15 listopada 2016

"Me before you" Jojo Moyes i "Zanim się pojawiłeś" Thea Sharrock


data wydania: 2012
data polskiego wydania: 2013
liczba stron: 369
opis:
"Louisa Clark is an ordinary girl living and exceedingly ordinary life - steady boyfriend, close family - who has barely been farther afield than her tiny village. She takes a badly needed job working for ex-Master of the Universe Will Traynor, who is wheelchair-bound after an accident. Will has always lived a huge life - big deals, extreme sports, worldwide travel - and he is not interested in exploring a new one.
Will is acerbic, moody, bossy - but Lou refuses to treat him with kid gloves, and soon his happiness means more to her than she expected. When she learns that Will has shoking plans of his own, Lou sets out to show him that life is still worth living.
Me Before You brings to life two people who couldn't have less in common - a heartbreakingly romantic novel that asks, What do you do when making the person you love happy also means breaking your own heart?
 


Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze.
"

        Facet na wózku w powieści dla kobiet? Idealny motyw do zrobienia taniego romansidła!
Mimo moich uprzedzeń co do książki Jojo Moyes wpadłam w sidła jej romansidła. A czy faktycznie należy przylepiać książce Moyes taką etykietkę?

        Me before you (czyli Zanim się pojawiłeś, ja czytałam w oryginale to będę się mądrzyć, ha. ha.) to w żadnym wypadku nie jest mdłe romansidło, a Moyes swoją książkę opiera nie na tanim chwycie wyciskającym łzy z oczu naiwnych kobiet, a na kwestii, nad którą warto się zastanowić. Moyes stawia przed czytelnikiem szereg bardzo trudnych pytań, dotyczących życia i śmierci. Powstrzymam się przed nazywaniem rzeczy po imieniu, nawet mimo tego że druga część samym swoim tytułem zdradza wszystko (nie śmieszne...).  A że wszystko jest podane w ładnym opakowaniu i szybko się czyta... Czy to źle?

        Było kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły podczas lektury. Po pierwsze, że się wciągnęłam! Jakoś w to wątpiłam, może nawet bym nie przeczytała książki, gdyby nie powstał film z Emilią Clark.
A po drugie wbrew pozorom można nawet powiedzieć, że to dość lekka lektura, bo naprawdę szybko się to czyta (chyba, że ktoś czyta po angielsku i maniakalnie sprawdza wszystkie słowa...). Tu pewnie niektórzy się zdziwią, ale mimo wszystko nie jest aż tak dołująca. Jedynie zakończenie.
Nie będę was zanudzać moimi przemyśleniami na temat podjęty w książce, ale muszę przyznać, że sam fakt ich istnienia w takiej kobiecej książce również mnie zaskoczył. Mam raczej nie najlepsze zdanie o kobiecej literaturze. Nie lubię czytać czegoś po czym nic nie zostanie, żadnego śladu w umyśle, żadnej sceny w pamięci, nie lubię kiedy nie ma chociaż pięknego języka jakim można się zachwycić. Spodziewając się powyższego nie przypuszczałam by Me before you przypadło mi do gustu.

Podsumowując:
  • Me before you to było dla mnie spore zaskoczenie. 
  • Jak już jesteśmy przy angielskim tytule- świetny wybór jeśli chcecie nieco podszlifować angielski/nie stracić kontaktu z językiem/chcecie przeczytać coś w oryginale.
  • Nie jest to książka wybitna, ale jest całkiem niezła.
  • Myślę, że zainteresuje też płeć przeciwną, czemu nie!


Czas trwania: 1 godz 50 min.
Premiera świat: czerwiec 2016
Premiera Polska: czerwiec 2016







        Kiedy oglądałam film moją uwagę przykuwała głównie Emily Clark, odtwórczyni głównej roli. Niestety jej gra mnie bardzo irytowała... Moim zdaniem za bardzo przerysowała swoją postać (mam wrażenie, że w Grze o tron też miała z tym lekki problem), a jej mimika była po prostu komiczna. W miarę oglądania filmu trochę już się przyzwyczaiłam, ale do końca były momenty,
w których prychałam.
Jeśli chodzi o resztę obsady to w sumie nie mam zastrzeżeń, aczkolwiek nie podobało mi się jedynie przedstawienie Willa w momencie jego pierwszego spotkania z Lou- czytając książkę widziałam raczej mroczny pokój i mocno zarośniętego mężczyznę.

