01 grudnia 2016

"Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX" Ashlee Vance


tytuł oryginału: Elon Musk - Tesla, SpaceX, and the Quest for a Fantastic Future
tłumaczenie: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
data wydania: luty 2016
data wydania oryginału: 2015
liczba stron: 448
opis:
"Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą. Wizjoner, geniusz, nieznośny szef, najbardziej zuchwały przedsiębiorca Doliny Krzemowej, jeden z najbogatszych ludzi na ziemi. Człowiek stawiany w jednym szeregu z Thomasem Edisonem, Henrym Fordem i Stevem Jobsem. Każdy start-up w jego rękach..."







Na okładce czytamy: Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX
Opis zaś krzyczy: Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą.
No i jakoś mi się to nie zgodziło podczas lektury...

        O Elonie Musku nigdy do tej pory nie słyszałam. Przyznam, że skusił mnie po prostu opis, a książkę przeczytałam dzięki akcji czytajPL!, teraz żałuję, bo mogłam się zabrać jednak za jakieś tomiszcze- do akcji dołączyłam w ostatniej chwili i myślałam po prostu, że nie zdążę.

        Początek tej biografii był w porządku, tak mniej więcej do momentu pierwszego start-upu Elona. Autor opisywał z początku swoje dążenia do tego by książka powstała oraz obecną postać Muska, to było takie wprowadzenie. Następne rozdziały poświęcone są jego dzieciństwu, Elonowi jako nastolatkowi, krótko o jego epizodzie w Kanadzie. Następnie opisane są po kolei firmy Elona i muszę przyznać, że momentami się okrutnie wynudziłam. Były podawane szczegóły, mało interesujące. Było trochę od strony technicznej, jeśli chodzi o finanse to to mnie nie interesowało, ale już w rozdziale z rakietą było ciekawiej. Także w rozdziale o Tesli. Tylko mam wrażenie, że autor nie za bardzo wypośrodkował pomijanie niektórych faktów i podawanie innych w najdrobniejszych szczegółach. Widać było pewną dysproporcję.

To, czy Musk był założycielem Tesli w ścisłym znaczeniu tego słowa, jest w tym momencie nieistotne.*
        Wspominałam na początku, że coś mi się nie zgadzało. O ile Elona można jeszcze okrzyknąć jako twórcę PayPala to mówienie o nim jako o twórcy Tesli to trochę niedopowiedzenie. Elon był inwestorem. Wszystko nadzorował, kierował całą firmą, starał się popularyzować elektryczne auta itd. Jednak pomysł nie był jego. Fakt, że poświęcił firmie siebie i majątek, i nie dopuścił do jej bankructwa tym, że włożył w nią wszystkie pieniądze i namawiał ludzi do inwestowania. Ale jednak sprawa wymaga tutaj wyjaśnień i takie dumne TWÓRCA w momencie kiedy na początku tchnął w nią tylko pieniądze jest dla mnie nieco niewygodne. Nie chciałabym w tym momencie umniejszać jego wkładu w firmę, mam nadzieję, że nie zostałam źle zrozumiana.
W tym momencie ktoś może powiedzieć czepiasz się. Jednak "kłuje" mnie to tym bardziej, że wiem o wyrzuceniu
z firmy faktycznego współtwórcy, jednego z dwóch pomysłodawców... Zgadnijcie kto doprowadził do wyrzucenia go.
Dodatkowo biografia to też pewne niedopowiedzenie... To bardziej biografia tych firm niż Muska. Do czasów kanadyjskich to jest biografia Elona Muska, ale potem to opowieść o tych firmach. Owszem Musk jest w tych rozdziałach opisywany, dowiadujemy się jak nimi kieruje. Ale to by było na tyle.

