Nie sądziłam, że studia będą pochłaniać tyle mojego czasu... Za czytanie albo nie mam kiedy się zabrać, albo nie mam na nie ochoty, zgroza. Jak nie jestem na uczelni to lecę do akademików, jakieś życie towarzyskie mam czy coś w tym stylu :P
Nie wiem kiedy pojawi się nowy post, po prostu chciałam dać znać, że żyję :P
12 listopada 2013
25 września 2013
Książka i jej ekranizacja x2
Lolita
wydawnictwo: Wydawnictwo Da Capo
data wydania: 1997 (data przybliżona)
data wydania oryginału: 1955
liczba stron: 384
Zacznę może od "nieszczęsnej" Lolity. Nieszczęsnej, bo skończyłam ją czytać gdzieś na początku lipca i nie zmobilizowałam się do napisania o niej od razu, wrażenia się już zatarły, toteż opinia będzie ogólna.
Każdy chociaż kojarzy o czym jest Lolita, więc pominę opis.
Jest to powieść, której nie mogę znienawidzić ani też pokochać. Dość kontrowersyjny temat miłości dojrzałego mężczyzny do dziewczynki sprawia, że nie może ona trafić do "ulubionych", jednak jeśli człowiek zapomni o tym ile lat ma główna bohaterka i spojrzy raz jeszcze na opisy, na to z jakim uwielbieniem i jak poetyckim językiem Humbert opowiadał o swej ukochanej to nie można też tej książki nienawidzić.
Dla Nabokova należy się duże uznanie za podjęcie się tak kontrowersyjnego tematu, zwłaszcza zważywszy na rok, w którym powieść została wydana. Dziś może przeszłaby bez jakiejś wielkiej krytyki, mamy mode na kontrowersje i trudno człowieka zdziwić, ale wtedy musiała wywołać dużo szumu. Zaś język jakim go napisał... Piękny. Naprawdę czyta się z przyjemnością. Język jest bardzo poetycki, autor często i gęsto bawi się słowami, przekształcając je, tworząc nowe.
Muszę przyznać, że w pewnym momencie, na samym początku, kiedy główny bohater opisywał swoje uwielbienie do nimfetek miałam ochotę rzucić książkę i jej nie kończyć. Świadomość, że trzydziestoparoletni czy blisko czterdziestoletni facet wzdycha do małych dziewczynek napawała mnie obrzydzeniem. Przerwałam wtedy lekturę na jakiś czas. Ale język powieści mnie urzekł, przyciągał jak magnes... Więc do niej wróciłam.
Mam wrażenie, że autor poniekąd bawi się czytelnikiem, podobnie jak Lars von Trier w Dogville (przeczytałam taką koncepcję, dość ciekawą i myślę, że trafną, na forum filmwebu; poza tym polecam ten film). Poetyckie opisy miłości do Lolity oraz przytaczane przykłady z przyszłości podobnych i całkiem legalnych związków mają chyba sprawić, że czytelnik nie tylko popiera, ale i żałuje głównego bohatera. Osobiście uważam, że w porządku, kiedyś dawno temu starsi mężczyźni wiązali się z młodszymi kobietami, dziś wręcz dziećmi, kiedyś kobiety wychodziły za mąż, powiedzmy w wieku Lolity i to była norma, ale moim zdaniem to były inne czasy, dzieci dojrzewały szybciej niż dzisiaj.
Ok, wiek inicjacji seksualnej jest w wielu przypadkach dość niski, ale moim zdaniem seks z chłopakiem niewiele starszym to co innego niż z czterdziestolatkiem. Poza tym sama Lolita mówi do Humberta złamałeś mi życie.
