Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władca Pierścieni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władca Pierścieni. Pokaż wszystkie posty

05 lutego 2012

"Powrót króla" J. R. R. Tolkien i "Władca Pierścieni" Peter Jackson


Po raz kolejny nie mam pojęcia co napisać o tej części czy całej książce.
Wiadomo, że każdy fan fantastyki, a już na pewno fantasy powinien tę książkę, jeśli nie mieć na półce to z pewnością przeczytać.
Od Tolkiena mogą odrzucać przede wszystkim długie, czasem wręcz rozwlekłe opisy. Dla mnie tworzyły one typowy, niezwykły i z pewnością niepowtarzalny świat.
Ale... jest jedno małe ale... niestety. W pełni doceniam dzieło Tolkiena jednak nie porwało mnie ono tak jak "powinno". Owszem były momenty, że czytałam z zapartym tchem, ale jako ogół nie mogę powiedzieć, że w pełni się nim zachwyciłam.
Ze smutkiem muszę przyznać, ze to chyba przez to, że znałam fabułę, ponieważ wcześniej oglądałam filmy.
W Powrocie króla mierziło mnie to, że Sauron taki niby potężny, prawdziwy Władca Pierścienia nie wyczuł, że jego ówczesny posiadacz w osobie Froda przekroczył bramy Mordoru. Niby taki wszechmocny, niby jego Oko widziało wszystko, niby Pierścień taki potężny...
Poza tym Władca Pierścieni jest napisany dość patetycznym tonem. Może wynika to z czasów w jakich był pisany- między innymi w czasie II Wojny Światowej.



Filmy mnie urzekły, zaczarowały, zachwyciły! Są po prostu świetnie nie tylko jako ekranizacja, ale także jako odrębne dzieło filmowe, zachwycą z pewnością kinomana, który z Tolkienem w wersji książkowej nie chce mieć nic wspólnego.
Mam kilka uwag, za które być może zostanę zlinczowana, ale co tam :D
Mianowicie na sam początek wytoczę ciężką artylerię- filmy pod pewnymi względami podobały mi się bardziej niż książka...
Przede wszystkim reżyser Władcy Pierścienia poradził sobie zręczniej niż Tolkien z 2 i 3 częścią- przeplatanie losów Froda i Sama z losami reszty Drużyny Pierścienia sprawiały, że opowieść była znacznie ciekawsza i nie nużyła. Inaczej u Tolkiena- losy dwójki hobbitów w Mordorze składające się jedynie na wędrówkę w pewnym momencie mnie znudziły, co nie miałoby miejsca gdyby Tolkien skakał od Froda i Sama do reszty kompanii.
Kolejnym rozwiązaniem, które zastosował reżyser było to, że Shire pozostało nietknięte wojną, mrok tam nie dotarł, kiedy hobbici tam wrócili znów byli zwykłymi hobbitami- ta koncepcja Shire jako idyllicznej przystani o dziwo była dla mnie ciekawsza niż to co przedstawił Tolkien.

Dobra teraz możecie podpalać stos ;D

Jedynym minusem jaki dostrzegam w filmowym Władcy Pierścieni jest to, że każda część trwa około 3 godzin. Jest ona bardzo wiernym odwzorowaniem Tolkienowskiego tomiszcza, a utrzymanie widza przez bite 3 godziny przed ekranem jest niezwykłym wyzwaniem. I nie przeczę za pierwszym razem dzielnie wytrzymałam, oglądałam z niesłabnącym, wręcz rosnącym zainteresowaniem. Jednak kiedy oglądałam Władcę po raz kolejny czasem miałam ochotę wyłączyć telewizor. Chyba rozłożenie tego na 6 części byłoby lepszym rozwiązaniem :P Kiedy kolejny raz będę oglądać Władcę to tak właśnie go sobie podzielę ;)

I jak tu podsumować? Władca Pierścieni czy to w formie książki, czy filmu, a najlepiej w obu niewątpliwie zasługuje na polecenie. I niech mi tu ktoś nawet nie pisze, że próbował obejrzeć/przeczytać, ale nie dotrwał do końca ;P
Oczywiście najpierw radzę przeczytać książkę, a potem oglądać film.

27 grudnia 2011

Krótko i na temat

(dwie poniższe książki przeczytane w październiku)
Trochę nie mam weny na pisanie recenzji ostatnio, więc zamieszczam krótkie opinie o niedawno przeczytanych książkach.