        Poza tym cała ta gadka o zbawianiu świata. Ktoś kto przeczytał tę książkę może mi teraz wytknąć, że zachowuję się jak krytycy Elona lata temu, że go wyśmiewam, podczas gdy on zagrał wszystkim na nosie urzeczywistniając swoje wizje. Wcale tak nie jest. A już tłumaczę o co chodzi. Elon twierdzi, że ludzkość przetrwa tylko jeśli stanie się gatunkiem międzyplanetarnym. On sam ma zamiar doprowadzić albo chociaż podłożyć podwaliny pod kolonię na Marsie. Choć w tym momencie to przekracza moje pojęcie i uważam, że mamy niedostateczną wiedzę o warunkach na tej planecie, to jednak pragnę zwrócić uwagę na inny aspekt. Moim zdaniem ludzkość powinna szanować planetę, na której powstała, powinna wyzbyć się tej zachłanności i skłonności do destrukcji. Wtedy przetrwa. A nie niszcząc wszystkie planety, na których się znajdzie.
Moim zdaniem to jest raczej marzenie, o którym Musk lubi opowiadać. Lubi się chwalić swoją wizją, bo lubi być uważanym za wizjonera.

        Nie jestem zadowolona z lektury tej książki. Nie czytało jej się zbyt gładko, nie pozostawiła po sobie miłego wrażenia. Elon Musk mnie nie zainspirował, raczej pozostawił po sobie swoją postacią zniesmaczenie. Człowiek, który wyciska z ludzi siódme poty i często każe im pracować po 16 godzin dziennie, tak, dziennie, jednocześnie potrafi ich wywalić z pracy za byle co i płaci im mało. To zabawne, ale momentami miałam wrażenie, że to całe cięcie kosztów produkcji było też w odczuwalnym stopniu osiągnięte dzięki niskim pensjom. Generalnie mam wrażenie, że ludzie szanują go za jego sukcesy i jeśli działa na nich jego urok. Wyobraźcie sobie, że dostajecie maila o treści: Jestem głęboko rozczarowany. Powinieneś przemyśleć swoje priorytety. Zmieniamy świat i piszemy na nowo historię, a ty albo okazujesz swoje oddanie sprawie, albo nie. ponieważ nie przyszliście na imprezę związaną z urodzinami dziecka swojego szefa...
Generalnie Elon Musk jest dla mnie człowiekiem pełnym sprzeczności. Nie jest człowiekiem, na którego się kreuje, przynajmniej jeśli popatrzy się z boku na jego czyny. Z jednej strony jest genialnym biznesmenem z inżynierskim umysłem, a z drugiej potrafi mieć dość ograniczone horyzonty. Zabawne stwierdzenie skoro gość myśli o dokonaniu rzeczy, o których inni nawet nie marzyli, ale takie odniosłam wrażenie.
Przykładowo zabawną ironią jest to, że każe swoim genialnym inżynierom pracować po 16 godzin, odbiera im jakiekolwiek życie poza pracą i głosi poglądy tego typu: (...) generacje inteligentnych ludzi mają mniej dzieci, to prawdopodobnie też jest niekorzystne. 

        Nie polecam tej książki, chyba, że ktoś jest zafiksowany na punkcie SpaceX lub Tesli. O Musku jako człowieku,
o jego życiu prywatnym i o tym jakim człowiekiem jest naprawdę niewiele się dowiecie. Dodatkowo autor wydaje mi się mocno zafascynowany osobą Elona, nie powinno to być odczuwalne w biografii...

I żeby kogoś nie zmylił ton tego tekstu. Bardzo szanuję sukcesy Muska i podziwiam to, że znacząco ruszył pewne dziedziny przemysłu do przodu. Być może dzięki niemu już my będziemy pokoleniem, które będzie jeździło autami elektrycznymi. Pewnie doczekamy się tego dopiero na starość, ale jednak. Mimo to będę pamiętać jakim jest człowiekiem i jakie warunki panują w jego firmach.

A i jeszcze jedna zabawna kwestia- Elon Musk kreowany na człowieka, który wyrzuca marketingowców za literówki, a maila z raportem potrafi przez to nie przeczytać (czy też za przecinki), doczekał się biografii wydanej z literówkami :D Oczywiście na pewno amerykańskie wydanie jest bez zarzutu, ale w polskim znalazło się kilka błędów.