(Chociaż i o tym by można dyskutować i dyskutować, np. niby Lolita pierwsza uwiodła Humberta, ale on do tego dążył, wszystko co robił odkąd ją pierwszy raz zobaczył miały do tego doprowadzić; poza tym Lolita zakochała się w kolejnym starszym mężczyźnie itd. itd. są za i przeciw, które można nieustannie mnożyć, można polemizować nad każdym aspektem, rozkładać ją na części pierwsze i poniekąd na tym polega piękno tej książki)
Jak na książkę, którą czytałam już jakiś czas temu to dość dużo tego tekstu wyszło :) Są to główne przemyślenia jakie miałam po przeczytaniu, pewnie byłoby tego więcej gdybym coś skrobnęła zaraz po przeczytaniu. Cóż, myślę, że w przyszłości będę ponownie czytać Lolitę, pewnie wtedy skrobnę coś więcej :)
Lolito, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo. Lo-li-to: koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To.
Na imię miała Lo, po prostu Lo, z samego rana, i metr czterdzieści siedem w jednej skarpetce. W spodniach była Lolą. W szkole – Dolly. W rubrykach – Dolores. Lecz w moich ramionach zawsze była Lolitą

Film to dość wierna ekranizacja książki, chyba wszystkie główne wątki zostały zawarte, reżyser nie pozwolił sobie na ich zmianę (a jeśli już to zmiany były niewielkie), trzyma poziom, ma ciekawy klimat (który zawdzięcza w dużej mierze także ścieżce dźwiękowej, chwilami muzyka niepokojąca).
Film podobnie kontrowersyjny jak książka, nawet bez znajomości literackiego pierwowzoru można długo dyskutować.
Bractwo Bang Bang
Link do recenzji książki: klikKsiążkę dostałam do recenzji, więc nie mogłam czekać z publikacją na oglądnięcie filmu, a nie wiedziałam kiedy będę miała okazję go obejrzeć. Wspominam o tym, bo mogę się mylić co do tego czy film jest wierną ekranizacją. Jednak z tego co pamiętam tak jest. Oczywiście zdarzenia nie są dokładnie takie jak w książce, dodatkowo np. wątek dziewczyny Grega jest inny, są dodane sceny, których w książce nie ma, ale moim zdaniem są świetne. Tak jak cały film.
Naprawdę, nawet gdybym nie czytała książki, a trafiła jakoś na film darzyłabym go uwielbieniem. Jest po prostu świetny!
Traktuje o ciężkich tematach, ale nie jest ponury i nie wpędza w "dołek", bo doskonale równoważą to humor i zabawne sceny.
Wybór aktorów moim zdaniem doskonały. Zwłaszcza z uwagi na loczki i BOSKI akcent aktora grającego Grega :)
Niestety nie wychodzi mi opisywanie filmów i nie potrafię w pełni oddać tego jak bardzo mi się podobał...
ocena: 6/6
18 września 2013
"Piękny umysł" Sylvia Nasar i "Piękny umysł" Ron Howard (2001)
tytuł oryginału: Beautiful mind
tłumaczenie: Piotr Amsterdamski
wydawnictwo: MUZA, Albatros
data wydania: 2003
data wydania oryginału: 2001
liczba stron: 472
opis:
"W wieku 21 lat John Nash opublikował pracę doktorską, w której sformułował "teorię równowagi Nasha" - nowe rewolucyjne podejście do kluczowego problemu teorii gier niezespołowych, opisujące mechanizmy racjonalnego zachowania człowieka. Kilkanaście lat później jego wynik dokonał przewrotu we współczesnej ekonomii, co doceniono przyznając matematykowi Nagrodę Nobla w 1994 roku. Sam Nash, ekscentryk cierpiący na schizofrenię, przez wiele lat walczył ze straszliwą chorobą ograniczającą jego potencjał twórczy, by ostatecznie nad nią zatriumfować u schyłku swojego życia. "
Po pierwsze muszę ostrzec wszystkich entuzjastów, którzy tak jak ja wiedzieli o filmie o tym samym tytule i dostrzegli na okładce, jakże zgubny, napis światowy bestseller. Piękny umysł jest typową biografią, napisaną dość "suchym" językiem, nie jest prosta w odbiorze.