Zacisze 13 Olga Rudnicka
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2009 (data przybliżona)
liczba stron: 263
ocena: 4/6
 
opis:
"Marta i jej przyjaciółka Aneta znajdują dwa trupy i z różnych powodów zamiast zgłosić sprawę na policję… ukrywają je w piwnicy. Mają z tym trochę kłopotu – najpierw kupują wielką zamrażarkę, potem zakopują zwłoki w piwnicy. Tymczasem po piętach depczą im przestępcy, którzy szukają ukrytego przed laty cennego łupu, policja, tajemniczy przystojny mężczyzna, były mąż Marty i szalona staruszka."




Kolejna książka Olgi Rudnickiej, którą przeczytałam. Niestety nie uniknie ona porównań. Niestety, bo Natalii 5 troszkę bardziej mi się podobało, ale każdy chyba zrozumie, że zazwyczaj kolejne książki są lepsze.
Niemniej nie twierdzę, że książka jest zła, wręcz przeciwnie- jest dobra. Nie było jednak już takiego zachwytu, ot lekka książka, dobrze się czytało, miło spędziło czas, nie było aż tak zabawnie jak przy Natalii 5, ale całkiem nieźle.
Jednak po kolejną część Zacisze 13. Powrót mam zamiar sięgnąć, bo ciekawa jestem dalszych losów bohaterek :)


Władca Pierścieni. Dwie wieże J. R. R. Tolkien

Tej książki chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jako, że jest to klasyka fantastyki, wielu już piało z zachwytu po jej przeczytaniu, wiele świetnych recenzji zostało napisanych, a także są autorzy książek czerpiący inspirację z tegoż dzieła Tolkiena to pisanie recenzji wydaje mi się zbędne.
Kiedy czytałam pierwszą część jakoś nie trafiłam na odpowiedni moment. Kiedy jednak zaczęłam czytać drugą część już od jakiego czasu miałam niezwykłą ochotę na ponowne spotkanie Bractwa Pierścienia, więc po zabraniu się za lekturę mogłam w pełni delektować się bogactwem języka i opisów. Lektura to świetna, pierwszą część czytało mi się znakomicie, Tolkien porwał mnie całkowicie w swój świat. Druga część już mi się trochę dłużyła, sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jakoś bardziej zapamiętałam filmową wędrówkę Froda i wiedziałam z grubsza co się wydarzy?
W każdym razie postanowiłam sobie zrobić przerwę pomiędzy drugą i trzecią częścią, aby trochę zatęsknić za światem Tolkiena i wtedy znów towarzyszyć bohaterom, szykować się do wojny razem z Aragornem i Legolasem, ponieść brzemię z Frodem...
Pozycja obowiązkowa dla fanów fantastyki! :)



A tu dwie ostatnio (bo tamte jeszcze z października) książki o tematyce świątecznej ;)

Boże Narodzenie w Lost River Fannie Flagg

tytuł oryginału: Redbird Christmas
tłumaczenie: Anna Kołyszko
wydawnictwo: Reader's Digest
data wydania: 2006 (data przybliżona)
liczba stron: 102
ocena: 2/6
opis:
"Oswald T. Campbell ze względu na zły stan zdrowia musi opuścić Chicago i przenieść się w cieplejsze okolice. Nie stać go na Florydę ani Kalifornię. W grę wchodzi jedynie wyjazd do Lost River w stanie Alabama. I choć miasteczko jest zabitą deskami dziurą, a jego mieszkańcy to banda ekscentryków, Oswald znajduje tam wszystko, czego dotąd brakowało mu w życiu."

Z twórczością Fannie Flagg spotkałam się wcześniej czytając Smażone zielone pomidory. Książka niezbyt przypadła mi do gustu, ale miała szczególny klimat. Po kolejnej powieści jej autorki wiem już dlaczego nieszczególnie lubię jej dzieła: to takie przyjemne opowiastki o niczym. Pewnie polubię je dopiero za jakieś 30-40 lat :P
Póki co jednak niespecjalnie na mnie działają, nie wzruszają mnie. Wprawdzie czytałam okrojoną o ponad połowę wersję Reader's Digest, ale wątpię, żebym wiele straciła. Może jedynie końcówka nie była taka "pospieszna" i ogólnikowa. 
Książka ma klimat z rodzaju tych jakie można spotkać w Smażonych zielonych pomidorach, ale niestety klimatu świąt ani trochę nie poczułam.
Niewiele mogę napisać na temat Bożego Narodzenia w Lost River. Może tyle, że jakimś dziwnym trafem wyobraziłam sobie historię osadzoną w jakiejś wiejskiej posiadłości/domku w górach, może jakiś romans, może zwykła obyczajówka, a wszystko to okraszone przyjemną świąteczną atmosferą i oprószone śniegiem. Co otrzymałam? Opowieść o starszym panu, małej dziewczynce i mieszkańcach niewielkiego miasteczka w stanie Alabama. A wszystko okraszone... Rzeką bogatą w faunę nadwodną i podwodną oraz upały...
Co mnie bardzo zdenerwowało to fabuła prosta jak drut (ŻADNYCH przeciwności losu, wszystko idzie tak jak sobie bohaterowie wymarzą) i zakończenie mdłe, ckliwe i do bólu naiwne. Przez chwilę myślałam, że to jakiś żart. A może ja nie jestem za młoda tylko za stara na takie opowiastki?
Nie chcę zniechęcać do tej książki. Mnie się nie spodobała, ale może komuś szczególnie przypadnie do gustu. W sumie warto sprawdzić, bo książeczka jest niewielkich rozmiarów.


