.


Podejrzewam, że żadna z Was nie miała takiego farta jak ja i, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęła czytać Zieloną Milę na krótko przed emisją filmu na jedynce. Świetne przeżycie. Przeczytałam książkę (właściwie zostało mi 10 stron…- źle obliczyłam czas) i od razu oglądnęłam film.
Szczerze mówiąc nie potrafię tego opisać. Przeżywanie dwa razy tej historii w odmiennych formach (książka, film) i to w tak krótkim odstępie czasu…
Właściwie nie uważam za błąd najpierw  oglądania filmu, a potem czytania książki. Wprawdzie nie mogłam sobie sama wyobrazić postaci, bo pamiętałam te z filmu. Jednak moim zdaniem role w filmie są świetnie dobrane, a lubię Toma Hanksa, oglądałam z nim już kilka filmów i, wierzcie mi lub nie, czytając książkę za lektora (tego w głowie oczywiście ;) ) posłużył mi właśnie on. W książce jest narracja pierwszoosobowa prowadzona przez Paula Edgecomba, a w filmie w jego postać wciela się Hanks. Chociaż zdarzało się to, jednak rzadko, że zdawałam sobie z tego sprawę, najczęściej byłam tak pochłonięta wydarzeniami, że nie zwracałam uwagi na to gdzie jestem i że tylko czytam.
Książka jest utrzymana w tonie gawędy pewnego staruszka. Swego czasu był on głównym klawiszem w więzieniu Cold Mountain, teraz postanowił spisać pewien okres z swego życia, niezwykły rok 1932, który na zawsze zmienił jego życie.

Pomysł powieści w odcinkach niezwykle mi się spodobał. Szkoda, że byłam zbyt młoda, żeby znać twórczość Kinga, docenić ją i tak jak jego fani w tamtym czasie czekać z niecierpliwością na każdą kolejną część Zielonej Mili, przeżywać z nimi tę historię, dopisywać nowe scenariusze, żyć tą powieścią przez ten czas, w którym się ukazywała i na długo potem.
Jednakże ja dostałam tę powieść w jednej książce i nawet gdyby była w tych sześciu częściach, to jestem pewna pochłonęłabym ją całą. Bo z Zieloną Milą tak właśnie jest- czytasz kilka rozdziałów i mówisz sobie: „Na dzisiaj wystarczy!”, potem czytasz całą część i nadal nie masz dosyć, chcesz wiedzieć co będzie dalej i tylko świadomość, że zostały ci 4 godziny snu, a powieki opadają ci nieuchronnie i czujesz się jakby ktoś nasypał ci pod nie piasku, czy masa roboty odrywa cię od opowieści.

Nie sposób nie porównywać tej książki z nowelą Skazani na Shawshank. Niby tematyka ta sama- więzienna, a jakże odmienna. W Skazanych głównym tematem jest nadzieja, przynajmniej dla mnie. A w Zielonej Mili jest tego więcej, innego kalibru i z innymi priorytetami.
Dochodzi do tego specyficzne przedstawienie więźniów. Nie poznajemy ich w chwili popełnienia morderstwa, o nie! Za to towarzyszymy im w więzieniu i  w drodze przez Zieloną Milę… I wtedy zaczynamy im współczuć… Bo
"Czasami, Boże mój, Zielona Mila jest taka długa."
I uczucie empatii towarzyszy nam mimo, że znamy ich czyny, mimo, że czasami na to zasługują. Owszem są złe charaktery, również w przypadku strażników, ale kiedy oni zasiadają na krześle, na Starej Iskrówie (nie wiem czemu w filmie przetłumaczono to na Grzałkę) to jakoś nie pamiętamy o tym jak straszne były ich czyny. Wyczytałam na filmwebie, że
„Pewnego dnia na planie pojawił się Stephen King i poprosił by usiąść na krześle elektrycznym, ponieważ chciał zobaczyć jakie to uczucie. Bardzo mu się to nie spodobało i kazał się uwolnić.”

i w pełni Kinga rozumiem.

Jeśli chodzi o film to lepszego być nie może. Trwa 190 minut-  najdłuższy film jaki kiedykolwiek widziałam i, teraz mam pewność, jest według mnie najlepszym filmem i najlepszą ekranizacją. Niektóre zdania, dialogi, wręcz sceny są jakby wyjęte z książki (właściwie nie jakby, bo tak jest).

