27 grudnia 2016

Krótko i na temat (12) || Riordan, Riordan, Myśliwski

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Morze Potworów Rick Riordan
tytuł oryginału: The Sea of Monsters
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2009
data wydania oryginału: 2006
liczba stron: 280
opis:
"W porywającym, dowcipnym i cieszącym się ogromną popularnością dalszym ciągu opowieści rozpoczętej w Złodzieju pioruna Percy wraz z przyjaciółmi musi udać się w rejs po Morzu Potworów, aby ocalić obóz. Najpierw jednak odkryje szokującą rodzinną tajemnicę, która każe mu się zastanowić, czy to, że Posejdon uznał go za syna, jest zaszczytem czy okrutnym żartem. Siódma klasa była dla Percy’ego Jacksona wyjątkowo spokojna. Żaden potwór nie przedostał się na teren jego nowojorskiej szkoły. Ale kiedy niewinna gra w zbijanego z kolegami z klasy zmienia się w śmiertelną rozgrywkę 
z brutalną bandą olbrzymów-ludożerców… sprawy przyjmują paskudny obrót. Niespodziewana wizyta Annabeth, przyjaciółki Percy’ego, oznacza kolejne złe wieści: magiczna granica broniąca Obozu Herosów została zniszczona przez truciznę podrzuconą przez tajemniczego wroga. Jeśli lekarstwo nie znajdzie się na czas, jedyna bezpieczna przystań dla herosów przestanie istnieć."

        W recenzji pierwszej książki z serii (do przeczytania tutaj) wspominałam, że Percy przypominał mi Harry'ego. Chyba ogarnęła mnie poterrmania, bo znów miałam skojarzenie z HP! Tym razem Annabeth przypominała mi Hermionę. Z tym, że Hermiona zawsze miała odpowiednią książkę, zaś Annabeth odpowiedni przedmiot.
        Seria Riordana nadal mi się podoba, mimo że są to typowe książki dla dzieci, ewentualnie młodszych nastolatków. Tym razem jednak nie odczułam aż tak mocno przewidywalności. Choć w niektórych sytuacjach oczywiście połapałam się znacznie szybciej niż Percy, bo mam podstawową znajomość mitologii (dziwi mnie, że np. na pewnej wyspie-kurorcie Annabeth dała się zrobić w balona, skoro jest taka inteligentna...). Jednak na przykład zaskoczyła mnie końcówka. Szczerze powiem, że druga część wypada znacznie lepiej na tle Złodzieja pioruna. Była po prostu ciekawsza.
        Nadzieja jaką wyraziłam w ostatnim akapicie mojego poprzedniego tekstu o serii Percy Jackson i bogowie olimpijscy na szczęście nie okazała się płonna- Morze Potworów nie było aż tak przewidywalne jak poprzednia książka. Mogę mieć zatem nadzieję (kolejny raz :) ), że następne części będą już tylko lepsze i jak najszybciej sięgnę po tom trzeci, czyli Klątwę Tytana.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Klątwa Tytana Rick Riordan
tytuł oryginału: The Titan's Curse
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2010
data wydania oryginału: 2007
liczba stron: 280
opis:
"Kiedy Percy Jackson dostaje od swojego najlepszego kumpla Grovera pilną wiadomość z prośbą 
o pomoc, natychmiast przygotowuje się do walki. Przyjaciele ruszają na ratunek i odkrywają, że Grover spotkał kogoś wyjątkowego: dwoje potężnych dzieci półkrwi o nieznanym pochodzeniu. Ale to nie wszystko, co ich czeka. Król tytanów Kronos uknuł najbardziej podstępny ze swoich planów, a młodzi herosi mają być jego ofiarami.Nie tylko oni są w niebezpieczeństwie. Przebudził się starożytny potwór zdolny zniszczyć Olimp, a Artemida, jedyna bogini, która potrafi go wytropić, zaginęła. Percy 
i przyjaciele wraz z Łowczyniami Artemidy mają tylko tydzień, żeby odnaleźć porwaną boginię 
i rozwiązać tajemnicę potwora, na którego polowała. A po drodze będą się musieli zmierzyć 
z najniebezpieczniejszym wyzwaniem: mrożącą krew w żyłach klątwą tytana."

        Kolejna część nareszcie przedstawia przyzwoity poziom! Mimo, że poprzednie dwie mi się spodobały to była to raczej sympatia z przymrużeniem oka na większość wad. Tutaj natomiast nie musiałam tego robić.
        Podczas czytania tej części znalazłam nową przyjaciółkę, dałam się całkowicie zaskoczyć Riordanowi, a także przeżyłam na sam koniec szok i stratę.Więcej nie zdradzę, nie chcę spoilerować. Niech fani serii przekonają się sami :)
        Często kolejne części cyklu, a środkowe zwłaszcza, są jednymi z najgorszych. Tutaj jednak tak nie jest, jak na razie obserwuję tendencję zwyżkową- im dalej tym lepiej! Sięgnę więc jak najszybciej po kolejną część!

Pałac Wiesław Myśliwski
data wydania: 1998
data pierwszego wydania: 1970
liczba stron: 288
opis: 
"Świt drugiej wojny światowej. Do wioski zbliża się front. Jakub, pasterz, jest świadkiem ucieczki państwa z miejscowego dworu. Kiedy kierowany ciekawością, przekracza próg pałacu, zagłębia się
w świat arystokracji - na poły realny, na poły utkany z fantazji. Przemierza puste korytarze i zasiada 

w fotelach, wcielając się w rolę arystokraty. Wizje przodków i wyobrażenia o innym życiu przenikają go zwolna, zmieniając jego świadomość. Jakub staje się swoim własnym panem.
Wiesław Myśliwski za pomocą żywego monologu bohatera ukazuje pełną napięć dynamikę ludzkiej świadomości. Jakub wciela się w role, zakłada maski wybierane z rekwizytorium rzeczywistości, w której żyje. Myśl i język pozbawione barier, świat bez granic społecznych - oto pełna wewnętrznej siły pisarska wizja na miarę epoki.
"




        Pióro Wiesława Myśliwskiego poznałam od najlepszej jego książki (jak do tej pory). Niestety kolejne nie zawsze były tak dobre. Na przykład nie podobał mi się Nagi sad, za to Kamień na kamieniu uważam za bardzo ciekawą książkę.
        Pałac to "historia pewnego dworu". Na początku jesteśmy świadkami ucieczki jaśnie państwa z dworu- wybuchła wojna. Jednak narrator jest trochę zdezorientowany, nie wie gdzie ta wojna jest, usłyszał tylko jeden strzał, potem powstał chaos, a w końcu został sam pośród ciszy. Narratorem jest mężczyzna, który pracował we dworze. Ów narrator wchodzi do tytułowego pałacu, a wtedy... Książkę opanowują zjawy, jesteśmy jakby w głowach kolejnych jaśnie panów. Bardzo prawdopodobne, że to tylko wyobrażenia owego pasterza, a może to faktycznie oni, a może...
i to, i to. Książka, którą można interpretować na różne sposoby.
        Muszę przyznać, że Pałac był dla mnie po prostu NUDNY. Lubię wywody Myśliwskiego, ale ta książka składa się z samych takich wywodów, w dodatku w wykonaniu niezbyt przyjemnych typów. Forma jest faktycznie ciężkostrawna- poważnie to same monologi. Nie ma tu jako tako opisów. I chociaż akurat podoba mi się sam pomysł, uważam że jest ciekawy, to niestety wykonanie już nie.
        Było kilka ciekawych momentów, ale to zdecydowanie za mało. Pałac uważam za najsłabszą książkę uwielbianego przeze mnie pisarza i nie będę polecać. 

07 grudnia 2016

"Ósme życie (dla Brilki) tom I" Nino Haratischwili

tytuł oryginału: Das achte Leben
tłumaczenie: Urszula Poprawska
data wydania: 2016
liczba stron: 586
opis:
"Monumentalna, przerażająca i piękna zarazem powieść, rozgrywająca się na tle zmieniającej się Europy XX wieku.

Początek XX wieku. Mroźna zima. Na świat przychodzi Stazja Jaszi, córka najsłynniejszego w carskiej Rosji gruzińskiego wytwórcy czekolady. Wraz ze Stazją i kolejnymi pokoleniami rodziny Jaszi zanurz się w gąszcz historii najkrwawszego ze stuleci.

Od pierwszej wojny światowej przez rewolucję październikową i drugą wojnę światową do początku XXI wieku. Od gruzińskich wybrzeży Morza Czarnego po Berlin, Paryż i Londyn.

Ósme życie to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie dręczonych przeszłością głosów młodego pokolenia przypominający o wciąż nieodrobionej lekcji historii Europy. Nino Haratischwili stworzyła powieść, na jaką czeka się latami: epicki rozmach, pełnokrwiści bohaterowie, wielkie namiętności i cudowny, plastyczny styl.
"

        Ósme życie to druga książka, którą przeczytałam dzięki akcji Czytaj PL Nie wiem czy sięgnęłabym po nią, gdyby nie ta akcja. Możliwe, że nie i w sumie cieszę się, że miałam taką możliwość, na dodatek za darmo.
Afera Watergate, demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie, rządy czarnych pułkowników w Grecji, kryzys naftowy i kariera Elvisa- to wszystko nie dawało spokoju światu na zachodzie, podczas gdy jego część wschodnia pod rządami Breżniewa pogrążała się w głuchej stagnacji.
        Nino Haratischwili snuje rozległą sagę rodzinną, która swój początek ma sto lat temu. Wszystko pod pretekstem opowiedzenia historii najmłodszej z rodu- Brilce. Historię snuje jedna z młodszych kobiet z rodu. Nie wiemy nic o niej, ani o Brilce, aby się czegoś dowiedzieć o tych dwóch kobietach trzeba sięgnąć po tom drugi. Swoją drogą jest to dobry chwyt, ponieważ choćby dlatego człowiek chce przeczytać kolejny tom- dlaczego ma to pomóc Brilce? Dokąd ona zmierza i po co?


        Generalnie to mam pewien problem z tą książką, sama nie wiem czy bym ją polecała. Może zacznę od tego co mnie denerwowało- język. Momentami aspirował do wzniosłego i poetycznego, ale jak dla mnie wychodziło dziwnie,
a czasem nawet śmiesznie.
Życie ją oszukało czy też ona oszukała życie- wychodziło na to samo.
I jeszcze:
(...) pojęła, że duchy powróciły, że znowu mają wolną drogę, drogę między różnymi momentami w czasie
i wszystkimi możliwymi do wyobrażenia światami.
 Trochę też nagromadzenie tragedii jakie miały miejsce w tej rodzinie było trudne do przełknięcia. Nie lubię takiego skondensowanego melodramatu. W sumie autorka ma na to tłumaczenie, ale cóż, jest ono takie "magiczne"...
Miłość była sączącą się powoli trucizną, była podstępna i fałszywa, była zasłoną rzuconą na nędzę świata, była lepka i ciężka, miłość była lustrem, w którym można było zobaczyć, kim się nie było, miłość była zjawą, która dawała nadzieję temu, komu jej od dawna brakowało, była schronieniem, gdy chciało się znaleźć ucieczkę, a znajdowało tylko siebie samego, była niejasnym wspomnieniem innej miłości, możliwością i tak dalej w tym guście...