*cytat z książki

25 listopada 2016

"Oko" Vladimir Nabokov

tytuł oryginału: The Eye
tłumaczenie (na podstawie tekstu angielskiego): Anna Kołyszko
z rosyjskiego przełożył Dmitrij Nabokov, we współpracy z ojcem
data wydania: wrzesień 2015
data pierwszego wydania: 1994
data wydania oryginału: 1930 (pod pseudonimem W. Sirin, opowieść była zatytułowana Sogladataj)
liczba stron: 140
opis:
"Krótka, ale smakowita powieść Vladimira Nabokova (1899-1977) "Oko", napisana na przełomie roku 1929 i 1930, jest bardzo ważna w dorobku pisarza jako pierwsze pojawienie się pewnych istotnych dla jego twórczości tematów, zabiegów i tendencji.

To najwcześniejsza Nabokovowska powieść, w której narracja prowadzona jest nie w trzeciej, ale w pierwszej osobie. To także najwcześniejsza jego powieść, w której pojawiają się jako problemy pierwszoplanowe zagadnienia solipsyzmu i tożsamości.
" 

 
        Vladimir Nabokov zasłynął dzięki kontrowersyjnej Lolicie. Była to pierwsze powieść napisana przez rosyjskiego pisarza, którą przeczytałam. I jak na razie najlepsza. Jednak Nabokov to mistrz słowa, książki spod jego pióra czyta się z prawdziwą przyjemnością. Jeśli tylko potrafi się docenić piękny język, charakterystyczną zabawę słowami. Dlatego każda z jego książek zostawiła po sobie przyjemne wrażenie.

        Nie inaczej było z Okiem. Jest to niestety krótka opowiastka, tzw. mikropowieść. Liczy sobie około 80 stron. Aż żal to pisać... Jednocześnie rozumiem dlaczego jest tak krótka, musiała być dość dynamiczna, musiała przytrzymać czytelnika przy sobie dopóki nie przewrócił ostatniej strony, musiała nabrać...

W Przedmowie napisanej przez Nabokova czytamy:
Struktura tej historii imituje strukturę powieści detektywistycznej, chociaż w istocie autor zaprzecza, jakoby chciał nabierać, zaskakiwać, zwodzić lub w jakikolwiek inny sposób oszukiwać czytelnika. Ten tylko bowiem czytelnik, który od razu złapie, w czym rzecz, wyniesie z "Oka" prawdziwą satysfakcję. Nie chce mi się wierzyć, żeby nawet najbardziej łatwowiernemu, lecz uważnemu odbiorcy tej migoczącej opowiastki zabrało dużo czasu na rozszyfrowanie, kim jest Smurow. Sprawdziłem to na pewnej starszej pani z Anglii, dwóch magistrantach, trenerze hokejowym, lekarzu oraz dwunastoletnim dziecku sąsiadki. Dziecko chwyciło najprędzej, sąsiadka- najpóźniej.
        I od tej pory skupiamy się tylko na tym. Musimy dowiedzieć się jak najszybciej kim jest Smurow. W pewnym sensie to mylące i przeszkadzające.
Przyznam, że dałam się podejść jak... no cóż w obliczu powyższych słów nie mogę napisać, że jak dziecko... Jak sąsiadka ;) Zorientowałam się dopiero pod koniec, mimo że Nabokov wyraźnie podaje kim jest ów Smurow.

        Smurow to obsesja głównego bohatera. Cała ta książka to jego "pogoń" za obrazem tego człowieka. Obrazem jaki stworzyli inni. Chce wiedzieć kim jest Smurow dla ludzi w jego otoczeniu, co o nim myślą znajomi. Kiedy wychodzi na jaw kim tak naprawdę jest ta postać, okazuje się, że autor zastosował bardzo ciekawy zabieg. Naprawdę bardzo ciekawy. Korci mnie, żeby napisać o co chodzi, ale wtedy popsułabym zabawę.
Bo przecież po to, żeby żyć szczęśliwie, człowiek musi od czasu do czasu zaznać kilku chwil idealnej pustki. Ja natomiast zawsze byłem obnażony, zawsze czujny; nawet we śnie nie przestawałem się pilnować, nie rozumiejąc nic a nic z własnego istnienia, odchodząc od zmysłów na myśl, że mógłbym nie móc przestać być świadomym siebie, i zazdroszcząc wszystkim tym prostym ludziom- urzędnikom, rewolucjonistom, sprzedawcom- którzy, z ufnością i skupieniem, krzątają się przy swych poślednich pracach.
Nabokov w swojej książce ukazuje także postać z zaburzeniami psychicznymi (to akurat jest dla niego dość typowe), zajmuje się zagadnieniem tożsamości, a także snuje ciekawe rozważania na temat rzeczywistości. Za każdym razem kiedy się z takimi stwierdzeniami, jak u Nabokova, spotykam, zastanawiam się czy autor nie żartuje. Mimo to często takie rozważania wywołują dziwne uczucie, swędzenie z tyłu głowy, nieokreślony niepokój.