        Przedstawiona historia jest na tyle specyficzna, że jednak podobała mi się subtelność i niejaka powolność książki. W filmie oczywiście musieli co nieco pominąć, spłycić. Zupełnie inny obraz rodziców Willa troszkę mi zgrzytał.
Poza tym muszę przyznać, że jest to bardzo dobra ekranizacja. Niektóre dialogi były żywcem wyjęte z książki.
A przedstawienie oryginalności Lou było bardzo dobrze zrealizowane. Także ogólnie film na plus.

        A jeśli nie czytałem/am książki i nie zamierzam?- wspaniała wiadomość: nie widzę przeciwwskazań, aby zainteresować się filmem. Jest dobry, oczywiście jeśli lubi się takie historie :) ALE TYLKO JEŚLI ZDIERŻYCIE DZIWNĄ GRĘ CLARK.

30 października 2016

"Płatki na wietrze" Virginia C. Andrews i "Płatki na wietrze" Karen Moncrieff

tytuł oryginału: Petals on the Wind
tłumaczenie: Elżbieta Podolska
czas trwania: 12 godz. 36 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1980
opis:
"Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy! Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów! Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości."





        Rodzeństwo po ucieczce z Foxworth Hall trafia przypadkiem do domu lekarza, Paula. Ten przygarnia ich
i opiekuje się nimi. Dzięki niemu wracają do zdrowia i normalnego życia.

        Początek bardzo mi się nie podobał. Za dużo fartu, za dużo zbiegów okoliczności, wszystko poszło za łatwo. Aż mi się chciało śmiać z ich rozmów z doktorem. Były źle napisane, jakbym tym razem czytała jakieś tanie czytadło...
A później było tylko gorzej!

        Cathy Dollanganger zasłużyła u mnie na miano najbardziej irytującej bohaterki literackiej! To co robiła, co myślała, miałam tego dość! Ciągle dokonywała takich wyborów, aby sobie tylko skomplikować życie. Ta jej chęć zemsty, niemożność opanowania gniewu bardzo kontrastowała z tym, że pozwoliła aby traktowano ją jak zwykłą ścierę. Złapała życie w swoje ręce? Nie szkodzi, da sobą kierować, zwłaszcza przez męża, którego nie kocha...
Biorę pod uwagę to, że wpłynęły na nią wydarzenia z dzieciństwa, denerwuje mnie jedynie niekonsekwencja.

        Virginia C. Andrews napisała coś co podchodzi pod erotyk, na początku głównie czytamy o tym, że Cathy ma na kogoś ochotę albo ktoś ma ochotę na Cathy. W jej życiu jest (w zasadzie) jedynie czterech mężczyzn, każdego kocha, z każdym współżyła... Głównie to zaważyło na niskiej ocenie książki Andrews- ta książka jest po prostu nudna. Nie interesują mnie takie płytkie książki o niczym.
No dobrze, w sumie ta książka jest o dążeniu Cathy do spełnienia jej marzenia (co jednak zostaje przyćmione przez te wszystkie romanse) oraz o zemście. Zemsta faktycznie pod koniec wysuwa się na pierwszy plan, ale jest to końcówka książki i po tylu stronach takiej lektury i tak miałam dość.

        Dodatkowo baaardzo niska wiarygodność zdarzeń zwłaszcza pod koniec, dziwne opisy, to wszystko bardzo mnie irytowało. A kiedy opowiadałam o wydarzeniach z książki mojemu ukochanemu on pytał tylko: dlaczego ty to nadal czytasz? 

O ile jeszcze Kwiaty na poddaszu mogłabym polecić, tak Płatki zdecydowanie odradzam!


czas trwania: 1 godz 28 min.
premiera świat: maj 2014






        Podobnie jak książka film mniej mi się podobał, ale było zdecydowanie bardziej znośnie. Filmowcy ograniczyli trochę porcję melodramatu jaką zaserwowała Andrews.
        Widać spore zmiany w obsadzie, co w sumie nie dziwi. Na szczęście nie jest to bardzo widoczne, a obsada drugiej części poradziła sobie dobrze. Nikt mnie nie oczarował, ale też nikt nie zdenerwował.
        Jestem jednak zawiedziona wątkiem kariery Cathy. Rozumiem, że rozwijanie go zabrałoby więcej czasu, ale jej postać dużo na tym straciła.
        Ogólnie jako film ujdzie, choć był moment kiedy byłam zdziwiona tym, że film z tego roku przedstawiał tak niski poziom techniczny (scena w samochodzie i wypadek).
        Dla zainteresowanych poleciłabym jednak bardziej film niż książkę. Rzadko można coś takiego usłyszeć, ale w tym przypadku to mniejsze zło.

28 października 2016

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Adnrews i 2x..."Kwiaty na poddaszu" (Deborah Chow oraz Jeffrey Bloom)

tytuł oryginału: Flowers in the Attic
tłumaczenie: Bożena Wiercińska
czas trwania: 12 godz. 22 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1979
opis:
"Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości.

Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.
"






        Virginia C. Andrews od pierwszych stron przykuła moją uwagę. Mocno wciągnęłam się w opowieść Cathy Dollanganger, która najpierw wspomina swoje szczęśliwe dzieciństwo z kochającą matką, cudownym ojcem i trójką rodzeństwa. Sielanka kończy się, kiedy ojciec umiera, a rodzeństwo wraz z matką musi przeprowadzić się do dziadków. Sprawa jest jednak... trochę skomplikowana. Otóż, dziadek, właściciel ogromnej fortuny, niegdyś wydziedziczył jej matkę, a ona wracając ma nadzieję zjednać sobie na nowo jego serce i odzyskać dziedzictwo. Aby to osiągnąć musi wrócić sama, więc razem ze swoją matką zamyka dzieci w pokoju w nieużywanym skrzydle rezydencji swoich rodziców.
Mniej więcej do tego momentu byłam zachwycona i pochłonięta. Później Andrews miała tylko moją uwagę, jednak nadal bardzo skupioną.

        W zasadzie książkę Virginii czyta się jedynie dla samej opowieści. Ani nie jest napisana pięknym językiem, ani nie zawiera jakiegoś oryginalnego przesłania. Historia jest wstrząsająca i jedynie na tym bazuje autorka, to zajmuje czytelnika. Szczerze mówiąc naprawdę mną wstrząsnęła, wiem, że książka nie jest oparta na faktach, ale... Spójrzmy prawdzie w oczy, na świecie żyje tylu pojebów, że to mogło się zdarzyć. I zupełnie bez powodu właśnie tak na to patrzyłam- jakby to się naprawdę zdarzyło.

        Jednak kilka linijek wyżej wspomniałam, że tylko z początku byłam zachwycona. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbyt dużą jak dla mnie dawkę melodramatu. Było tam kilka wydarzeń, które były trochę przesadzone. Autorka je usprawiedliwiła, ale i tak były jak nieznośna drzazga wbita w ciało- przeszkadzały.
Dodatkowo nie wiem czy autorka nie popełniła co najmniej dwóch błędów, nie jestem ich jednak pewna, więc nie wymienię, sygnalizuję tylko istniejące niejasności.

        Kwiatów na poddaszu słuchałam, czytała je Kamila Baar. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty. Czytała płynnie, dbała o odpowiednią intonację. Wprawdzie czasem jej interpretacja nie do końca odpowiadała moim odczuciom, ale to rzecz drugorzędna. Na dodatek próbowała też nadać każdej postaci indywidualny głos, co jej całkiem nieźle wyszło. Sprawiła, że słuchanie tej powieści nie było monotonne, nie zdarzało mi się też raczej odpłynąć myślami. 6+!

        Pomimo, że nie jestem zachwycona lekturą książki Virginii C. Andrews poleciłabym ją jeśli spodobał ci się opis. Ma pewne mankamenty, ale są one do przełknięcia, zwłaszcza jeśli książkę się pochłania- mi zajęła jedynie dwa dni, jak na mnie to bardzo mało. Byłam ciekawa kontynuacji, więc sięgnęłam po nią od razu, już za niedługo podzielę wrażeniami z lektury.



czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: styczeń 2014





        Nie mogę się powstrzymać, aby na samym początku nie wytknąć filmowcom ich ogromnego przewinienia względem książki- niezgodności.
I, kochani, to nie jest kilka przeinaczonych scen, ot drobiazgi. To jest wypaczenie postaci i zdarzeń tak, że ci z książki i ci z filmu diametralnie się różnią. Choć na pozór przecież dostajemy to co w książce- rodzeństwo zamknięte na poddaszu, które po kilku tragicznych wydarzeniach w końcu ucieka. Jednak to co dzieje się pomiędzy nimi, to jak są przedstawieni poprzez ich czyny, sprawia, że otrzymujemy historię całkiem innych ludzi. No właśnie- to historia innych ludzi i to mnie denerwowało.
Dodatkowo to jak wypaczona została postać babci zasługuje na jakąś karę... No i jej relacja z Corinne. Wszystko wyszło zarazem dziwne i śmieszne, przynajmniej z perspektywy kogoś kto czytał książkę.