        Poza tym jest to wciągająca saga, która urzekła mnie swoim klimatem. Głównym jej plusem jest to, że przybliża czytelnikowi realia tamtej strasznej epoki. Mi osobiście przede wszystkim uświadomiła jak rozległy był komunizm. Bo tak naprawdę kiedy słyszę to hasło myślę głównie o Polsce, jeszcze o krajach pomiędzy Polską a Rosją, ale tamte odleglejsze krainy nie przypominają mi się jako jedne z cierpiących przez ten okropny reżim. Uświadomiła mi też rozległość II Wojny Światowej, chociaż skupiła się bardziej na sytuacji w Rosji i generalnie książka jest bardziej
o komunizmie.
Ósme życie pokazuje też brutalność tej epoki i to jak oddziaływała na najzwyklejszych ludzi, którzy nie interesują się tym czy innym ustrojem, chcą tylko normalnie żyć.
(...) i znowu musimy piać hymny na cześć tego wspaniałego państwa. Jak to znieść? Jak z tym żyć? Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że ta przeklęta wojna uczyniła nas kalekami, zabrała nam przyjaciół, zniszczyła nasze życie, lecz to, że wszystko zalegalizowała. Teraz mówią: patrzcie, nasz wielki Wódz doprowadził nas do zwycięstwa, pokonaliśmy faszystów, przeżyliśmy. Cała ta droga była słuszna. Mówią, że ofiary, które musieliśmy ponieść, były konieczne. A to przecież jest tak straszliwie głupie, tak niesprawiedliwe.
         Nie jestem pewna czy sięgnę po drugi tom. W sumie ten język nie przeszkadzał mi tak bardzo, czytało się szybko, a poza tym pewnie w końcu zatęsknię za klimatem tej książki. Prawdopodobnie prędzej czy później rozejrzę się za kontynuacją.

01 grudnia 2016

"Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX" Ashlee Vance


tytuł oryginału: Elon Musk - Tesla, SpaceX, and the Quest for a Fantastic Future
tłumaczenie: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
data wydania: luty 2016
data wydania oryginału: 2015
liczba stron: 448
opis:
"Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą. Wizjoner, geniusz, nieznośny szef, najbardziej zuchwały przedsiębiorca Doliny Krzemowej, jeden z najbogatszych ludzi na ziemi. Człowiek stawiany w jednym szeregu z Thomasem Edisonem, Henrym Fordem i Stevem Jobsem. Każdy start-up w jego rękach..."







Na okładce czytamy: Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX
Opis zaś krzyczy: Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą.
No i jakoś mi się to nie zgodziło podczas lektury...

        O Elonie Musku nigdy do tej pory nie słyszałam. Przyznam, że skusił mnie po prostu opis, a książkę przeczytałam dzięki akcji czytajPL!, teraz żałuję, bo mogłam się zabrać jednak za jakieś tomiszcze- do akcji dołączyłam w ostatniej chwili i myślałam po prostu, że nie zdążę.

        Początek tej biografii był w porządku, tak mniej więcej do momentu pierwszego start-upu Elona. Autor opisywał z początku swoje dążenia do tego by książka powstała oraz obecną postać Muska, to było takie wprowadzenie. Następne rozdziały poświęcone są jego dzieciństwu, Elonowi jako nastolatkowi, krótko o jego epizodzie w Kanadzie. Następnie opisane są po kolei firmy Elona i muszę przyznać, że momentami się okrutnie wynudziłam. Były podawane szczegóły, mało interesujące. Było trochę od strony technicznej, jeśli chodzi o finanse to to mnie nie interesowało, ale już w rozdziale z rakietą było ciekawiej. Także w rozdziale o Tesli. Tylko mam wrażenie, że autor nie za bardzo wypośrodkował pomijanie niektórych faktów i podawanie innych w najdrobniejszych szczegółach. Widać było pewną dysproporcję.

To, czy Musk był założycielem Tesli w ścisłym znaczeniu tego słowa, jest w tym momencie nieistotne.*
        Wspominałam na początku, że coś mi się nie zgadzało. O ile Elona można jeszcze okrzyknąć jako twórcę PayPala to mówienie o nim jako o twórcy Tesli to trochę niedopowiedzenie. Elon był inwestorem. Wszystko nadzorował, kierował całą firmą, starał się popularyzować elektryczne auta itd. Jednak pomysł nie był jego. Fakt, że poświęcił firmie siebie i majątek, i nie dopuścił do jej bankructwa tym, że włożył w nią wszystkie pieniądze i namawiał ludzi do inwestowania. Ale jednak sprawa wymaga tutaj wyjaśnień i takie dumne TWÓRCA w momencie kiedy na początku tchnął w nią tylko pieniądze jest dla mnie nieco niewygodne. Nie chciałabym w tym momencie umniejszać jego wkładu w firmę, mam nadzieję, że nie zostałam źle zrozumiana.
W tym momencie ktoś może powiedzieć czepiasz się. Jednak "kłuje" mnie to tym bardziej, że wiem o wyrzuceniu
z firmy faktycznego współtwórcy, jednego z dwóch pomysłodawców... Zgadnijcie kto doprowadził do wyrzucenia go.
Dodatkowo biografia to też pewne niedopowiedzenie... To bardziej biografia tych firm niż Muska. Do czasów kanadyjskich to jest biografia Elona Muska, ale potem to opowieść o tych firmach. Owszem Musk jest w tych rozdziałach opisywany, dowiadujemy się jak nimi kieruje. Ale to by było na tyle.

        Poza tym cała ta gadka o zbawianiu świata. Ktoś kto przeczytał tę książkę może mi teraz wytknąć, że zachowuję się jak krytycy Elona lata temu, że go wyśmiewam, podczas gdy on zagrał wszystkim na nosie urzeczywistniając swoje wizje. Wcale tak nie jest. A już tłumaczę o co chodzi. Elon twierdzi, że ludzkość przetrwa tylko jeśli stanie się gatunkiem międzyplanetarnym. On sam ma zamiar doprowadzić albo chociaż podłożyć podwaliny pod kolonię na Marsie. Choć w tym momencie to przekracza moje pojęcie i uważam, że mamy niedostateczną wiedzę o warunkach na tej planecie, to jednak pragnę zwrócić uwagę na inny aspekt. Moim zdaniem ludzkość powinna szanować planetę, na której powstała, powinna wyzbyć się tej zachłanności i skłonności do destrukcji. Wtedy przetrwa. A nie niszcząc wszystkie planety, na których się znajdzie.
Moim zdaniem to jest raczej marzenie, o którym Musk lubi opowiadać. Lubi się chwalić swoją wizją, bo lubi być uważanym za wizjonera.

        Nie jestem zadowolona z lektury tej książki. Nie czytało jej się zbyt gładko, nie pozostawiła po sobie miłego wrażenia. Elon Musk mnie nie zainspirował, raczej pozostawił po sobie swoją postacią zniesmaczenie. Człowiek, który wyciska z ludzi siódme poty i często każe im pracować po 16 godzin dziennie, tak, dziennie, jednocześnie potrafi ich wywalić z pracy za byle co i płaci im mało. To zabawne, ale momentami miałam wrażenie, że to całe cięcie kosztów produkcji było też w odczuwalnym stopniu osiągnięte dzięki niskim pensjom. Generalnie mam wrażenie, że ludzie szanują go za jego sukcesy i jeśli działa na nich jego urok. Wyobraźcie sobie, że dostajecie maila o treści: Jestem głęboko rozczarowany. Powinieneś przemyśleć swoje priorytety. Zmieniamy świat i piszemy na nowo historię, a ty albo okazujesz swoje oddanie sprawie, albo nie. ponieważ nie przyszliście na imprezę związaną z urodzinami dziecka swojego szefa...
Generalnie Elon Musk jest dla mnie człowiekiem pełnym sprzeczności. Nie jest człowiekiem, na którego się kreuje, przynajmniej jeśli popatrzy się z boku na jego czyny. Z jednej strony jest genialnym biznesmenem z inżynierskim umysłem, a z drugiej potrafi mieć dość ograniczone horyzonty. Zabawne stwierdzenie skoro gość myśli o dokonaniu rzeczy, o których inni nawet nie marzyli, ale takie odniosłam wrażenie.
Przykładowo zabawną ironią jest to, że każe swoim genialnym inżynierom pracować po 16 godzin, odbiera im jakiekolwiek życie poza pracą i głosi poglądy tego typu: (...) generacje inteligentnych ludzi mają mniej dzieci, to prawdopodobnie też jest niekorzystne. 

        Nie polecam tej książki, chyba, że ktoś jest zafiksowany na punkcie SpaceX lub Tesli. O Musku jako człowieku,
o jego życiu prywatnym i o tym jakim człowiekiem jest naprawdę niewiele się dowiecie. Dodatkowo autor wydaje mi się mocno zafascynowany osobą Elona, nie powinno to być odczuwalne w biografii...

I żeby kogoś nie zmylił ton tego tekstu. Bardzo szanuję sukcesy Muska i podziwiam to, że znacząco ruszył pewne dziedziny przemysłu do przodu. Być może dzięki niemu już my będziemy pokoleniem, które będzie jeździło autami elektrycznymi. Pewnie doczekamy się tego dopiero na starość, ale jednak. Mimo to będę pamiętać jakim jest człowiekiem i jakie warunki panują w jego firmach.

A i jeszcze jedna zabawna kwestia- Elon Musk kreowany na człowieka, który wyrzuca marketingowców za literówki, a maila z raportem potrafi przez to nie przeczytać (czy też za przecinki), doczekał się biografii wydanej z literówkami :D Oczywiście na pewno amerykańskie wydanie jest bez zarzutu, ale w polskim znalazło się kilka błędów.

*cytat z książki

25 listopada 2016

"Oko" Vladimir Nabokov

tytuł oryginału: The Eye
tłumaczenie (na podstawie tekstu angielskiego): Anna Kołyszko
z rosyjskiego przełożył Dmitrij Nabokov, we współpracy z ojcem
data wydania: wrzesień 2015
data pierwszego wydania: 1994
data wydania oryginału: 1930 (pod pseudonimem W. Sirin, opowieść była zatytułowana Sogladataj)
liczba stron: 140
opis:
"Krótka, ale smakowita powieść Vladimira Nabokova (1899-1977) "Oko", napisana na przełomie roku 1929 i 1930, jest bardzo ważna w dorobku pisarza jako pierwsze pojawienie się pewnych istotnych dla jego twórczości tematów, zabiegów i tendencji.