Nie mam pojęcia czemu książka ta stała się bestsellerem. Być może uzyskała ten status po zekranizowaniu.
Nie mam pojęcia czemu książka ta stała się bestsellerem. Być może uzyskała ten status po zekranizowaniu.
Dostarczyło mi to trochę frustracji, bo musiałabym za każdym razem włączać komputer i szukać przystępniejszych wyjaśnień. Więc tak naprawdę nie mam pojęcia o znaczeniu odkryć Johna Nasha i jego kolegów.
Drugą "wadą", za którą nie można winić autorki, ale która wpłynęła na odbiór książki jest opisywana postać.
Najpierw, owszem, byłam zafascynowana. Jednak gdzieś w połowie dostrzegłam, że Nash, wprawdzie geniusz matematyczny (w co muszę wierzyć trochę na słowo...), jest tak naprawdę skur... Ustawicznie poniżał i źle traktował ludzi, których uważał za mniej inteligentniejszych od siebie, jak widać miał tylko jedno kryterium, którym posługiwał się w ocenie ludzi. Baaardzo głębokie...
Był na poziomie emocjonalnym... Nie, chyba nawet nie można powiedzieć, że pięciolatka, bo pięciolatek potrafi okazywać miłość. Oto jedna z sytuacji, która ukazuje jak traktował młodą, inteligentną, kompletnie w nim zadurzoną kobietę:
Pod koniec letniego semestru Nash zaprosił Alicię na piknik wydziału matematycznego w Bostonie. (...) Nash chciał pokazać wszystkim, że jest panem tej pięknej młodej kobiety, a ona jego niewolnicą. W pewnej chwili późno po południu, przewrócił Alicię na trawę i postawił stopę na jej karku.
W tym momencie nie rozumiem Alicii. Zwłaszcza w tamtych czasach kobieta nie powinna się godzić na takie traktowanie.
Osobowość Nasha sprzed choroby sprawiła, że zupełnie mu nie współczułam kiedy czytałam o jego chorobie. Bardziej ciekawiła mnie sama schizofrenia, opisy ówczesnych szpitali psychiatrycznych, metod leczenia, itp. Co najciekawsze na końcu książki, choć Nash sprawia wrażenie już bardziej ludzkiego i normalnego emocjonalnie, pokorniejszego, to jednak widać, że jego złośliwa natura nie zniknęła.
Nie będę polecać tej książki. Choć jest to obszerna biografia, myślę, że rzetelnie napisana i jeśli ktoś jest zauroczony Nashem czy jego odkryciami to pewnie będzie nią urzeczony. Mnie się nie podobała.
Film to dość ładna i zgrabna opowieść, z kilkoma błędami, a mam tu na myśli głównie techniczne i merytoryczne np. takie, że podczas ceremonii rozdawania Nagrody Nobla laureaci nie wygłaszają żadnych przemówień, a szwedzka rodzina królewska nie dałaby owacji na stojąco.Ciekawym zabiegiem był ten z halucynacjami, szczerze mówiąc dałam się nabrać, bo myślałam, że tak przeinaczyli to co było w książce, a potem pofantazjowali (RAND-Pentagon mnie zmylił).
Byłaby to fajna i wzruszająca historia o tryumfu ludzkiego ducha i umysłu geniusza, gdyby nie to, że Nash z filmu to nie Nash z książki (a zakładam, że Sylvia Nasar przedstawiła go właściwie (prawie 100 stron przypisów i bibliografii musi o czymś świadczyć)). Jego postać została mocno wybielona, w filmie jest po prostu typowym, ekscentrycznym matematykiem, nie ukazano jego złośliwości, arogancji i egocentryzmu.
W filmie przeinaczone są fakty, postacie Johna i jego żony. Nie podobało mi się, no ale cóż, kto chciałby oglądać matematyka upokarzającego kolegów, kobiety, porzucającego własnego syna (starszego)? Nikt by się wtedy nie wzruszył.