Najgłupszy anioł Christopher Moore
tytuł oryginału: Stupidest Angel
tłumaczenie: Jacek Drewnowski
wydawnictwo: MAG
data wydania: listopad 2006 (data przybliżona)
liczba stron: 284
ocena: 5/6

opis:
"Do Bożego Narodzenia został dzień (dobra, powiedzmy, że prawie tydzień) i w całym maleńkim miasteczku Pine Cove w Kalifornii mieszkańcy pochłonięci są kupowaniem, zawijaniem, pakowaniem i, ogólnie rzecz biorąc, wczuwaniem się w świąteczny nastrój. Ale nie wszyscy odczuwają tę radość. Mały Joshua Barker rozpaczliwie potrzebuje świątecznego cudu. Nie, nie leży na łożu śmierci; nie, nie zaginął mu pies. Ale Josh jest przekonany, że widział, jak Mikołaj obrywa łopatą po łbie i teraz nasz siedmiolatek modli się tylko o jedno: proszę, Mikołaju, powstań z martwych. Ale moment! Gdzieś w powietrzu czai się anioł. (W powietrzu, łapiecie) To nie kto inny, jak archanioł Razjel, który zstąpił na Ziemię w poszukiwaniu dziecka, którego życzenie należy spełnić. Niestety, nasz anioł nie należy do tych, których aureola świeci najjaśniej. W mgnieniu oka zawali swoją świętą misję i ześle na mieszkańców Pine Cove bożonarodzeniowy chaos, którego kulminacją stanie się najśmieszniejsze i najstraszniejsze świąteczne przyjęcie, jakie miasteczko widziało."


To moje pierwsze spotkanie z twórczością Christophera Moore'a. Co mi się od razu rzuciło w oczy- Moore ma proste, ale ładne okładki. Zapewne wszystkie jego książki zgromadzone w biblioteczce cieszą oko ;)

Może się i tak zdarzyć, że święta Bożego Narodzenia Was nudzą. O tak, niektórzy nie czują "magii świąt". Zatem czy nudzicie się na rodzinnych spotkaniach? Przejadła Wam się ta lukrowa atmosfera? Te grzeczności? Te książki o tym jak to najgorszy drań się nawraca? Filmy o szczęśliwych rodzinkach? 
Jeśli, więc chcecie "odetchnąć" od spokojnych, normalnych świąt musicie sięgnąć po książkę Moore'a.

Jeśli ktokolwiek nawet pomimo tytułu spodziewał się w miarę normalnej książki traktującej o świętach- nic bardziej mylnego! Święta w Najgłupszym aniele są zwariowane! W żadnym razie nie można tu mówić o normalności skoro już w pierwszej scenie miejscowy drań okłada workiem lodu pomocnicę Mikołaja z Armii Zbawienia, która jest jego byłą żoną... A dalej jest jeszcze lepiej... Nie będę wymieniać tu wszystkich tych dziwnych postaci czy zdarzeń, najlepiej jeśli dacie się zaskoczyć.

Jak widzicie nie zaczyna się niewinnie i spokojnie, nie kończy się także grzecznie. Książka wciąga od pierwszych stron, czyta się szybko, a fabuła co i rusz się zapętla. Jakby tego było mało całą sytuację jeszcze bardziej komplikuje nasz tytułowy bohater, archanioł Razjel, który robi całkiem spore zamieszanie...