To najwcześniejsza Nabokovowska powieść, w której narracja prowadzona jest nie w trzeciej, ale w pierwszej osobie. To także najwcześniejsza jego powieść, w której pojawiają się jako problemy pierwszoplanowe zagadnienia solipsyzmu i tożsamości.
" 

 
        Vladimir Nabokov zasłynął dzięki kontrowersyjnej Lolicie. Była to pierwsze powieść napisana przez rosyjskiego pisarza, którą przeczytałam. I jak na razie najlepsza. Jednak Nabokov to mistrz słowa, książki spod jego pióra czyta się z prawdziwą przyjemnością. Jeśli tylko potrafi się docenić piękny język, charakterystyczną zabawę słowami. Dlatego każda z jego książek zostawiła po sobie przyjemne wrażenie.

        Nie inaczej było z Okiem. Jest to niestety krótka opowiastka, tzw. mikropowieść. Liczy sobie około 80 stron. Aż żal to pisać... Jednocześnie rozumiem dlaczego jest tak krótka, musiała być dość dynamiczna, musiała przytrzymać czytelnika przy sobie dopóki nie przewrócił ostatniej strony, musiała nabrać...

W Przedmowie napisanej przez Nabokova czytamy:
Struktura tej historii imituje strukturę powieści detektywistycznej, chociaż w istocie autor zaprzecza, jakoby chciał nabierać, zaskakiwać, zwodzić lub w jakikolwiek inny sposób oszukiwać czytelnika. Ten tylko bowiem czytelnik, który od razu złapie, w czym rzecz, wyniesie z "Oka" prawdziwą satysfakcję. Nie chce mi się wierzyć, żeby nawet najbardziej łatwowiernemu, lecz uważnemu odbiorcy tej migoczącej opowiastki zabrało dużo czasu na rozszyfrowanie, kim jest Smurow. Sprawdziłem to na pewnej starszej pani z Anglii, dwóch magistrantach, trenerze hokejowym, lekarzu oraz dwunastoletnim dziecku sąsiadki. Dziecko chwyciło najprędzej, sąsiadka- najpóźniej.
        I od tej pory skupiamy się tylko na tym. Musimy dowiedzieć się jak najszybciej kim jest Smurow. W pewnym sensie to mylące i przeszkadzające.
Przyznam, że dałam się podejść jak... no cóż w obliczu powyższych słów nie mogę napisać, że jak dziecko... Jak sąsiadka ;) Zorientowałam się dopiero pod koniec, mimo że Nabokov wyraźnie podaje kim jest ów Smurow.

        Smurow to obsesja głównego bohatera. Cała ta książka to jego "pogoń" za obrazem tego człowieka. Obrazem jaki stworzyli inni. Chce wiedzieć kim jest Smurow dla ludzi w jego otoczeniu, co o nim myślą znajomi. Kiedy wychodzi na jaw kim tak naprawdę jest ta postać, okazuje się, że autor zastosował bardzo ciekawy zabieg. Naprawdę bardzo ciekawy. Korci mnie, żeby napisać o co chodzi, ale wtedy popsułabym zabawę.
Bo przecież po to, żeby żyć szczęśliwie, człowiek musi od czasu do czasu zaznać kilku chwil idealnej pustki. Ja natomiast zawsze byłem obnażony, zawsze czujny; nawet we śnie nie przestawałem się pilnować, nie rozumiejąc nic a nic z własnego istnienia, odchodząc od zmysłów na myśl, że mógłbym nie móc przestać być świadomym siebie, i zazdroszcząc wszystkim tym prostym ludziom- urzędnikom, rewolucjonistom, sprzedawcom- którzy, z ufnością i skupieniem, krzątają się przy swych poślednich pracach.
Nabokov w swojej książce ukazuje także postać z zaburzeniami psychicznymi (to akurat jest dla niego dość typowe), zajmuje się zagadnieniem tożsamości, a także snuje ciekawe rozważania na temat rzeczywistości. Za każdym razem kiedy się z takimi stwierdzeniami, jak u Nabokova, spotykam, zastanawiam się czy autor nie żartuje. Mimo to często takie rozważania wywołują dziwne uczucie, swędzenie z tyłu głowy, nieokreślony niepokój.

        Oko to bardzo ciekawa powieść i jest na tyle krótka, że mogę ją polecić każdemu, kto ma ochotę zapoznać się z twórczością Vladimira Nabokova. Ja go uwielbiam!

15 listopada 2016

"Me before you" Jojo Moyes i "Zanim się pojawiłeś" Thea Sharrock


data wydania: 2012
data polskiego wydania: 2013
liczba stron: 369
opis:
"Louisa Clark is an ordinary girl living and exceedingly ordinary life - steady boyfriend, close family - who has barely been farther afield than her tiny village. She takes a badly needed job working for ex-Master of the Universe Will Traynor, who is wheelchair-bound after an accident. Will has always lived a huge life - big deals, extreme sports, worldwide travel - and he is not interested in exploring a new one.
Will is acerbic, moody, bossy - but Lou refuses to treat him with kid gloves, and soon his happiness means more to her than she expected. When she learns that Will has shoking plans of his own, Lou sets out to show him that life is still worth living.
Me Before You brings to life two people who couldn't have less in common - a heartbreakingly romantic novel that asks, What do you do when making the person you love happy also means breaking your own heart?
 


Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze.
"

        Facet na wózku w powieści dla kobiet? Idealny motyw do zrobienia taniego romansidła!
Mimo moich uprzedzeń co do książki Jojo Moyes wpadłam w sidła jej romansidła. A czy faktycznie należy przylepiać książce Moyes taką etykietkę?

        Me before you (czyli Zanim się pojawiłeś, ja czytałam w oryginale to będę się mądrzyć, ha. ha.) to w żadnym wypadku nie jest mdłe romansidło, a Moyes swoją książkę opiera nie na tanim chwycie wyciskającym łzy z oczu naiwnych kobiet, a na kwestii, nad którą warto się zastanowić. Moyes stawia przed czytelnikiem szereg bardzo trudnych pytań, dotyczących życia i śmierci. Powstrzymam się przed nazywaniem rzeczy po imieniu, nawet mimo tego że druga część samym swoim tytułem zdradza wszystko (nie śmieszne...).  A że wszystko jest podane w ładnym opakowaniu i szybko się czyta... Czy to źle?

        Było kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły podczas lektury. Po pierwsze, że się wciągnęłam! Jakoś w to wątpiłam, może nawet bym nie przeczytała książki, gdyby nie powstał film z Emilią Clark.
A po drugie wbrew pozorom można nawet powiedzieć, że to dość lekka lektura, bo naprawdę szybko się to czyta (chyba, że ktoś czyta po angielsku i maniakalnie sprawdza wszystkie słowa...). Tu pewnie niektórzy się zdziwią, ale mimo wszystko nie jest aż tak dołująca. Jedynie zakończenie.
Nie będę was zanudzać moimi przemyśleniami na temat podjęty w książce, ale muszę przyznać, że sam fakt ich istnienia w takiej kobiecej książce również mnie zaskoczył. Mam raczej nie najlepsze zdanie o kobiecej literaturze. Nie lubię czytać czegoś po czym nic nie zostanie, żadnego śladu w umyśle, żadnej sceny w pamięci, nie lubię kiedy nie ma chociaż pięknego języka jakim można się zachwycić. Spodziewając się powyższego nie przypuszczałam by Me before you przypadło mi do gustu.

Podsumowując:
  • Me before you to było dla mnie spore zaskoczenie. 
  • Jak już jesteśmy przy angielskim tytule- świetny wybór jeśli chcecie nieco podszlifować angielski/nie stracić kontaktu z językiem/chcecie przeczytać coś w oryginale.
  • Nie jest to książka wybitna, ale jest całkiem niezła.
  • Myślę, że zainteresuje też płeć przeciwną, czemu nie!


Czas trwania: 1 godz 50 min.
Premiera świat: czerwiec 2016
Premiera Polska: czerwiec 2016







        Kiedy oglądałam film moją uwagę przykuwała głównie Emily Clark, odtwórczyni głównej roli. Niestety jej gra mnie bardzo irytowała... Moim zdaniem za bardzo przerysowała swoją postać (mam wrażenie, że w Grze o tron też miała z tym lekki problem), a jej mimika była po prostu komiczna. W miarę oglądania filmu trochę już się przyzwyczaiłam, ale do końca były momenty,
w których prychałam.
Jeśli chodzi o resztę obsady to w sumie nie mam zastrzeżeń, aczkolwiek nie podobało mi się jedynie przedstawienie Willa w momencie jego pierwszego spotkania z Lou- czytając książkę widziałam raczej mroczny pokój i mocno zarośniętego mężczyznę.

        Przedstawiona historia jest na tyle specyficzna, że jednak podobała mi się subtelność i niejaka powolność książki. W filmie oczywiście musieli co nieco pominąć, spłycić. Zupełnie inny obraz rodziców Willa troszkę mi zgrzytał.
Poza tym muszę przyznać, że jest to bardzo dobra ekranizacja. Niektóre dialogi były żywcem wyjęte z książki.
A przedstawienie oryginalności Lou było bardzo dobrze zrealizowane. Także ogólnie film na plus.

        A jeśli nie czytałem/am książki i nie zamierzam?- wspaniała wiadomość: nie widzę przeciwwskazań, aby zainteresować się filmem. Jest dobry, oczywiście jeśli lubi się takie historie :) ALE TYLKO JEŚLI ZDIERŻYCIE DZIWNĄ GRĘ CLARK.

30 października 2016

"Płatki na wietrze" Virginia C. Andrews i "Płatki na wietrze" Karen Moncrieff

tytuł oryginału: Petals on the Wind
tłumaczenie: Elżbieta Podolska
czas trwania: 12 godz. 36 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1980
opis:
"Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy! Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów! Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości."





        Rodzeństwo po ucieczce z Foxworth Hall trafia przypadkiem do domu lekarza, Paula. Ten przygarnia ich
i opiekuje się nimi. Dzięki niemu wracają do zdrowia i normalnego życia.

        Początek bardzo mi się nie podobał. Za dużo fartu, za dużo zbiegów okoliczności, wszystko poszło za łatwo. Aż mi się chciało śmiać z ich rozmów z doktorem. Były źle napisane, jakbym tym razem czytała jakieś tanie czytadło...
A później było tylko gorzej!