Zirytowało mnie także to, że jedną scenę zrobili tylko po to, żeby zagrać na emocjach widza- w jednej z ostatnich scen studenci śmieją się z Nasha. Z tego co pamiętam ci, którzy kojarzyli go i zdawali sobie sprawę z tego jak wielkim matematykiem był przed chorobą uświadamiali o tym innych, względnie budził postrach, ale nie pamiętam sceny, w której byłby pośmiewiskiem.
Jeśli zniechęciłam was do obejrzenia filmu, a nie czytaliście jeszcze książki, to pragnę was zapewnić, że film sam w sobie, jeśli się zapomni o tym jaki był naprawdę Nash, jest wzruszającą historią. W sumie warto go obejrzeć, jest ciekawy, ale przy tym nie należy go traktować jako biografię Johna Nasha.
15 września 2013
Krótko i na temat (4)
Świat nocy (1) L. J. Smith
tłumaczenie: Ewa Spirydowicz, Ewa Ratajczyk
seria/cykl wydawniczy: Świat nocy tom 1
wydawnictwo: AMBER
data wydania: 9 września 2009
data wydania oryginału: 1996
liczba stron: 504
Zaczęłam czytać tę książkę i nie wiedziałam o niej ZUPEŁNIE NIC. Nie wiedziałam nawet, że to zbiór opowiadań. Gdybym wiedziała to bym się pewnie za nią nie wzięła. Ale gdy skończyła się pierwsza opowieść stwierdziłam, że jak zaczęłam to skończę.
A propo Dotyku wampira- zaczęło się całkiem nieźle. I oceniłabym ją też na całkiem niezłą. Tyle, że nie mogę tego samego powiedzieć o całym zbiorze. Opiera się on na tym samym schemacie, a kiedy czyta się trzecią opowieść bardzo podobną do poprzednich dwóch to ma się ochotę... zrobić kilka brzydkich rzeczy. Na dodatek w tych opowieściach wszystko jest możliwe o ile prowadzi to do happy endu.
A propo Dotyku wampira- zaczęło się całkiem nieźle. I oceniłabym ją też na całkiem niezłą. Tyle, że nie mogę tego samego powiedzieć o całym zbiorze. Opiera się on na tym samym schemacie, a kiedy czyta się trzecią opowieść bardzo podobną do poprzednich dwóch to ma się ochotę... zrobić kilka brzydkich rzeczy. Na dodatek w tych opowieściach wszystko jest możliwe o ile prowadzi to do happy endu.
3 razy nie. Następna proszę!
ocena: 2/6
Morderstwo na Rue Morgue Edgar Allan Poe
To będzie naprawdę krótkie, ponieważ słuchałam tego audiobooka na początku roku i już go za dobrze nie pamiętam.
Po pierwsze to dobrze wykonany audiobook, pamiętam, że oprócz lektora były także odgłosy takie jak ruch uliczny czy otwieranie i zamykanie drzwi.
Poza tym świetny klimat już samej powieści (a może raczej opowiadania), zagadka naprawdę ciekawa, nastrój grozy bardzo dobrze budowany, nerwy czytelnika są napięte i... Kiedy nastąpiło rozwiązanie zagadki nie wiedziałam czy mam je brać na poważnie czy się śmiać. Początkowo byłam trochę rozczarowana, jednak z drugiej strony i taka ewentualność wydaje się przerażająca (mam na myśli "mordercę"). Poe świetnie zbudował nastrój i coś pozornie spokojnego i bezpiecznego uczynił czymś groźnym, napisał typową powieść kryminalną z niekonwencjonalnym zakończeniem.
Polecam miłośnikom kryminałów, ale... przygotujcie się na niespodziewane ;)
Po pierwsze to dobrze wykonany audiobook, pamiętam, że oprócz lektora były także odgłosy takie jak ruch uliczny czy otwieranie i zamykanie drzwi.