        Oko to bardzo ciekawa powieść i jest na tyle krótka, że mogę ją polecić każdemu, kto ma ochotę zapoznać się z twórczością Vladimira Nabokova. Ja go uwielbiam!

15 listopada 2016

"Me before you" Jojo Moyes i "Zanim się pojawiłeś" Thea Sharrock


data wydania: 2012
data polskiego wydania: 2013
liczba stron: 369
opis:
"Louisa Clark is an ordinary girl living and exceedingly ordinary life - steady boyfriend, close family - who has barely been farther afield than her tiny village. She takes a badly needed job working for ex-Master of the Universe Will Traynor, who is wheelchair-bound after an accident. Will has always lived a huge life - big deals, extreme sports, worldwide travel - and he is not interested in exploring a new one.
Will is acerbic, moody, bossy - but Lou refuses to treat him with kid gloves, and soon his happiness means more to her than she expected. When she learns that Will has shoking plans of his own, Lou sets out to show him that life is still worth living.
Me Before You brings to life two people who couldn't have less in common - a heartbreakingly romantic novel that asks, What do you do when making the person you love happy also means breaking your own heart?
 


Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze.
"

        Facet na wózku w powieści dla kobiet? Idealny motyw do zrobienia taniego romansidła!
Mimo moich uprzedzeń co do książki Jojo Moyes wpadłam w sidła jej romansidła. A czy faktycznie należy przylepiać książce Moyes taką etykietkę?

        Me before you (czyli Zanim się pojawiłeś, ja czytałam w oryginale to będę się mądrzyć, ha. ha.) to w żadnym wypadku nie jest mdłe romansidło, a Moyes swoją książkę opiera nie na tanim chwycie wyciskającym łzy z oczu naiwnych kobiet, a na kwestii, nad którą warto się zastanowić. Moyes stawia przed czytelnikiem szereg bardzo trudnych pytań, dotyczących życia i śmierci. Powstrzymam się przed nazywaniem rzeczy po imieniu, nawet mimo tego że druga część samym swoim tytułem zdradza wszystko (nie śmieszne...).  A że wszystko jest podane w ładnym opakowaniu i szybko się czyta... Czy to źle?

        Było kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły podczas lektury. Po pierwsze, że się wciągnęłam! Jakoś w to wątpiłam, może nawet bym nie przeczytała książki, gdyby nie powstał film z Emilią Clark.
A po drugie wbrew pozorom można nawet powiedzieć, że to dość lekka lektura, bo naprawdę szybko się to czyta (chyba, że ktoś czyta po angielsku i maniakalnie sprawdza wszystkie słowa...). Tu pewnie niektórzy się zdziwią, ale mimo wszystko nie jest aż tak dołująca. Jedynie zakończenie.
Nie będę was zanudzać moimi przemyśleniami na temat podjęty w książce, ale muszę przyznać, że sam fakt ich istnienia w takiej kobiecej książce również mnie zaskoczył. Mam raczej nie najlepsze zdanie o kobiecej literaturze. Nie lubię czytać czegoś po czym nic nie zostanie, żadnego śladu w umyśle, żadnej sceny w pamięci, nie lubię kiedy nie ma chociaż pięknego języka jakim można się zachwycić. Spodziewając się powyższego nie przypuszczałam by Me before you przypadło mi do gustu.

Podsumowując:
  • Me before you to było dla mnie spore zaskoczenie. 
  • Jak już jesteśmy przy angielskim tytule- świetny wybór jeśli chcecie nieco podszlifować angielski/nie stracić kontaktu z językiem/chcecie przeczytać coś w oryginale.
  • Nie jest to książka wybitna, ale jest całkiem niezła.
  • Myślę, że zainteresuje też płeć przeciwną, czemu nie!