        Cathy Dollanganger zasłużyła u mnie na miano najbardziej irytującej bohaterki literackiej! To co robiła, co myślała, miałam tego dość! Ciągle dokonywała takich wyborów, aby sobie tylko skomplikować życie. Ta jej chęć zemsty, niemożność opanowania gniewu bardzo kontrastowała z tym, że pozwoliła aby traktowano ją jak zwykłą ścierę. Złapała życie w swoje ręce? Nie szkodzi, da sobą kierować, zwłaszcza przez męża, którego nie kocha...
Biorę pod uwagę to, że wpłynęły na nią wydarzenia z dzieciństwa, denerwuje mnie jedynie niekonsekwencja.

        Virginia C. Andrews napisała coś co podchodzi pod erotyk, na początku głównie czytamy o tym, że Cathy ma na kogoś ochotę albo ktoś ma ochotę na Cathy. W jej życiu jest (w zasadzie) jedynie czterech mężczyzn, każdego kocha, z każdym współżyła... Głównie to zaważyło na niskiej ocenie książki Andrews- ta książka jest po prostu nudna. Nie interesują mnie takie płytkie książki o niczym.
No dobrze, w sumie ta książka jest o dążeniu Cathy do spełnienia jej marzenia (co jednak zostaje przyćmione przez te wszystkie romanse) oraz o zemście. Zemsta faktycznie pod koniec wysuwa się na pierwszy plan, ale jest to końcówka książki i po tylu stronach takiej lektury i tak miałam dość.

        Dodatkowo baaardzo niska wiarygodność zdarzeń zwłaszcza pod koniec, dziwne opisy, to wszystko bardzo mnie irytowało. A kiedy opowiadałam o wydarzeniach z książki mojemu ukochanemu on pytał tylko: dlaczego ty to nadal czytasz? 

O ile jeszcze Kwiaty na poddaszu mogłabym polecić, tak Płatki zdecydowanie odradzam!


czas trwania: 1 godz 28 min.
premiera świat: maj 2014






        Podobnie jak książka film mniej mi się podobał, ale było zdecydowanie bardziej znośnie. Filmowcy ograniczyli trochę porcję melodramatu jaką zaserwowała Andrews.
        Widać spore zmiany w obsadzie, co w sumie nie dziwi. Na szczęście nie jest to bardzo widoczne, a obsada drugiej części poradziła sobie dobrze. Nikt mnie nie oczarował, ale też nikt nie zdenerwował.
        Jestem jednak zawiedziona wątkiem kariery Cathy. Rozumiem, że rozwijanie go zabrałoby więcej czasu, ale jej postać dużo na tym straciła.
        Ogólnie jako film ujdzie, choć był moment kiedy byłam zdziwiona tym, że film z tego roku przedstawiał tak niski poziom techniczny (scena w samochodzie i wypadek).
        Dla zainteresowanych poleciłabym jednak bardziej film niż książkę. Rzadko można coś takiego usłyszeć, ale w tym przypadku to mniejsze zło.

28 października 2016

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Adnrews i 2x..."Kwiaty na poddaszu" (Deborah Chow oraz Jeffrey Bloom)

tytuł oryginału: Flowers in the Attic
tłumaczenie: Bożena Wiercińska
czas trwania: 12 godz. 22 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1979
opis:
"Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości.

Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.
"






        Virginia C. Andrews od pierwszych stron przykuła moją uwagę. Mocno wciągnęłam się w opowieść Cathy Dollanganger, która najpierw wspomina swoje szczęśliwe dzieciństwo z kochającą matką, cudownym ojcem i trójką rodzeństwa. Sielanka kończy się, kiedy ojciec umiera, a rodzeństwo wraz z matką musi przeprowadzić się do dziadków. Sprawa jest jednak... trochę skomplikowana. Otóż, dziadek, właściciel ogromnej fortuny, niegdyś wydziedziczył jej matkę, a ona wracając ma nadzieję zjednać sobie na nowo jego serce i odzyskać dziedzictwo. Aby to osiągnąć musi wrócić sama, więc razem ze swoją matką zamyka dzieci w pokoju w nieużywanym skrzydle rezydencji swoich rodziców.
Mniej więcej do tego momentu byłam zachwycona i pochłonięta. Później Andrews miała tylko moją uwagę, jednak nadal bardzo skupioną.

        W zasadzie książkę Virginii czyta się jedynie dla samej opowieści. Ani nie jest napisana pięknym językiem, ani nie zawiera jakiegoś oryginalnego przesłania. Historia jest wstrząsająca i jedynie na tym bazuje autorka, to zajmuje czytelnika. Szczerze mówiąc naprawdę mną wstrząsnęła, wiem, że książka nie jest oparta na faktach, ale... Spójrzmy prawdzie w oczy, na świecie żyje tylu pojebów, że to mogło się zdarzyć. I zupełnie bez powodu właśnie tak na to patrzyłam- jakby to się naprawdę zdarzyło.

        Jednak kilka linijek wyżej wspomniałam, że tylko z początku byłam zachwycona. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbyt dużą jak dla mnie dawkę melodramatu. Było tam kilka wydarzeń, które były trochę przesadzone. Autorka je usprawiedliwiła, ale i tak były jak nieznośna drzazga wbita w ciało- przeszkadzały.
Dodatkowo nie wiem czy autorka nie popełniła co najmniej dwóch błędów, nie jestem ich jednak pewna, więc nie wymienię, sygnalizuję tylko istniejące niejasności.

        Kwiatów na poddaszu słuchałam, czytała je Kamila Baar. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty. Czytała płynnie, dbała o odpowiednią intonację. Wprawdzie czasem jej interpretacja nie do końca odpowiadała moim odczuciom, ale to rzecz drugorzędna. Na dodatek próbowała też nadać każdej postaci indywidualny głos, co jej całkiem nieźle wyszło. Sprawiła, że słuchanie tej powieści nie było monotonne, nie zdarzało mi się też raczej odpłynąć myślami. 6+!

        Pomimo, że nie jestem zachwycona lekturą książki Virginii C. Andrews poleciłabym ją jeśli spodobał ci się opis. Ma pewne mankamenty, ale są one do przełknięcia, zwłaszcza jeśli książkę się pochłania- mi zajęła jedynie dwa dni, jak na mnie to bardzo mało. Byłam ciekawa kontynuacji, więc sięgnęłam po nią od razu, już za niedługo podzielę wrażeniami z lektury.



czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: styczeń 2014





        Nie mogę się powstrzymać, aby na samym początku nie wytknąć filmowcom ich ogromnego przewinienia względem książki- niezgodności.
I, kochani, to nie jest kilka przeinaczonych scen, ot drobiazgi. To jest wypaczenie postaci i zdarzeń tak, że ci z książki i ci z filmu diametralnie się różnią. Choć na pozór przecież dostajemy to co w książce- rodzeństwo zamknięte na poddaszu, które po kilku tragicznych wydarzeniach w końcu ucieka. Jednak to co dzieje się pomiędzy nimi, to jak są przedstawieni poprzez ich czyny, sprawia, że otrzymujemy historię całkiem innych ludzi. No właśnie- to historia innych ludzi i to mnie denerwowało.
Dodatkowo to jak wypaczona została postać babci zasługuje na jakąś karę... No i jej relacja z Corinne. Wszystko wyszło zarazem dziwne i śmieszne, przynajmniej z perspektywy kogoś kto czytał książkę.

        Film mną niestety nie wstrząsnął, oczywiście trudno o wstrząs jeśli zna się całą historię, po prostu jakoś żadna ze scen nawet nie zapadła mi w pamięci. Jednak zabrakło mi czegoś, być może dobrej gry aktorskiej, która jakoś uwydatniłaby co przeżywały dzieci. Nie widziałam między dziećmi żadnej relacji, a przecież w książce tyle tego było: Chris i Cathy jako rodzice dla Corriego i Carry, powstające między nimi napięcie, ich wzajemna miłość.
        Na dodatek rozczarowała mnie rezydencja Foxworth Hall. Była zdecydowanie za mała! Oczywiście większa od zwykłego domu, ale jedynie odrobinę. To sprawiło, że historia wydała się mniej wiarygodna, bo jak dzieci mogłyby bawić się na poddaszu, tańczyć, skakać, słuchać muzyki i być niezauważone, jeśli dom byłby tak mały?
Jeszcze wspomnę o zabawnej kwestii- w filmie naprawiają błąd Andrews, który pojawia się w drugiej części :) Powiem tylko, że chodzi o historię z kluczem.
        Jeśli zastanawiacie się czy warto obejrzeć ten film to raczej odradzam. Najlepiej albo przeczytać książkę, albo darować sobie tę historię.

czas trwania: 1 godz. 33 min.
premiera świat: listopad 1987







       Z jakiegoś powodu pomyślałam, że może pierwsza ekranizacja Kwiatów na poddaszu będzie lepsza. Jak ja się myliłam!
W filmie z 2014 roku były niezgodności, ale tu to już naprawdę zupełnie inna historia. Nawet zakończenie. W sumie nie dziwię się, że zrobili nowy film. Ten stary to zamknięta historia, nie ma części drugiej i nie będzie.
       Generalnie historia może by mi się spodobała, ale widać, że to stary film. Dziwna muzyka, naprawdę dziwna i jakby "odstająca", nie pasowała do filmu, nie stapiała się
z obrazem. Gra aktorska też taka sobie, zwłaszcza głównej bohaterki. Sceny kiedy krzyczała były komiczne.
Jeden plus! Rezydencja Foxworth Hall zdecydowanie taka jak ją sobie wyobrażałam. Nie dom, a rezydencja.
       Względem książki historia została mocno okrojona, wiele wydarzeń pominięto. Na dodatek należy pamiętać, że w 1,5 godziny zmieścili nie tylko książkę, ale dodatkowe i zakończenie całej historii.
       Starszej wersji zdecydowanie nie polecam.