Jedno co mnie zdziwiło to, że w polskiej wersji nie przetłumaczono imienia Pana Dzwoneczka- mówiono Pan Jingles, no i tak Stara Grzałka… Ale poza tym właściwie nie widzę tam błędów. Oczywiście filmwebowcy wszędzie widzą błędy, np. „Kiedy Brutal, Paul i Henry zamykają Percy'ego w izolatce wkładają mu w usta chustkę (by go zakneblować) i przyklejają taśmę. Później chustka jest już inaczej założona niż była wcześniej.” Ten jest dla mnie śmieszny. Czy oni oczekują, że facet będzie siedział z kneblem przez kilka dni (bo nie wierzę, żeby robili tę scenę tylko kilka godzin)!?

Ostatnia część, ostatnie sceny filmu, momenty były jak najbardziej do przewidzenia, ale mimo to porażają, wzruszają, przerażają i sprawiają, że nawet dwudziestoletni facet płacze.
Podczas jednej z tych ostatnich scen SPOILER kiedy Coffey zasiada na krześle wszyscy strażnicy mieli łzy w oczach, ja też…

Zielona Mila jako książka i film niszczy, miażdży. Niektórzy płaczą przez większość filmu, inni trzymają się jakoś do wyżej wspomnianego fragmentu… Niszczy w sposób z jednej strony pozytywny, ale z drugiej znając tę historię… nie jest się w stanie powiedzieć, że jest pozytywna.

Przeżyłam tę historię na nowo, myślę, że bardzo emocjonalnie, wiele pozapominałam, jednak jest pewien fragment, o którym świetnie pamiętałam.
„[Wódz] Opowiedział mi o swojej pierwszej żonie i o tym, jak zbudował razem z nią chatę w Montanie. To były najszczęśliwsze dni jego życia, stwierdził. Woda była tam tak czysta i zimna, że przy każdym łyku miało się wrażenie, iż przecina usta.
-Niech pan mi coś powie, panie Edgecombe. Czy myśli pan, że jeśli człowiek szczerze żałuje tego, co zrobił, może wrócić do czasu, który był dla niego najszczęśliwszy, i żyć w nim przez całą wieczność? Czy tak wygląda niebo?”

Wódz, czyli Arlen  Bitterbuck, ochrzczony tak przez strażników, ponieważ był Indianinem, nie wodzem, ale przedstawicielem starszyzny rezerwatu Washita i członkiem Rady Plemienia Cherokee. Trafił do więzienia za zabójstwo rzecz jasna, ale tak naprawdę poszło o błahostkę. Nie będę pisać o co, nie będę pisać co odpowiedział Paul. Sami się przekonajcie.

Początkowo myślałam, że nie napiszę zbyt wiele… Objętościowo to jakieś dwie kartki w Wordzie, jednak jeśli chodzi o Zieloną Milę, historię w niej zawartą to o wiele za mało.

Wszystkim, którzy jeszcze nie czytali ani nie oglądali Zielonej Mili radzę załatwić sobie film, a po przeczytaniu ostatniej strony od razu oglądnąć film. Myślę, że głównie dlatego tak bardzo przeżyłam tę historię, mocniej niż za pierwszym razem, bo byłam jej świadkiem dwa razy pod rząd.

Dla mnie to książka z rodzaju tych, w których za każdym kolejnym razem odkrywamy coś nowego, przeżywamy na nowo.

Zielona Mila to moja ulubiona książka, absolutny numer jeden.


P.S:
Zabrałam się za Wywiad z Wampirem, ponieważ stwierdziłam, że Lot z grubsza też jest o tematyce więziennej, a Buick 8 jest Kinga, więc... ;)


05 grudnia 2010

"Rok wilkołaka" Stephen King

Właściwie trudno powiedzieć czym jest Rok wilkołaka. Powiedziałabym, że to ilustrowane opowiadanie, bo powieść na pewno nie.
Opis:
"Groza nadeszła w styczniu – przy pełni księżyca... Pierwszy poznał ją kolejarz, uwięziony w zaspach. Jej kły rozdarły mu gardło. Miesiąc później kobieta w przytulnej sypialni powitała ją krzykiem. Za każdym razem, gdy nadchodzi pełnia, małe miasteczko Tarker Mills nawiedza groza. Nikt nie wie, kto będzie następny. Ale jedno jest pewne. Gdy na niebie płonie krągła tarcza księżyca, Tarker Mills ogarnia paraliżujący strach. Bo wiatr niesie ze sobą warkot, w którym słychać coś jakby ludzkie słowa. A wokół widać ślady potwora..."