Czas trwania: 1 godz 50 min.
Premiera świat: czerwiec 2016
Premiera Polska: czerwiec 2016







        Kiedy oglądałam film moją uwagę przykuwała głównie Emily Clark, odtwórczyni głównej roli. Niestety jej gra mnie bardzo irytowała... Moim zdaniem za bardzo przerysowała swoją postać (mam wrażenie, że w Grze o tron też miała z tym lekki problem), a jej mimika była po prostu komiczna. W miarę oglądania filmu trochę już się przyzwyczaiłam, ale do końca były momenty,
w których prychałam.
Jeśli chodzi o resztę obsady to w sumie nie mam zastrzeżeń, aczkolwiek nie podobało mi się jedynie przedstawienie Willa w momencie jego pierwszego spotkania z Lou- czytając książkę widziałam raczej mroczny pokój i mocno zarośniętego mężczyznę.

        Przedstawiona historia jest na tyle specyficzna, że jednak podobała mi się subtelność i niejaka powolność książki. W filmie oczywiście musieli co nieco pominąć, spłycić. Zupełnie inny obraz rodziców Willa troszkę mi zgrzytał.
Poza tym muszę przyznać, że jest to bardzo dobra ekranizacja. Niektóre dialogi były żywcem wyjęte z książki.
A przedstawienie oryginalności Lou było bardzo dobrze zrealizowane. Także ogólnie film na plus.

        A jeśli nie czytałem/am książki i nie zamierzam?- wspaniała wiadomość: nie widzę przeciwwskazań, aby zainteresować się filmem. Jest dobry, oczywiście jeśli lubi się takie historie :) ALE TYLKO JEŚLI ZDIERŻYCIE DZIWNĄ GRĘ CLARK.

30 października 2016

"Płatki na wietrze" Virginia C. Andrews i "Płatki na wietrze" Karen Moncrieff

tytuł oryginału: Petals on the Wind
tłumaczenie: Elżbieta Podolska
czas trwania: 12 godz. 36 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1980
opis:
"Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy! Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów! Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości."





        Rodzeństwo po ucieczce z Foxworth Hall trafia przypadkiem do domu lekarza, Paula. Ten przygarnia ich
i opiekuje się nimi. Dzięki niemu wracają do zdrowia i normalnego życia.

        Początek bardzo mi się nie podobał. Za dużo fartu, za dużo zbiegów okoliczności, wszystko poszło za łatwo. Aż mi się chciało śmiać z ich rozmów z doktorem. Były źle napisane, jakbym tym razem czytała jakieś tanie czytadło...
A później było tylko gorzej!

        Cathy Dollanganger zasłużyła u mnie na miano najbardziej irytującej bohaterki literackiej! To co robiła, co myślała, miałam tego dość! Ciągle dokonywała takich wyborów, aby sobie tylko skomplikować życie. Ta jej chęć zemsty, niemożność opanowania gniewu bardzo kontrastowała z tym, że pozwoliła aby traktowano ją jak zwykłą ścierę. Złapała życie w swoje ręce? Nie szkodzi, da sobą kierować, zwłaszcza przez męża, którego nie kocha...
Biorę pod uwagę to, że wpłynęły na nią wydarzenia z dzieciństwa, denerwuje mnie jedynie niekonsekwencja.

        Virginia C. Andrews napisała coś co podchodzi pod erotyk, na początku głównie czytamy o tym, że Cathy ma na kogoś ochotę albo ktoś ma ochotę na Cathy. W jej życiu jest (w zasadzie) jedynie czterech mężczyzn, każdego kocha, z każdym współżyła... Głównie to zaważyło na niskiej ocenie książki Andrews- ta książka jest po prostu nudna. Nie interesują mnie takie płytkie książki o niczym.
No dobrze, w sumie ta książka jest o dążeniu Cathy do spełnienia jej marzenia (co jednak zostaje przyćmione przez te wszystkie romanse) oraz o zemście. Zemsta faktycznie pod koniec wysuwa się na pierwszy plan, ale jest to końcówka książki i po tylu stronach takiej lektury i tak miałam dość.