Postać anioła w tej książce bardzo mi się spodobała. Pozostali bohaterowie są trochę szablonowi, ale mamy tu całkiem niezły misz-masz dzięki czemu nie zwraca się na to takiej uwagi. Natomiast archanioł jest bardzo oryginalny. Trochę głupkowaty, ale uroczy ;) Nie spotkałam się jeszcze z taką postacią anioła w żadnej powieści i tu duży plus dla autora.

Polecam tę książkę, szczególnie dla tych znudzonych świętami ;) Ale nie tylko dla nich, również dla tych, którzy chcą poprawić sobie humor. Jeśli kogoś zdziwi to natężenie szaleństwa, mam dla niego jedno słowo- Kalifornia. I już nic tłumaczyć nie trzeba :D (jak to mówią: Kraina czubków i owoców :P)
A ja już nie mogę się doczekać aż sięgnę po kolejną książkę Moore'a- Krwiopijców :)

21 lutego 2011

"Bractwo Pierścienia" J. R. R. Tolkien

Chyba wszyscy znają Władcę Pierścieni, choćby ze słyszenia. Nie uwierzę, że jest inaczej :) Toteż nie wstawiam opisu.
Kilka słów o tłumaczeniu (Łozińskiego)- większość oburza się za nazwy, ale moim zdaniem spolszczenie ich było świetnym pomysłem. Bo w sumie dlaczego angielski Baggins miałby być lepszy od Bagosza? Fakt Shire czy Obieżyświat ładniej brzmi od Włości czy takiego Łazika, ale akurat ta druga nazwa bardziej mi pasuje do tego bohatera. Fakt są tłumaczenia nietrafione czy jak w przypadku Shire są mniej "estetyczne" i tłumacze czasami popełniają błąd (chociaż jak już się tłumaczy na swój język wszystkie nazwy to bez wyjątku, czyż nie?), przykładem jest choćby Jaskier Sapkowskiego, który na kilka języków został przetłumaczony całkiem odmiennie.

Popełniłam błąd, którego trochę żałuję- obejrzałam Trylogię zanim przeczytałam książki. Wprawdzie było to ze 3 lata temu, ale najważniejsze wydarzenia utkwiły mi w pamięci, bo bądź co bądź to naprawdę dobry film. I naprawdę dobra ekranizacja. Zadziwiająco wierna... Przynajmniej jest jeden plus- pomogła mi w wyobrażeniu bohaterów (a przynajmniej głównych).

Bractwo Pierścienia czytałam 3 tygodnie... Nie wiem w sumie dlaczego tak długo. Niektórzy narzekają na długie opisy, mnie one nie przeszkadzały, ale może faktycznie to trochę ich wina. Ale bardziej chyba tego, że czytałam jedynie w weekendy, gdyż nie jest to książka, którą można czytać na tygodniu po 20-50 stron (przynajmniej dla mnie).
Tolkien kreuje własny świat z mitologią, różnymi rasami i historią, kreuje ze starannością, czasem troszeczkę nudzi czytelnika, ale nie są to momenty długie. Akcja nie jest wartka, ale też nie wlecze się. Tworzy atmosferę grozy, powoli narastającej, niczym ciemność... Zapewne gdybym ją połknęła w powiedzmy jeden weekend to piałabym z zachwytu, a tu na moją ocenę składa się jeszcze wcześniejsze obejrzenie ekranizacji. Także stety niestety, ale uczciwie muszę przyznać, że nie wiem jakiej rewelacji nie ma. Ale jestem pewna, że Trylogia zawita w mojej skromnej biblioteczce, a przeczytam ją jeszcze (nie) raz. Mówi się: nie mów hop zanim nie przeskoczysz... Ale gdybym się zawiodła na kolejnych książkach... to chyba byłoby źle ze mną :P Mam nadzieję, że im dalej tym będzie lepiej.

Cóż, takie arcydzieło, ludzie zaczytują się w nim od lat, a ja tu tak lakonicznie opisuję swoje wrażenia... Po przeczytaniu Trylogii będzie, mam nadzieję, bardziej wyczerpująco ;P


Ocena: 4,75


Cytaty (nawet nie zanotowałam własnych cytatów... coś dziwnego się ze mną dzieje :P):
"Czarodziej nigdy się nie spóźnia, nie jest też zbyt wcześnie, przybywa wtedy kiedy ma na to ochotę."
"Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A niejeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Nie bądź, więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci, nawet bowiem najmądrzejszy nie wszystko wie."


A tymczasem mam ogromną ochotę na Sapkowskiego (Trylogię Husycką dokładniej). Pan Sapkowski będzie jednak w zbiorze opowiadań Ostatnie życzenie :)