23 września 2016

Krótko i na temat (11) || Jansson, Fielding

Córka rzeźbiarza Tove Jansson
tytuł oryginału: Bildhuggarens dotter
tłumaczenie: Teresa Chłapowska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 1999
data wydania oryginału: 1968
liczba stron: 160
opis:
"Tove Jansson nigdy nie napisała klasycznej autobiografii, choć przez całe życie tworzyła autoportrety – w książkach, listach, ilustracjach i obrazach. W 1959 roku, rok po śmierci ukochanego ojca, Victora Janssona, stworzyła kilka krótkich tekstów opowiadających o dziecku i rodzicach artystach. Jesienią 1967 roku pisała w liście do przyjaciółki: „teraz nie piszę już dla dzieci, ale o pewnym dziecku – dla dorosłych. Ciężko jest i ekscytująco bez pomocy Doliny Muminków”.
W "Córce rzeźbiarza" Tove Jansson nie kryła już historii rodzinnych pod płaszczem muminkowej metafory, nie wymyślała imion dla swoich bohaterów. Opowiadała o zabawach, przygodach, o domu, a przede wszystkim o wspaniałej rodzinie i miłości, bez których z pewnością niełatwo byłoby jej stać się jedną z najwybitniejszych artystek XX wieku.
"

        Kiedy wypożyczałam Córkę rzeźbiarza z biblioteki myślałam sobie "kto normalny zaczyna czytać książki jakiegoś autora od autobiografii??". Bo wydawało mi się, że to autobiografia. I tak, nie czytałam muminków! Mam je
w planach, jednak na razie są to tylko plany.
        Co do samej Córki to okazało się, że nie jest to autobiografia. To raczej zbiór wspomnień autorki (jeśli wierzyć opisowi na okładce). Opowiada ona o swoim ojcu, matce, miejscu w którym spędzała wakacje. Córka rzeźbiarza pisana jest z perspektywy dziewczynki, więc są tu elementy "fantastyczne" (nie wiem jak to inaczej napisać...) Ten zbiór jest taki ciepły, taki przyjemny, dzięki jego lekturze czułam jakbym sama wróciła do czasów dzieciństwa, jakbym znalazła się w jakimś mięciutkim, ciepłym i przyjemnym miejscu.
        Ale... Mimo, że jest to przyjemna lektura to dla mnie było to jedynie czytadełko, ot około 150 stron lekkiej rozrywki, której nikomu jakoś szczególnie nie polecę. Jedynie fanom Tove, a reszta może sobie darować, jeśli jej nie znajdzie w bibliotece.



Dziennik Bridget Jones Helen Fielding
tytuł oryginału: Bridget Jones' Diary
tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska
data wydania: 1998 
data wydania oryginału: 1996
liczba stron: 240
opis:
"Fenomenalna satyra na stosunki międzyludzkie we współczesnych miastach? Ironiczny i tragiczny opis upadku rodziny nuklearnej? A może bezsensowne bredzenie wstawionej trzydziestoparolatki?"







        Dziennik Bridget Jones zapewne zna większość z was jako film. Oczywiście wiecie pewnie też, że istnieje książka. Kto czytał? Czy warto nadrobić?
        To trudne pytanie. Bo z jednej strony jest to lekka książka, którą przyjemnie i szybko się czyta. Króciutka, idealny przerywnik czy zapychacz- w końcu 52 książki same się nie przeczytają! To oczywiście żart. Może są ludzie, którzy czytają tylko ważne i poważne książki, ale ja lubię czasem pochłonąć czytadełko. A z drugiej strony jeśli ktoś oglądał ekranizację to niewiele nowego znajdzie w książce.
        Więc jak to jest... Powiem po prostu jakie były moje wrażenia. Choć historię znałam i znowuż nie tak bardzo różni się od filmu to całkiem przyjemnie się czytało. Troszeczkę lepiej można poznać Bridget w książce, choć nie odmówię Rene Zellweger tego, że bardzo dobrze zagrała w filmie i pokazała charakter głównej bohaterki. Inna jest postać jej matki. Więcej się dzieje, no i trochę inaczej, bo film więcej upraszcza. Chociaż ciut mniej przekonał mnie wątek Marka w książce, no i Bridget nie biegła za nim w majtkach po zaśnieżonej ulicy... :( ;P
        Summa summarum nie żałuję i chyba przeczytam kolejny tom w oryginale.

20 września 2016

"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen i "Pożegnanie z Afryką" Sydney Pollack

tytuł oryginału: Out of Africa
tłumaczenie: Józef Giebułtowicz
czas trwania: ok. 12 godz.

czyta: Hanna Maria Giza
data wydania oryginału: 1937
opis:
"Powieść autobiograficzna, jedna z najpiękniejszych książek o Afryce, z wyczuciem wydobywająca różnice między kulturą a przyrodą, obalająca obiegowe opinie i mity o prymitywizmie mieszkańców Czarnego Lądu." 








 
        Mam jakiegoś pecha do książek o Afryce. W zasadzie pierwszą książką o Czarnym Lądzie, która wpadła mi
w łapki była Biała masajka Corinne Hofmann. Strzeżcie się! I nie tykajcie nawet kijem. A już od jej drugiej książki uciekajcie z wrzaskiem...
Długo miałam przerwę, aż teraz trafiłam na Pożegnanie z Afryką. Coś co kojarzyło mi się z klasyką, bo kiedy mówi się o książkach o Afryce, każdy ją wspomina, więc jak mogłam się nie skusić?

        Nie spodobał mi się przede wszystkim sposób prowadzenia narracji, a poza tym niektóre przemyślenia Blixen. Momentami jedyne co przychodziło mi do głowy to co ty pierdolisz!? Poważnie... Czasem jak dla mnie brzmiała poetycko, a czasem było to takie nudne i mdłe, że myślałam tylko no skończ już, skończ. Jak jej wyszło.
 Poza tym miałam wrażenie, że pokazywała niekiedy swoją hipokryzję, krytykowała coś, ale sama zachowywała się podobnie. Cóż, nie da się ukryć, że jeśli nie polubiło się autora jako osoby, a on pokazuje w swoich książkach siebie to miłości z tego nie będzie.
        Co do narracji to już mniej personalny zarzut i to jest głównie powód, dla którego nie będę polecała Pożegnania. Otóż, pani Blixen zaczynała rozdział, zaczynała opowieść o czymś... po czym urywała i opowiadała o czymś innym tak długo, że zdążyłam zapomnieć o czym była mowa na początku i na czym skończyła, tak że kiedy wracała do przerwanego wątku byłam zdezorientowana. To jest spory minus, nie każdy potrafi tak czytać, nie każdemu się to spodoba, ja dodatkowo słuchałam tej powieści w formie audiobooka, więc miałam dodatkowe trudności.

        Co do samej treści. Autorka opowiada o Somalijczykach, Masajach, Kikujusach. Opowiada o zwierzętach- wątek, który chyba ma wzbudzić litość i przysporzyć fanów wśród wrażliwszej części czytelników. Mówi też
o krajobrazie, o swoim życiu na farmie. Poświęca więcej stron na opisanie upadku farmy niż jej początku, ale to
w końcu pożegnanie.
Generalnie to taka zbieranina opowieści o różnych osobach. Nie można odmówić pani Blixen, że poczyniła wiele obserwacji na temat ludzi żyjących w Afryce. Trochę nam przybliża ich mentalność, różnice pomiędzy Europejczykami a Afrykanami, ocenia co na jakim kontynencie jest lepsze.

        Nie żałuję jakoś szczególnie poświęconego jej czasu, ale nie zachwyciła mnie. Zwłaszcza, że trafiłam na bardzo słaby audiobook. Plusem było to, że lektorką była chyba starsza osoba, więc czułam się jakbym słuchała opowieści starej pani Blixen wspominającej swoją młodość. Poza tym jednak ta kobieta czytała dość monotonnie, było słychać głooośne wdechy na początku kolejnych rozdziałów- to mnie bardzo irytowało z jakiegoś powodu,
a nawet jedno czy dwa potknięcia... Mogli poświęcić trochę czasu i pieniędzy na jakąś korektę, przyjemniej by się słuchało.


Czas trwania: 2 godz. 30 min.
Premiera świat: grudzień 1985
Premiera Polska: grudzień 1990

 
        Musiałam oczywiście obejrzeć także film. Szczerze mówiąc oczekiwałam, że będzie lepszy od książki. Jednak totalnie nie mogłam się na nim skupić... Nie wiem czy to wina moja, czy filmu, ale ledwie go dokończyłam, mimo że jest zupełnie różny od historii przedstawionej w Pożegnaniu z Afryką Blixen, więc powinien mnie zaciekawić.

        W sumie to w tym filmie za mało akcji, jest trochę scen bez znaczenia oraz brak mu płynności. Na dodatek to stary film i to niestety widać. Główny wątek go zdominował i nie pozwolił jak widać na skupienie się na przedstawieniu na przykład kultury Kikujusów. A tym wątkiem jest romans... Tak, ten film to romans i oglądając go nie dowiecie się nic o obserwacjach Blixen na temat Afryki i jej mieszkańców.

        Na plus za to są ładne krajobrazy oraz to że możemy się czegoś więcej dowiedzieć o Karen Blixen bez czytania innych jej powieści. O jej mężu, o relacji z Denisem, która w książce była nieco inaczej przedstawiona.
Co do gry aktorskiej czy muzyki to nie mam nic do zarzucenia, ale też nie jest to nic specjalnego. Nie usłyszałam niczego przykuwającego uwagę ani szczególnie przyjemnego dla ucha, aktorzy mnie nie urzekli, a Meryl Streep wręcz troszkę irytowała, jednak nie można jej odmówić, że dobrze przedstawiła przemianę Karen.

         W sumie to filmu nie polecam, może on zainteresować jedynie osoby, które lubią oglądać romanse, jednak jako taki też wypada blado.
Moje wrażenia z filmu muszą być w sumie zabawne, bowiem film dostał 7 Oscarów [za najlepszy film (1986), najlepszego reżysera, scenariusz, zdjęcia, scenografię muzykę i dźwięk], 4 Złote Globy [najlepszy aktor, najlepszy aktor drugoplanowy, muzyka], a także kilka innych nagród i nominacji. Doceniam scenografię, ale reszta moim zdaniem jest nieszczególna.

22 sierpnia 2016

"Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej Pioruna" Rick Riordan

tytuł oryginału: The Lightning Thief
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2009
data wydania oryginału: 2005
liczba stron: 360
opis:
"Co by było, gdyby olimpijscy bogowie żyli w XXI wieku? Co by było, gdyby nadal zakochiwali się w śmiertelnikach i śmiertelniczkach i mieli z nimi dzieci, z których mogliby wyrosnąć wielcy herosi – jak Tezeusz, Jazon czy Herakles? Jak to jest – być takim dzieckiem? To właśnie przydarzyło się dwunastoletniemu Percy’emu Jacksonowi, który zaraz po tym, jak dowiedział się prawdy, wyruszył w niezwykle niebezpieczną misję. Z pomocą satyra i córki Ateny Percy odbędzie podróż przez całe Stany Zjednoczone, żeby schwytać złodzieja, który ukradł przedwieczną „broń masowego rażenia” – należący do Zeusa piorun piorunów. Po drodze zmierzy się z zastępami mitologicznych potworów, których zadaniem jest go powstrzymać. A przede wszystkim będzie musiał stawić czoła ojcu, którego nigdy wcześniej nie spotkał, oraz przepowiedni, która ostrzegła go przed…"





        O serii Percy Jackson i bogowie olimpijscy trochę słyszałam i wszędzie ją widziałam. Już pomijam przepiękne tegoroczne wydanie (które mam szczęście posiadać!), którego nie sposób nie pokazywać i się nim nie chwalić. Na serię składa się 5 książek o młodym herosie, Percym.
Oczywiście mam zamiar przeczytać całość. Wiem też, że Rick Riordan jest dość płodnym autorem, ale nie jestem pewna czy sięgnę po inne jego książki. Trochę się boję, że ta płodność przekłada się na jakość i to w negatywny sposób.