        Dodatkowo baaardzo niska wiarygodność zdarzeń zwłaszcza pod koniec, dziwne opisy, to wszystko bardzo mnie irytowało. A kiedy opowiadałam o wydarzeniach z książki mojemu ukochanemu on pytał tylko: dlaczego ty to nadal czytasz? 

O ile jeszcze Kwiaty na poddaszu mogłabym polecić, tak Płatki zdecydowanie odradzam!


czas trwania: 1 godz 28 min.
premiera świat: maj 2014






        Podobnie jak książka film mniej mi się podobał, ale było zdecydowanie bardziej znośnie. Filmowcy ograniczyli trochę porcję melodramatu jaką zaserwowała Andrews.
        Widać spore zmiany w obsadzie, co w sumie nie dziwi. Na szczęście nie jest to bardzo widoczne, a obsada drugiej części poradziła sobie dobrze. Nikt mnie nie oczarował, ale też nikt nie zdenerwował.
        Jestem jednak zawiedziona wątkiem kariery Cathy. Rozumiem, że rozwijanie go zabrałoby więcej czasu, ale jej postać dużo na tym straciła.
        Ogólnie jako film ujdzie, choć był moment kiedy byłam zdziwiona tym, że film z tego roku przedstawiał tak niski poziom techniczny (scena w samochodzie i wypadek).
        Dla zainteresowanych poleciłabym jednak bardziej film niż książkę. Rzadko można coś takiego usłyszeć, ale w tym przypadku to mniejsze zło.

28 października 2016

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Adnrews i 2x..."Kwiaty na poddaszu" (Deborah Chow oraz Jeffrey Bloom)

tytuł oryginału: Flowers in the Attic
tłumaczenie: Bożena Wiercińska
czas trwania: 12 godz. 22 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1979
opis:
"Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości.

Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.
"






        Virginia C. Andrews od pierwszych stron przykuła moją uwagę. Mocno wciągnęłam się w opowieść Cathy Dollanganger, która najpierw wspomina swoje szczęśliwe dzieciństwo z kochającą matką, cudownym ojcem i trójką rodzeństwa. Sielanka kończy się, kiedy ojciec umiera, a rodzeństwo wraz z matką musi przeprowadzić się do dziadków. Sprawa jest jednak... trochę skomplikowana. Otóż, dziadek, właściciel ogromnej fortuny, niegdyś wydziedziczył jej matkę, a ona wracając ma nadzieję zjednać sobie na nowo jego serce i odzyskać dziedzictwo. Aby to osiągnąć musi wrócić sama, więc razem ze swoją matką zamyka dzieci w pokoju w nieużywanym skrzydle rezydencji swoich rodziców.
Mniej więcej do tego momentu byłam zachwycona i pochłonięta. Później Andrews miała tylko moją uwagę, jednak nadal bardzo skupioną.

        W zasadzie książkę Virginii czyta się jedynie dla samej opowieści. Ani nie jest napisana pięknym językiem, ani nie zawiera jakiegoś oryginalnego przesłania. Historia jest wstrząsająca i jedynie na tym bazuje autorka, to zajmuje czytelnika. Szczerze mówiąc naprawdę mną wstrząsnęła, wiem, że książka nie jest oparta na faktach, ale... Spójrzmy prawdzie w oczy, na świecie żyje tylu pojebów, że to mogło się zdarzyć. I zupełnie bez powodu właśnie tak na to patrzyłam- jakby to się naprawdę zdarzyło.

        Jednak kilka linijek wyżej wspomniałam, że tylko z początku byłam zachwycona. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbyt dużą jak dla mnie dawkę melodramatu. Było tam kilka wydarzeń, które były trochę przesadzone. Autorka je usprawiedliwiła, ale i tak były jak nieznośna drzazga wbita w ciało- przeszkadzały.
Dodatkowo nie wiem czy autorka nie popełniła co najmniej dwóch błędów, nie jestem ich jednak pewna, więc nie wymienię, sygnalizuję tylko istniejące niejasności.

        Kwiatów na poddaszu słuchałam, czytała je Kamila Baar. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty. Czytała płynnie, dbała o odpowiednią intonację. Wprawdzie czasem jej interpretacja nie do końca odpowiadała moim odczuciom, ale to rzecz drugorzędna. Na dodatek próbowała też nadać każdej postaci indywidualny głos, co jej całkiem nieźle wyszło. Sprawiła, że słuchanie tej powieści nie było monotonne, nie zdarzało mi się też raczej odpłynąć myślami. 6+!