Nigdy jeszcze nie czytałam książki traktującej o wilkołakach (a szkoda, bo widać to fascynujący temat, a gdyby jeszcze trafić na odpowiednio napisaną książkę...), więc myślę, że to coś dobrego jak na początek. Ale jeśli chodzi o pierwszą książkę Kinga to fatalny początek.

Kiedy trochę poszperać w internecie można się szybko doszukać przyczyny odmienności Roku wilkołaka od innych książek Kinga. Otóż, ponoć King miał napisać historyjkę, która miała być użyta w kalendarzu, 500 słów na każdy miesiąc. Ale zlecenie przerodziło się w coś innego, rozdziały zaczęły przekraczać wyznaczony limit i King uzgodnił z pomysłodawcą kalendarza, że lepiej będzie wydać książeczkę.

Co sprawia, że jest to zupełnie odrębny element twórczości Kinga? Choćby objętość, ale i to, że postacie są powierzchownie, krótko przedstawione, brak długich opisów charakterystycznych dla Stephena.

Mimo, że ta książka jest inna spodobała mi się. Sprawiła, że zastanawiałam się kiedy wilkołak wyskoczy i zaatakuje mnie ;) Wprawdzie była przewidywalna, ale przynajmniej cieszyła oko...

Ilustracje Wrightsona. Coś bardzo ważnego w tej książce, co podnosi jej wartość. Moim zdaniem są świetne, po 3 na każdy rozdział. Zostały wykonane w 1983 roku, a mimo to są takie uniwersalne.Trzeba również podziękować Chongowi za świetną okładkę.

W sumie nie żałuję, że zakupiłam Rok wilkołaka. Książkę polecam tym, którzy mają godzinkę wolnego czasu i są już co nieco zaznajomieni z twórczością Kinga.

Ocena: 3/5 (nie jest zła, jest w porządku ;) )

Jest tu jeden cytat, który mi się nasuwa na myśl:
"Miłość jest jak umieranie."

Linkin Park- From the inside

P.S.:
Dziewczyny przestrzegam was przed zakładaniem kolczyków jeśli gdzieś wychodzicie. Ja zgubiłam moje ukochane serduszko :( Rodzinka żartuje, że na wiosnę rozpoczniemy poszukiwania ;P
Już się pocieszyłam w ramionach Rossmanna i w miejsce serduszek kupiłam trzy pary innych kolczyków :P


Baza recenzji Syndykatu ZwB 

26 października 2010

"Bezsenność" Stephen King

Pierwsza część książki podobała mi się, z drugą było już gorzej.



Opis:
"
Bohaterem powieści jest mężczyzna cierpiący na bezsenność, Ralph Roberts. Im krócej sypia, tym dziwniej postrzega świat i ludzi wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich aury, a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Tymczasem miasto jest rozrywane społecznymi zamieszkami spowodowanymi powstaniem szpitala, centrum opieki, w którym dokonuje się m.in. zabiegów aborcji. Inspirują je zrzeszeni w Pro-Life obrońcy życia nie narodzonych dzieci. Na czele ruchu stoi człowiek obłąkany, sadysta skazany za znęcanie się nad własną rodziną. Planuje on zamach na centrum i zgładzenie przebywających tam ludzi. Jest wśród nich chłopiec, w którego rękach spoczywa los wszechświata. Tylko Ralph dzięki swoim niezwykłym zdolnościom postrzegania może ich ocalić..."
(uczciwie ostrzegam, że opisu nie ma co czytać, bo nawet w pewnym stopniu odbiega od fabuły)