        Percy Jackson na początku przypominał mi... Harry'ego Pottera! Zielone oczy, czarne włosy, skłonność do wpadania w kłopoty. Na dodatek łatwość z jaką czytałam i przyjemność jaką dawała mi książka- początku czułam magię jak u J. K. Rowling. Piszę to, bo może ktoś jeszcze miał takie odczucie, ale sama książka tak naprawdę nie przypomina serii o małym czarodzieju.

        Złodziej pioruna jest pisany w pierwszej osobie, a Percy to dwunastolatek... Oj kiedy zaczęłam czytać bardzo mnie to zmartwiło. Bo często autor albo przesadza z zdziecinnieniem narracji, albo prowadzi ją nazbyt dojrzale. Rick Riordan podołał jednak temu wyzwaniu. Mało tego styl jest dość specyficzny, Percy bywa bardzo ironiczny i zdarzało mi się uśmiechnąć podczas lektury.

        Seria o Percym ma wielu dorosłych fanów, ale musicie zrozumieć jedno- to książka dla dzieci. Jeśli już sobie to zakodujecie to nie będzie do bólu przewidywalna, ale po prostu przewidywalna. Bo to chyba jej największa wada. Fabuła jest dość prosta, a wszelkie niespodzianki rozpracowuje się zanim Percy wpadnie na rozwiązanie.

        Zaś największym plusem książki Riordana jest mitologia. Często książki, w których jest ten motyw są dość słabe z tej strony, bo mitologii tam tyle co kot napłakał, autor po prostu nie wykorzystuje potencjału jaki ma. Riordan natomiast w pełni wykorzystał bogów w swojej książce, oni faktycznie tam są i biorą udział w wydarzeniach. Ich postacie są całkiem ciekawie wykreowane. Także postacie herosów są dobrze skonstruowane. Najbardziej spodobał mi się Percy i Annabeth. Co do bogów jeszcze, to wątek jednego z nich został ciekawie poprowadzony. W sumie można już co nieco przewidzieć, ale wciąż pozostaje nutka niepewności, no i lekkie ciarki na wspomnienie jego opisów. Zapewne jego wątek będzie przeciągany do 4 lub nawet ostatniego tomu.

        Szczerze mówiąc byłam zaskoczona, że Złodziej pioruna mi się spodobał. Nawet mimo przewidywalności
i tego, że jest skierowana raczej do dzieci. Polecam spróbować, zwłaszcza jeśli jesteście fanami takich książek (jak np. Harry'ego ;) ). Jest to książka lekka, przyjemnie się ją czyta i cudownie odrywa od rzeczywistości. Ja już niedługo sięgnę po kolejne tomy, mam nadzieję, że te jednak nie będą tak przewidywalne.        

19 sierpnia 2016

"Ragnarok 1940, tom I" Marcin Mortka

data wydania: 2007 
liczba stron: 405
opis:
"Wikingowie, jak przed wiekami, znów lądują na angielskim wybrzeżu. Znów sieją śmierć i pożogę. Jeremy Baldwin –, dociekliwy dziennikarz, a zarazem wrażliwy artysta malarz –, wbrew własnej woli został agentem wywiadu. Sądząc, że nic nie mogło bardziej zrujnować mu życia, bardzo się pomylił... Właśnie wybucha wojna, na którą nikt nie był przygotowany. Nieunikniony konflikt pogańskiego żywiołu Normanów i chrześcijańskiego Zachodu wstrząsa Europą, przerastając nawet koszmar tak niedawno zakończonej wojny światowej. Ale tym razem chodzi nie tylko o nowy podział świata. Przeciwnik musi zostać całkowicie zniszczony. Oręż i podstęp, ludzie i ich bogowie –, zbliża się finał operacji Ragnarok."








        Jest rok 1940, a nordyccy bogowie pomagają swym ludom zdobyć władzę nad światem... wait, what!!!?
Tym jednym zdaniem można streścić pomysł na książkę Marcina Mortki, na tym opiera się pomysł Ragnaroku. Co jak co, ale pomysł jest naprawdę ciekawy. A wykonanie?

        Wykonanie, moim zdaniem oczywiście, po prostu leży. Zacznijmy od tego, że akcja początkowo wydaje się skupiać na czymś zupełnie innym i znacznie odbiega od tego czego można się spodziewać. To ostatnie w sumie jest plusem, bo Mortka daje coś świeższego czytelnikom, którzy powoli dają się ponieść fali książek z mitologią w tle. Jednak koniec końców to powieść sensacyjna, ciągła ucieczka przed zabójcami, gierki polityczne- już od dawna mnie to nie kręci i nie sięgam po takie książki.
Drugą kwestią jest styl autora. Sposób prowadzenia akcji mnie zanudził, na dodatek widziałam tam sprzeczności, kilka spisałam. Może wy też je zobaczycie, a może widzę je tylko ja...

"Jeremy Baldwin wykonywał niebezpieczny zawód, lecz mimo to był całkowicie pozbawiony owego legendarnego szóstego zmysłu cechującego awanturników, odkrywców czy żołnierzy i nigdy nie potrafił wyczuć, iż grozi mu niebezpieczeństwo" strona 163
"O dziwo, obudził się w nim niepokój. (...) Wrażenie niepokoju narastało, stawało się coraz bardziej dokuczliwe." strona 209 Tak, oczywiście, postać może się zmieniać. Tak, oczywiście, to było bardzo na rękę autorowi.
Na stronie 182 czytamy: zasłonił sobie uszy i ze wszystkich sił skupił myśli na ciemnych, mętnych kształtach "Kresu" [to jego obraz], wśród których krył się jego utęskniony spokój.
Zaś na następnej: Jeremy wolno uniósł głowę, otrząsając się z nieprzyjemnych, oblepiających go wizji, jakie przyniosło wspomnienie "Kresu".
Do tego takie "smaczki" jak to zdanie: Biegnąc, ocierała łzy z oczu, rozmazując przy tym tusz na skroniach i rzęsach (str. 206). Być może to oczywiste, ale przez chwilę zastanawiałam się czy malowała skronie tuszem, w sumie często nosiła demoniczny makijaż (str. 205).

        Gdzieś w okolicach tej strony, czyli połowy, przestałam czytać Ragnarok 1940 uważnie, było na szybko, byle do końca. I wcale nie żałuję, bo tam dalej wiele się nie działo. To znaczy, może gdyby książka mnie wciągnęła to napisałabym inaczej, jednak autor niczym mnie nie zaskoczył i nie było żadnego wyraźnego zakończenia, przynajmniej tych wątków, które mnie zainteresowały. Jest oczywiście druga część i tam na pewno jest to zakończenie.

        Ragnarok 1940 przeczytałam tylko dlatego, że ktoś na facebookowej grupie napisał, że to "kawał dobrej fantastyki". Nie wiem co miał na myśli :( Fantastyki tam tyle co nic, gdzieś tam są nordyccy bogowie, ale to jakby jedynie przykrywka dla alternatywnej historii świata, w której to północne kraje brały znaczący udział we wszystkich wojnach. Jeśli miałabym ją komuś polecić to tylko wielkim fanom powieści sensacyjnych z polityczną intrygą, aczkolwiek to dla tych mało wymagających czytelników (a piszę to tylko dlatego, bo na LC ma aż 6 gwiazdek! więc komuś się widać spodobała).

        Jeśli skusił was opis to muszę was rozczarować. To co obiecuje pojawia się dopiero na końcu, nie wiem czy tom II jest lepszy, ale przewiduję, że nie, zresztą nie mam zamiaru skazywać się na tą męczarnię.
Nawet nie chcę wypisywać wszystkiego co mi się nie podobało, nawet nie stać mnie na rzetelną opinię- chcę to jak najszybciej wymazać z pamięci.

😩


09 sierpnia 2016

"Czytanie z kości" Jakub Szamałek

data wydania: 2015
liczba stron: 360
opis:
"Veii, 421 r. p.n.e. Leochares podejmuje się ostatniego zadania: ma odkryć, kto stoi za zabójstwem etruskiego króla. Nic jednak nie idzie tak, jak powinno. Wspólnik mordercy woli zginąć, niż pomóc w śledztwie, a główny świadek o włos unika śmierci w zamachu.
Londyn, 2015 n.e. Inga Szczęsna, młoda archeolożka, przygotowuje prezentację na konferencję naukową. Niespodziewanie odkrywa tajemnicę, do której kluczem są liczące ponad dwa tysiące lat kości.
Dwie zbrodnie, dwa śledztwa. Pierwsze toczy się w starożytności, drugie – w dzisiejszych Włoszech. Zabójca jest jeden. I tylko czytelnik może go zdemaskować.
"







        Jakub Szamałek zadebiutował na polskim rynku wydawniczym trylogią o Leocharesie, antycznym detektywie.
I muszę przyznać, że był to świetny debiut. A dzisiejszy dzień jest bardzo smutny, ponieważ skończyłam czytać ostatni tom.

        Wydawałoby się, że kiedy Leochares i Lamia znaleźli się w Tarencie ich kłopoty się skończyły. Wylądowali przecież na drugim końcu świata, w miejscu całkiem nieznanym, pozostawili za sobą wszystkich znajomych, ponownie zaczęli od nowa. Cóż, jeśli ktoś czytał dwa poprzednie tomy nie będzie się oszukiwał- Leochares to nie jest człowiek zdolny do prowadzenia normalnego życia.
I tak po raz kolejny kłopoty odnajdują Leocharesa. Nawet w Tarencie.

        Ten tom autor urozmaicił pewnym szczególnym elementem- akcja powieści toczy się nie tylko w Veii w 421 roku p. n. e.! Tym razem Szamałek opisuje także czasy współczesne, dzięki postaci Ingi, młodej archeolożki, która poniekąd zajmuje się tą samą sprawą co Leochares... Brzmi intrygująco? Fani tej trylogii nie zawiodą się!