Poza tym świetny klimat już samej powieści (a może raczej opowiadania), zagadka naprawdę ciekawa, nastrój grozy bardzo dobrze budowany, nerwy czytelnika są napięte i... Kiedy nastąpiło rozwiązanie zagadki nie wiedziałam czy mam je brać na poważnie czy się śmiać. Początkowo byłam trochę rozczarowana, jednak z drugiej strony i taka ewentualność wydaje się przerażająca (mam na myśli "mordercę"). Poe świetnie zbudował nastrój i coś pozornie spokojnego i bezpiecznego uczynił czymś groźnym, napisał typową powieść kryminalną z niekonwencjonalnym zakończeniem.
Polecam miłośnikom kryminałów, ale... przygotujcie się na niespodziewane ;)
Martin Eden Jack London
tytuł oryginału: Martin Eden
wydawnictwo: Książka i Wiedza
data wydania: 1988
liczba stron: 352
Oooo a to będzie najkrótsze!
Jack London. To nazwisko zna chyba każdy. Jako pierwszą powieść wybrałam Martin Eden z tego prostego powodu, że w bibliotece chyba nie było niczego innego. Nie spodziewałam się fajerwerków, ale jak wiadomo to znane nazwisko w świecie literatury, więc jeśli Martin nie miałby mnie porwać to spodziewałam się przynajmniej solidnej lektury.
Dotrwałam do 37 strony po czym rzuciłam książką w kąt (no, nie dosłownie, gdybym ją kupiła to pewnie bym tak zrobiła, ale egzemplarze biblioteczne szanuję).
A rzuciłam dokładnie po tym zdaniu:Ośmielił się poczuć w wyobraźni jej wargi na swoich i przedstawił to sobie tak żywo, że na samą myśl zakręciło mu się w głowie, a obłok różanych płatków jakby ogarnął go i uniósł, przepajając zmysły czarowna wonią.
Przepraszam! Co ja czytam? Klasykę czy tani romans?
Takie męczące wizje i zachwycanie się pięknem i wspaniałością dopiero co poznanej Ruth zajęły znaczącą część tych nieszczęsnych trzydziestu siedmiu stron. Były tam elementy, które mi się podobały (przez te mdłe zachwyty przebijały się nieśmiało, np. zapowiedzi opisów podróży Martina do dalekich krajów), jednak te fragmenty nie były w stanie utrzymać mnie przy tej książce. Nie byłam ich aż tak ciekawa, bo nie jestem aż taką masochistką. Mam zbyt rozwiniętą wyobraźnię, a scena z opisu powyżej i tak za bardzo wryła mi się w umysł... I teraz trzeba posłuchać Rammstein dla równowagi.
Co mnie najbardziej śmieszy to ocena prawie 8 na LC.
12 września 2013
"Jeźdźcy smoków" Anne McCaffrey
tytuł oryginału: Dragonflight
tłumaczenie: Rafał Chodasz
seria/cykl wydawniczy: Jeźdźcy smoków z Pern tom 1
wydawnictwo: Książnica
data wydania: 2007
data wydania oryginału: 1968
liczba stron: 337
opis:
"Rukbat w gwiazdozbiorze Strzelca ma pięć planet - trzecia, skolonizowana przez ludzi, została nazwana Pernem. Kiedy ją zasiedlali, niewielką uwagę zwrócili na dziwną czerwoną planetę krążącą po nieregularnej, eliptycznej orbicie. Osobliwy szlak, po którym błądził gwiezdny wędrowiec, przywodził go blisko Pernu co dwieście lat i wtedy z przestworzy opadały miejscowe formy życia. Srebrne Nici, śmiertelnie niebezpieczne dla Perneńczyków, udawało się pokonać tylko dzięki współpracy ze smokami, pierwotnymi mieszkańcami planety. Od ostatniego ataku minęły dwa wieki, Perneńczycy zdążyli zapomnieć o zagrożeniu - lecz oto znowu nadchodzi czas próby: trzeba złączyć siły i wspólnie ze smokami walczyć o przetrwanie..."