Pierwsza część mi się podobała, z drugą było już gorzej.
Co mi się podobało? Na początku książka wciąga, akcja ma tempo, a jednocześnie są w niej zawarte elementy refleksyjne, skłania do przemyśleń. Nad czym? Starością, życiem, celem istnienia. Przygnębia mnie to co może się stać ze mną na starość i to co się aktualnie dzieje. Cieszę się, że mam książki. Jest to jedno z moich hobby i wiem, że zamiłowanie do literatury pozostanie mi do końca życia (a przynajmniej taką mam nadzieję). Także w zasadzie o ten aspekt życia nie muszę się martwić. Natomiast przygnębiający są dzisiejsi staruszkowie i ci którzy jeszcze w wieku emerytalnym czy podeszłym nie są. Brak zainteresowań, chęci życia, wewnętrznego entuzjazmu… Wiem, że w końcu żyjemy w Polsce, kraju, który przeszedł tyle wojen, walczył o wolność, niektórzy z nich pamiętają wojnę, jednak… Jest to smutne. Ludzie żyją z dnia na dzień, ciągle się gdzieś śpieszą, walczą ze sobą… Zatracając sens i chęć do życia.
Przeraża mnie to jak dzisiaj ludzie traktują sprawę wieku. Dzieci szybciej dorastają, dorośli szybciej się starzeją. Jeszcze dziś są ludzie dożywający setki, podczas gdy 40 latkowie twierdzą, że się sypią i nie dożyją 70 lat!
Wydawałoby się, że odbiegłam od tematu, a jednak do takich i inne przemyśleń skłania „Bezsenność”.
Wprawdzie mogłabym się jeszcze rozpisać o tym, że przeraża mnie wykluczenie, porzucenie starszych ludzi przez społeczeństwo, ale myślę, że dałam już wystarczająco do myślenia.
Gdzieś w połowie akcja traci tempo i zaczyna się rozwlekły koniec. Dużo się pomylę jeśli powiem, że ma około 300 stron? (cała książka 655)
Poza tym całkowity brak realizmu, pan King puścił wodze fantazji zapominając o tym, że należy je zawsze trzymać w pogotowiu... Wiem, wiem, sama niedawno ganiłam kogoś za doszukiwanie się realizmu w książkach Kinga, ale już mnie to zaczęło z lekka irytować.

Polecam fanom Kinga, zdecydowanie nie nadaje się na jako jedno z pierwszych spotkań z jego twórczością.
Ogólnie to podobała mi się nawet ta książka, jest taka refleksyjna. Wprawdzie zakończenie się dłuży masakrycznie (eh co za niepolskie, niepolonistyczne słowo :P), ale warto.

Znalazłam mnóstwo odniesień do Mrocznej Wieży (7 tomowa saga Kinga). Miło, że nie tylko fani o niej pamiętają.
O czym mowa? Mroczna Wieża na polu róż, Karmazynowy Król, ka (wielkie koło życia), ka-tet (jedność z wielu), te pamiętne słowa z "innymi światami niż ten". I Patrick...

Doprawdy nie wiem jak King to robi. Można nie do końca lubić jego powieści, ale zawsze ma się ochotę na więcej. Po jakimś czasie przerwy tęskni się za nim, jest się wręcz na głodzie kingowskim.
King jest jak narkotyk!

(zamierzam sobie zrobić przerwę, a potem z hukiem wrócić do Kinga w postaci Zielonej mili)

Ocena: 3/5. (chyba zrozumiałe- pierwsza część mi się bardzo podobała, druga prawie wcale)

Cytaty:
"Przez moment Ralph czuł się tak, jakby z zewnątrz patrzył na siebie i swoje życie, jakby był w stanie obejrzeć cały jego fresk, a nie fragment pod tytułem "dzisiaj". Przeraziło go to, co zobaczył: nie oznakowana droga prowadząca w mrok tunelu, w którym mogło się czaić wszystko. Wszystko."
"(...) człowiekowi najtrudniej jest oszukiwać samego siebie między trzecią a szóstą rano..."
"Kiedy się starzejesz to chyba samotność jest najgorsza."
"Dziś każdy się śpieszy, żeby być gdzie indziej."
Kiedy idę spać, do łóżka
I kiedy ranek przerywa mi słodkie sny
Kto jest w moich marzeniach?
Nikt tylko ty, kochanie, tylko ty.