        Zanim napiszę coś o Czytaniu z kości wspomnę o czymś co dotyczy całej trylogii (w zasadzie oficjalnie nie jest to nazwane trylogią, ale... na to wychodzi ;)). Mianowicie chodzi o małżeństwo Lamii i Leocharesa. Książki Szamałka pod tym względem są skonstruowane dość specyficznie. W Kiedy Atena odwraca wzrok współczułam Leocharesowi, bo wszystko opisywane było z jego punktu widzenia, później w Morzu Niegościnnym Lamii. Teraz znów #teamLeo. Jakub Szamałek pokazuje w tych trzech powieściach jak wygląda prawdziwe małżeństwo, że zawsze są dwie strony medalu, że oboje mają swoje racje. Lamia i Leochares się nie dogadują, cierpią przez to oboje. To wszystko zmusza do refleksji i jest to bardzo ciekawy zabieg.

        Co do samej zagadki... No nieźle! Zwłaszcza jeśli chodzi o końcówkę. Nieładnie Panie Szamałek, nieładnie. Zostawić czytelników z czymś takim! Gdzieś tak od połowy książki domyśliłam się pewnych rzeczy, ale najlepsze jest to, że nadal nie mam 100% pewności.
Autor dobrze wykorzystał też wątek Ingi. Obie narracje przerywane są w takich momentach, że nie sposób się od książki oderwać, ma się wrażenie uciekającego czasu, mimo, że przecież Ingi nikt nie goni. Chociaż wątek Ingi mi się z początku nie podobał, był dość dołujący. Jednak później przyszło zainteresowanie jej "sprawą', a na końcu wszystko i tak obraca się o 180 stopni. Więc summa summarum nie narzekam.

        Nie będę polecać pojedynczego tomu, bo to nie jest cykl, który można czytać wyrywkowo, a przynajmniej ja to odradzam. Za to z całego serca polecam wszystkie trzy książki!

08 sierpnia 2016

"Biesy" Fiodor Dostojewski

Klik :)
tytuł oryginału: Biesy (Бесы)
tłumaczenie: Tadeusz Zagórski
data wydania: 1958
data pierwszego wydania: 1908
data wydania oryginału: 1873
liczba stron: 659
opis:
"Wielowątkowa, diaboliczna opowieść o tym jak szlachetne idee indywidualnej wolności w umysłach ludzi na wolność niegotowych, kształtowanych w uściskach carskiego samodzierżawia, przeradzają się w idee nihilizmu, bezwładne rewolucyjne ruchy i terroryzm.
Gęste od mrocznych emocji, mieszaniny obłudy i szlachetności, nienawiści i współczucia, niewinności i amoralnego cynizmu są Biesy krzywym zwierciadłem ówczesnych – jakże czasami aktualnych w opisanych postawach – inteligenckich marzeń o ludzkiej utopii i proroczą zapowiedzią powstania stalinowskiej wersji totalitaryzmu.
"

        Początek Biesów był dobry. Dostojewski zaciekawił mnie tym, że drwił z własnych bohaterów, wprost wskazywał nam co jest w nich nie tak, wyśmiewał wady. Jednak niewiele się tam działo, był to jedyny mankament. Kiedy już w końcu zaczęło się coś dziać miałam frajdę, ale... gdzieś po połowie książki już ją tylko męczyłam. Styl już nie ratował jej w moich oczach. Zmęczyłam. Teraz czekam na wasz odzew: co Dostojewskiego mogłabym przeczytać? Daję mu ostatnią szansę. Zbrodnia i kara bardzo mi się podobała, ale już Braci Karamazow nie byłam
w stanie dokończyć (o ile można powiedzieć, że zaczęłam).

        Co do Biesów jeszcze. Przeczytałam kilka recenzji i opracowań, wszystko ładnie pięknie, wręcz niektóre recenzje były przepiękne. Ale. Nie zmienia to faktu, że ja tego wszystkiego nie dostrzegłam w książce i że jak dla mnie była baaaardzo nużąca. Jest tam przedstawione bardzo ważne zjawisko- komunizm. W zasadzie są to narodziny socjalizmu, jego początki w pewnym miasteczku. Jakby to powiedzieć... Nie jestem fanką. Nie interesowało mnie to zupełnie, ok temat ważny, ale co z tego? Nie obeszło mnie to. A chyba nie ma nic gorszego niż czytać książkę o czymś co nas zupełnie nie interesuje.
Choć w zasadzie ten wątek nie jest tak całkiem na poważnie. Dostojewski zupełnie kompromituje twórców "nowego porządku".
Oprócz tego wątku były także inne, była także postać Mikołaja Stawrogina, całkiem interesująca. To jednak drobne dodatki, które nie uratowały w moich oczach książki Dostojewskiego.

        Biesów nie polecam. Jest to książka zaliczana do klasyki, ale moim zdaniem niezbyt słusznie. Twierdzę tak, bo uważam, że jest mało aktualna, zdecydowanie za mało uniwersalna. Zbyt wiele tam odnośników do ówczesnych zdarzeń, by współczesny czytelnik mógł odczuwać pełnię przyjemności z czytania. Oczywiście są przypisy, ale mam wrażenie, że nie podają wszystkiego.
                To było blisko 660 stron męczenia tomiszcza napisanego drobnym "maszynowym" drukiem


I to oczywiście nie jest recenzja, to tylko luźne przemyślenie, co zresztą widać. Publikuję mimo wszystko, mimo, że trudno się przyznać do niezrozumienia klasyki ;)

15 lipca 2016

"Tysiąc wspaniałych słońc" Khaled Hosseini

tytuł oryginału: A thousand splendid suns
tłumaczenie: Anna Jęczmyk
data wydania: 2010
data pierwszego wydania: 2009
data wydania oryginału: 2007
liczba stron: 431
opis: (ostrzegam, że opis trochę spoileruje)
"Kronika trzydziestu lat historii Afganistanu i głęboko poruszająca opowieść o rodzinie, przyjaźni, nadziei i ocaleniu dzięki miłości. Bez wątpienia najwyżej oceniana, najgłośniejsza, najchętniej czytana powieść 2007 roku. Niekwestionowany bestseller #1 w kilkudziesięciu krajach świata, sprzedany w imponującej ilości ponad 15 milionów egzemplarzy.

Osią fabuły rozgrywającej się w Afganistanie w ciągu ćwierć wieku są dzieje dwóch kobiet, które zrządzeniem losu poślubią tego samego mężczyznę, despotycznego Pusztuna Raszida. Mariam ma zaledwie 15 lat, kiedy ojciec zmusza ją do małżeństwa z wziętym szewcem z Kabulu, człowiekiem starszym od niej o trzydzieści lat. Druga bohaterka, Lajla, urodzona krótko przed rosyjską inwazją, marzy o podróżach i zdobyciu wykształcenia. Kiedy w wyniku wybuchu bomby traci całą rodzinę, zostaje przygarnięta do domu Raszida i Mariam. Tam dochodzi do siebie po traumatycznych przejściach. Wbrew Mariam Raszid poślubia ją w nadziei, że młodsza żona da mu upragnione dziecko. Pomimo początkowej wrogości, między kobietami rodzi się trudna przyjaźń. Rządy talibów wystawiają ją na bardzo ciężką próbę...
"

        Ta książka miała tysiąc wspaniałych recenzji, niestety moja będzie zupełnie inna. Trochę się na jej temat naczytałam i wniosek był jeden- Hosseini to świetny pisarz i muszę przeczytać coś co wyszło spod jego pióra.

        Tysiąc wspaniałych słońc opowiada historię dwóch kobiet. Dzieje Mariam i Lajli poznajemy od kołyski, a na ich tle Hosseini przybliża także historię Afganistanu. Nie chcę za wiele zdradzać, bo akcja jest dość dynamiczna i dużo się dzieje już od początku, napiszę tylko, że życie doświadcza te dwie kobiety już od najmłodszych lat, a łączy je ciężkie dzieciństwo i tak zwana trudna miłość ze strony matek.

        Napis na okładce głosi: niezwykle wzruszająca historia spisana przepiękną prozą. Nie będę owijać w bawełnę
i od razu napiszę prosto z mostu. Historia była dość banalna, a ta przepiękna proza to jakiś żart. Uwielbiam książki pisane pięknym językiem, grę słów (w której na przykład Nabokov jest mistrzem), ale tu tego nie było. Nawet dopatrzyłam się błędów. Język jest totalnie zwyczajny. Oczywiście nie musi to być od razu wada, jego plusem jest na przykład to, że książkę czytało się zaskakująco szybko, także na szczęście długo się z nią nie męczyłam. Jednak historia w niej zawarta wcale mnie nie wzruszyła, z bohaterkami się w żaden sposób nie zżyłam, mało mnie obeszły ich perypetie. Dodatkowo jakoś niewiele mnie w Tysiącu wspaniałych słońc zaskoczyło, dużo wydarzeń czy reakcji dało się przewidzieć, postać Zalmaja należała właśnie do takich schematycznych elementów powieści.
Czasem miałam wrażenie, że autor nie do końca wie o czym pisze. Było ono najmocniejsze w przypadku losów Mariam, zwłaszcza na początku. Mariam to specyficzna postać- wychowana w całkowitym odludziu, mająca
o świecie pojęcie tylko dzięki opowieściom jej ojca (tzn. bardziej o tym co się dzieje na świecie, w sumie wspomniano chyba tylko o polityce. Jednak w moim odczuciu zachowuje się jak normalna dziewczyna z miasta,
a jakaś różnica powinna być jednak widoczna.

        Jeśli chodzi o element w tle powieści, który zapewne czytającym opis wiele obiecuje, czyli Afganistan to niestety się zawiodłam. To jest naprawdę TŁO powieści, bardzo mało widoczne. Owszem, czegoś nowego się o tym kraju
i jego historii dowiedziałam, jednak naprawdę niewiele. Jednak nie uatrakcyjniło to książki na tyle, aby mi się spodobała.

        Krótko i na temat- nie polecam, banalna historia jakich wiele, a powieści z egzotyczną nutką czytałam lepsze.