        Pomimo, że nie jestem zachwycona lekturą książki Virginii C. Andrews poleciłabym ją jeśli spodobał ci się opis. Ma pewne mankamenty, ale są one do przełknięcia, zwłaszcza jeśli książkę się pochłania- mi zajęła jedynie dwa dni, jak na mnie to bardzo mało. Byłam ciekawa kontynuacji, więc sięgnęłam po nią od razu, już za niedługo podzielę wrażeniami z lektury.



czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: styczeń 2014





        Nie mogę się powstrzymać, aby na samym początku nie wytknąć filmowcom ich ogromnego przewinienia względem książki- niezgodności.
I, kochani, to nie jest kilka przeinaczonych scen, ot drobiazgi. To jest wypaczenie postaci i zdarzeń tak, że ci z książki i ci z filmu diametralnie się różnią. Choć na pozór przecież dostajemy to co w książce- rodzeństwo zamknięte na poddaszu, które po kilku tragicznych wydarzeniach w końcu ucieka. Jednak to co dzieje się pomiędzy nimi, to jak są przedstawieni poprzez ich czyny, sprawia, że otrzymujemy historię całkiem innych ludzi. No właśnie- to historia innych ludzi i to mnie denerwowało.
Dodatkowo to jak wypaczona została postać babci zasługuje na jakąś karę... No i jej relacja z Corinne. Wszystko wyszło zarazem dziwne i śmieszne, przynajmniej z perspektywy kogoś kto czytał książkę.

        Film mną niestety nie wstrząsnął, oczywiście trudno o wstrząs jeśli zna się całą historię, po prostu jakoś żadna ze scen nawet nie zapadła mi w pamięci. Jednak zabrakło mi czegoś, być może dobrej gry aktorskiej, która jakoś uwydatniłaby co przeżywały dzieci. Nie widziałam między dziećmi żadnej relacji, a przecież w książce tyle tego było: Chris i Cathy jako rodzice dla Corriego i Carry, powstające między nimi napięcie, ich wzajemna miłość.
        Na dodatek rozczarowała mnie rezydencja Foxworth Hall. Była zdecydowanie za mała! Oczywiście większa od zwykłego domu, ale jedynie odrobinę. To sprawiło, że historia wydała się mniej wiarygodna, bo jak dzieci mogłyby bawić się na poddaszu, tańczyć, skakać, słuchać muzyki i być niezauważone, jeśli dom byłby tak mały?
Jeszcze wspomnę o zabawnej kwestii- w filmie naprawiają błąd Andrews, który pojawia się w drugiej części :) Powiem tylko, że chodzi o historię z kluczem.
        Jeśli zastanawiacie się czy warto obejrzeć ten film to raczej odradzam. Najlepiej albo przeczytać książkę, albo darować sobie tę historię.

czas trwania: 1 godz. 33 min.
premiera świat: listopad 1987







       Z jakiegoś powodu pomyślałam, że może pierwsza ekranizacja Kwiatów na poddaszu będzie lepsza. Jak ja się myliłam!
W filmie z 2014 roku były niezgodności, ale tu to już naprawdę zupełnie inna historia. Nawet zakończenie. W sumie nie dziwię się, że zrobili nowy film. Ten stary to zamknięta historia, nie ma części drugiej i nie będzie.
       Generalnie historia może by mi się spodobała, ale widać, że to stary film. Dziwna muzyka, naprawdę dziwna i jakby "odstająca", nie pasowała do filmu, nie stapiała się
z obrazem. Gra aktorska też taka sobie, zwłaszcza głównej bohaterki. Sceny kiedy krzyczała były komiczne.
Jeden plus! Rezydencja Foxworth Hall zdecydowanie taka jak ją sobie wyobrażałam. Nie dom, a rezydencja.
       Względem książki historia została mocno okrojona, wiele wydarzeń pominięto. Na dodatek należy pamiętać, że w 1,5 godziny zmieścili nie tylko książkę, ale dodatkowe i zakończenie całej historii.
       Starszej wersji zdecydowanie nie polecam.