Jeźdźców smoków po raz pierwszy próbowałam przeczytać w zbyt młodym wieku i skończyło się to fiaskiem (prawdopodobnie miałam wtedy ok. 13 lat i po prostu nie rozumiałam niektórych słów, a książka mnie nużyła). Wróciłam jednak i tym razem ukończyłam powieść. Anne McCaffrey, jak głosi okładka, zwana jest „królową smoków”, co nie dziwi, bo jak nas informuje tylna z kolei okładka stworzyła ona 16 książek w uniwersum Pernu (w cyklu Jeźdźcy smoków z Pern zawarte są dwie trylogie+inne książki, nie liczę zbiorów opowiadań i książek napisanych wraz z synem).
Zacznę od wad. Po pierwsze pewne nieścisłości, których podczas czytania sobie nie uświadamiałam (bo jest to przedstawione we wstępie, przeczytałam go dość pobieżnie), a dostrzegłam dzięki użytkowniczce LC.
Ludzie dotarli na planetę, którą nazwali Pern i ją skolonizowali, ale świat, w którym toczy się akcja jest zdecydowanie światem fantasy, nie przypomina tego z science fiction, a powinien, bo przecież ludzie musieli użyć jakiejś zaawansowanej technologii, by na nią dotrzeć. Żadnej katastrofy, klęski żywiołowej i żadnej wzmianki o tajemniczych urządzeniach. Moim zdaniem autorka lepiej by zrobiła gdyby po prostu zasiedliła tę planetę ludźmi. Wielu wierzy, że gdzieś we wszechświecie jest planeta podobna do Ziemi z, być może, istotami podobnymi do nas, a nawet takimi samymi, więc czemu nie.
Drugą wadą jest charakterystyka postaci, a raczej jej brak. Dwójka głównych bohaterów jest dość dobrze opisana, nieliczne postacie drugoplanowe też, jednak jest ich zbyt mało. Na dodatek akcja potrafi przeskoczyć o 2 Obroty (odpowiednik naszego roku), o jeden i nie ma wiele wzmianek o tym co się działo podczas nich. Jeźdźcom smoków brak szczegółowości, wszystko jest opisane zbyt pobieżnie, jedynie pod koniec następuje poprawa, jednak widać pewną nieproporcjonalność kiedy 2/3 książki to jakieś 3 Obroty, a pozostała część to 3 dni… SPOILER To irytuje zwłaszcza kiedy Lessa trafia 400 Obrotów wstecz i te dni, które spędziła w przeszłości są zbyte kilkoma zdaniami, a można by je rozpisać na co najmniej kilkanaście stron KONIEC SPOILERU
A teraz plusy. Po pierwsze książkę dobrze się czytało, nie miałam problemu z przyswojeniem informacji, akcja jest dość wartka, dlatego sięgnę po kolejny tom. Drugim ważnym powodem jest po prostu ciekawość jak potoczą się dalsze losy Lessy, głównej bohaterki, oraz innych postaci.
Świat Pernu, poza tymi początkowymi zgrzytami i zbytnią ogólnością, jest dobrze przedstawiony i wciągający. Poza tym czy jakakolwiek książka ze smokami może być tragiczna? :) Nigdy nie nazwałam tak jakiejkolwiek z tymi bestyjkami i pewnie mi się to nie zdarzy.
Niestety potencjał książki nie jest w pełni wykorzystany.
Zdaję sobie sprawę z tego, że szerzej opisałam wady niż zalety, ale musicie wierzyć mi na słowo, że książkę dobrze się czytało. Jutro wybieram się do biblioteki po drugi tom :) Jeźdźcy smoków to takie fantastyczne (mam na myśli gatunek ;) ) czytadło, niektórzy czytają takie niewymagające romanse, inni kryminały, a można też sięgnąć po fantastykę.
ocena: 3/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)