06 lipca 2016

"Kamień na kamieniu" Wiesław Myśliwski

data wydania: 1986
data pierwszego wydania: 1984
liczba stron: 368
opis:
"„Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego zanim jeszcze pojawił się na półkach księgarskich, stał się już wydarzeniem literackim. Henryk Bereza pisał o tej powieści: „Jest, jak każde arcydzieło, przede wszystkim wielką tajemnica sztuki, czymś niepojętym, co zdaje się do nas przychodzić z innego wymiaru”, a także: „Myśliwski, wypełniając wielowiekowe puste miejsce w polskiej literaturze, bierze na siebie cały ciężar odwiecznych epickich zobowiązań artystycznych, (...) spełnia epicką powinność wobec chyba jednego z ostatnich układów świata o cechach niepowtarzalności i samowystarczalnej pełni”.
Powieść zdobyła również wielkie uznanie wśród czytelników, czego dowodem były m.in. tytuły: książki roku 1984 w plebiscycie księgarni „Współcześni” i „Dziennika Wieczornego” w Bydgoszczy oraz książki dziesięciolecia 1975-1985 w plebiscycie „Tygodnika Kulturalnego”. Wartość i znaczenie powieści potwierdziły przyznane jej nagrody: Funduszu Literatury, Stowarzyszenia Księgarzy Polskich, Ministra Obrony Narodowej I stopnia, Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, Klubu Kultury Chłopskiej. Obecnie „Kamień na kamieniu” tłumaczony jest na kilka języków (francuski, rosyjski, estoński, czeski, słowacki, bułgarski, rumuński, niemiecki).
"

        Wiesław Myśliwski to urodzony gawędziarz. W zasadzie wszystkie jego książki, które czytałam to były gawędy. Choć na razie nie czytałam wiele, zaledwie cudowny Traktat o łuskaniu fasoli, taki sobie Nagi sad, a teraz jeszcze Kamień na kamieniu. Właśnie ta, o której chciałabym dziś porozmawiać jest gdzieś pośrodku- nie podobała mi się tak jak pierwsza, ale nie była tak zła jak Nagi sad.

        Ciężko streścić fabułę tej książki. Bo w zasadzie jest to książka bez fabuły samej w sobie. Narratorem tej (o)powieści jest Szymon Pietruszka, prosty człowiek, całe życie mieszkający na wsi. Kiedy snuje swoją opowieść jest już w średnim wieku i ma naprawdę wiele do opowiedzenia...
O czym mówi? O życiu na wsi, swojej rodzinie, ale także o partyzantce oraz czasach po drugiej wojnie światowej, czyli początku komunizmu. O tym komunizmie w zasadzie niewiele jest napisane, pewnie przez cenzurę. Choć i to, że została wydana w tamtych czasach mnie dziwi, bo dużo w niej o Bogu- stałym elemencie krajobrazu polskiej wsi.
-Co by wam tu dać, moi złoci ludkowie?- powiada (Bóg). - Wszystkom porozdawał. (...) Dam wam trochę cierpliwości mojej. Weźmijcie ją sobie, a wszystko przetrzymacie. Bo cierpliwość będzie człowiekowi potrzebniejsza niż bogactwa.
        Kamień na kamieniu ani mnie nie zachwycił, ani nie było tak, że nie podobał się czy męczyła mnie jego lektura. Na pewno wiele zostanie mi w głowie z jego lektury i nawet zastanawiałam się czy nie sięgać od czasu do czasu po książki o wsi. W końcu sama pochodzę ze wsi i zawsze będę mieć do niej sentyment.
Mimo wszystko momentami bardzo się wczułam w te szymonowe opowieści, zwłaszcza przeżywałam jego powrót ze szpitala i to podwójnie, bo nie tylko ze względu na stan jego domu, ale i Michała.

        Książka Myśliwskiego to skarbnica wiedzy o dawnych zwyczajach, a także o partyzantce. Choć nie wiem na ile można wierzyć w to co jest napisane. Podczas lektury miałam jednak wrażenie, że Myśliwski pozbierał wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek słyszał od ludzi i zawarł je w tej jednej książce. Myślę, że Kamień na kamieniu powinien być lekturą szkolną, bowiem jest to panorama wsi polskiej, warto ją przeczytać, aby zrozumieć mentalność chłopów, zrozumieć jacy to są ludzie i dlaczego postępują tak a nie inaczej. Swoją drogą chyba w niektórych szkołach już jest.
Tylko musisz wiedzieć, że z chłopską duszą, gdybyś nawet miał sto (hektarów), to i tak będziesz jadł żur z kartoflami i na płachcie spał. Bo ci będzie wszystkiego szkoda. Wszystkiego, prócz siebie.(...)
A chłopska dusza nie lubi rachować, lubi tylko cierpieć. Tylko po co cierpieć, kiedy lepiej się na rachowaniu wychodzi. Przyzwyczaiła się, że cierpieć to jej przeznaczenie.
W moim przypadku to również skarbnica cytatów :)
Można powiększyć ;)
 A także scen. Bo Myśliwski pisze bardzo plastycznie, tak, że długo po lekturze będziemy pamiętać niektóre fragmenty.

        Narrator, Szymon, jest bardzo bystrym i wnikliwym obserwatorem, potrafi robić co trzeba i mówić to co ludzie chcą usłyszeć. Odniosłam jednak wrażenie, że nie we wszystko wierzy, nawet jeśli mówi coś z przekonaniem. Niby prosty człowiek, niby pijak, awanturnik i uwodziciel, ale wie co trąca banałem, wie też co w życiu ważne.
Momentami Szymon (tak jak niektórzy z jego wsi) jest taki staroświecki, nie idzie z duchem czasu, żyje przeszłością. Ale jednocześnie miałam wrażenie, że widzi on więcej niż zwykli ludzie. Może dlatego, że patrzył przez pryzmat swoich przeżyć, a było ich doprawdy niemało.

        Książka mnie nie zachwyciła, ale spodobała, a lektura nie męczyła, ale momentami była ciężkawa- to w końcu ponad 360 stron monologu, gwarą... Nie poleciłabym jej każdemu. To nie jest typowa powieść, nie jest do pochłonięcia. Nad nią się trzeba zatrzymać i zastanowić, pomyśleć. A niestety nie każdy tak potrafi...
A ja tymczasem pozastanawiam się co z tym Michałem się stało (bo bardzo to frapujące!), choć jeden trop mam. Jeśli ktoś czytał i ma jakiś pomysł to chętnie podyskutuję!

"Dobrani" Ally Condie

tytuł oryginału: Matched
tłumaczenie: Janusz Ochab
data wydania: 2011
data wydania oryginału: 2010
liczba stron:
352
opis:
"    Urzekający romans rozgrywający się w świecie, gdzie każdy wybór jest z góry przewidziany, gdzie nawet miłość jest pod kontrolą.
    Cassia zawsze była przekonana, że Społeczeństwo wybiera dla niej to, co najlepsze: co powinna czytać, co oglądać, w co wierzyć.
    Kiedy więc podczas uroczystości Doboru na ekranie pojawia się twarz Xandera, Cassia nie ma żadnych wątpliwości, że to właśnie jest jej idealny partner… do chwili gdy następnego dnia w miejsce Xandera na ekranie wyświetla się przez moment twarz Ky’a Markhama.
     Społeczeństwo mówi jej, że to drobna usterka, odosobniony przypadek, i że powinna się skupić na szczęśliwym życiu, które przyjdzie jej wieść z Xanderem. Lecz Cassia nie może przestać myśleć o Ky’u, a gdy oboje powoli zakochują się w sobie, zaczyna powątpiewać w nieomylność Społeczeństwa i staje przed trudną decyzją: musi wybrać pomiędzy Xanderem i Ky’em, pomiędzy życiem, jakie do tej pory znała, a drogą, którą nikt dotąd nie ośmielił się pójść.
"

        Swego czasu książka Dobrani miała swoje pięć minut w blogosferze, ale widać jest tak przeciętna, że:
  • ani nie miała swego czasu na blogach dłużej (po recenzjach raczej "sponsorowanych"* przez wydawnictwo już nie słyszałam o niej),
  • ani o jej autorce nie trąbią za dużo (u nas czy za granicą), choć niby prawa do Dobranych miały zostać kupione przez Disneya, poza tym napisała przed tą serią 4 książki i nie została chyba za nie wyróżniona (ok, ok, Dobrani była bestsellerem New York Timesa, ale jakoś dla mnie niewiele to znaczy),
  • ani wydawnictwo nie pokusiło się o wydanie kontynuacji (choć Prószyński po kilku takich powieściach chyba z nich zrezygnował).
 Co ja o niej sądzę? Wszystko poniżej :)

        Książka Condie ma potencjał, aczkolwiek tylko pomysł zasługuje na uznanie. Autorka przedstawia nam świat "idealny", w którym Społeczeństwo funkcjonuje jak w zegarku, ludzie dożywają równo do 80, dobierani są
w małżeństwa w sposób niezawodny, tak aby zapewnić jak najlepszych genetycznie ludzi, dostają pracę adekwatną do ich umiejętności. Zapewnione mają pożywienie, dach nad głową oraz bezpieczeństwo i szczęście aż do śmierci.
Tak to widzi czytelnik i tak to widzi bohaterka Dobranych, Cassia Reyes. W pewnym momencie pojawia się jednak rysa na szkle... bunt. (nastoletni ;))

        W pewnym momencie obudziłam się tak jak Cassia, jakby z koszmaru, który wydawał się najsłodszym snem. To się autorce szczególnie udało! Bo początkowo byłam bardzo zaabsorbowana światem, o którym opowiada Cassia i chłonąc te wszystkie informacje jeszcze się nie zastanawiałam, tylko wczuwałam w ten klimat. Poza tym trzeba przyznać, że wszystkie plusy takiego ustroju na chwilę mnie pochłonęły. Ale w pewnym momencie zrozumiałam do czego zmierza autorka i wiedziałam z jakiego powodu Cassi oczy otwierają się szeroko.

        I na tym kończy się też ta piękna bajka, w której to chwalę Dobranych. To nie jest dobra książka. To jest przeciętna młodzieżówka. Młodzieżówka, w której irytowały mnie momentami przemyślenia Cassi, zwłaszcza dotyczące chłopców, bo też i potrafiła w kółko wałkować to samo. Poza tym język jest bardzo prosty, a wśród tych przemyśleń brakuje mi czegoś głębszego. Choć z drugiej strony Cassia to nastolatka wyprodukowana (to określenie bardzo pasuje do tego uniwersum) tak, by nie potrafić samodzielnie myśleć.
Niestety, ale dostrzegłam też kilka błędów. Początkowo coś niecoś pomieszane chyba z czasami (w pisowni), ale nie wiadomo czy to nie wina tłumacza. Ale! Kilka błędów fabularnych, np. puderniczka najpierw jest w kieszeni, potem na półce. To błędy fatalne jak na autorkę z większym stażem. Poza tym aż tak dużo się nie dzieje w Dobranych, żeby przy korekcie pominąć takie błędy, zarówno tej angielskiej jak i polskiej.

        Pomysł, przedstawienie świata- jak najbardziej na plus i ciekawe, jeśli lubicie młodzieżówki to uważam, że
z tego względu mogę wam polecić Dobranych. Ale od ludzi wymagających powieści na dobrym poziomie- nie traćcie czasu.
A ja z chęcią przeczytam następny tom, tym razem w oryginale (sama nie wiem dlaczego ten czytałam po polsku), bo autorka mnie nawet zaciekawiła, poza tym jak na razie po angielsku czytam głównie młodzieżówki.

*sponsorowanych w sensie bloger dostał egzemplarz od wydawnictwa, nie że pisał laurkę za kasę czy coś