        Film mną niestety nie wstrząsnął, oczywiście trudno o wstrząs jeśli zna się całą historię, po prostu jakoś żadna ze scen nawet nie zapadła mi w pamięci. Jednak zabrakło mi czegoś, być może dobrej gry aktorskiej, która jakoś uwydatniłaby co przeżywały dzieci. Nie widziałam między dziećmi żadnej relacji, a przecież w książce tyle tego było: Chris i Cathy jako rodzice dla Corriego i Carry, powstające między nimi napięcie, ich wzajemna miłość.
        Na dodatek rozczarowała mnie rezydencja Foxworth Hall. Była zdecydowanie za mała! Oczywiście większa od zwykłego domu, ale jedynie odrobinę. To sprawiło, że historia wydała się mniej wiarygodna, bo jak dzieci mogłyby bawić się na poddaszu, tańczyć, skakać, słuchać muzyki i być niezauważone, jeśli dom byłby tak mały?
Jeszcze wspomnę o zabawnej kwestii- w filmie naprawiają błąd Andrews, który pojawia się w drugiej części :) Powiem tylko, że chodzi o historię z kluczem.
        Jeśli zastanawiacie się czy warto obejrzeć ten film to raczej odradzam. Najlepiej albo przeczytać książkę, albo darować sobie tę historię.

czas trwania: 1 godz. 33 min.
premiera świat: listopad 1987







       Z jakiegoś powodu pomyślałam, że może pierwsza ekranizacja Kwiatów na poddaszu będzie lepsza. Jak ja się myliłam!
W filmie z 2014 roku były niezgodności, ale tu to już naprawdę zupełnie inna historia. Nawet zakończenie. W sumie nie dziwię się, że zrobili nowy film. Ten stary to zamknięta historia, nie ma części drugiej i nie będzie.
       Generalnie historia może by mi się spodobała, ale widać, że to stary film. Dziwna muzyka, naprawdę dziwna i jakby "odstająca", nie pasowała do filmu, nie stapiała się
z obrazem. Gra aktorska też taka sobie, zwłaszcza głównej bohaterki. Sceny kiedy krzyczała były komiczne.
Jeden plus! Rezydencja Foxworth Hall zdecydowanie taka jak ją sobie wyobrażałam. Nie dom, a rezydencja.
       Względem książki historia została mocno okrojona, wiele wydarzeń pominięto. Na dodatek należy pamiętać, że w 1,5 godziny zmieścili nie tylko książkę, ale dodatkowe i zakończenie całej historii.
       Starszej wersji zdecydowanie nie polecam.

23 września 2016

Krótko i na temat (11) || Jansson, Fielding

Córka rzeźbiarza Tove Jansson
tytuł oryginału: Bildhuggarens dotter
tłumaczenie: Teresa Chłapowska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 1999
data wydania oryginału: 1968
liczba stron: 160
opis:
"Tove Jansson nigdy nie napisała klasycznej autobiografii, choć przez całe życie tworzyła autoportrety – w książkach, listach, ilustracjach i obrazach. W 1959 roku, rok po śmierci ukochanego ojca, Victora Janssona, stworzyła kilka krótkich tekstów opowiadających o dziecku i rodzicach artystach. Jesienią 1967 roku pisała w liście do przyjaciółki: „teraz nie piszę już dla dzieci, ale o pewnym dziecku – dla dorosłych. Ciężko jest i ekscytująco bez pomocy Doliny Muminków”.
W "Córce rzeźbiarza" Tove Jansson nie kryła już historii rodzinnych pod płaszczem muminkowej metafory, nie wymyślała imion dla swoich bohaterów. Opowiadała o zabawach, przygodach, o domu, a przede wszystkim o wspaniałej rodzinie i miłości, bez których z pewnością niełatwo byłoby jej stać się jedną z najwybitniejszych artystek XX wieku.
"

        Kiedy wypożyczałam Córkę rzeźbiarza z biblioteki myślałam sobie "kto normalny zaczyna czytać książki jakiegoś autora od autobiografii??". Bo wydawało mi się, że to autobiografia. I tak, nie czytałam muminków! Mam je
w planach, jednak na razie są to tylko plany.
        Co do samej Córki to okazało się, że nie jest to autobiografia. To raczej zbiór wspomnień autorki (jeśli wierzyć opisowi na okładce). Opowiada ona o swoim ojcu, matce, miejscu w którym spędzała wakacje. Córka rzeźbiarza pisana jest z perspektywy dziewczynki, więc są tu elementy "fantastyczne" (nie wiem jak to inaczej napisać...) Ten zbiór jest taki ciepły, taki przyjemny, dzięki jego lekturze czułam jakbym sama wróciła do czasów dzieciństwa, jakbym znalazła się w jakimś mięciutkim, ciepłym i przyjemnym miejscu.
        Ale... Mimo, że jest to przyjemna lektura to dla mnie było to jedynie czytadełko, ot około 150 stron lekkiej rozrywki, której nikomu jakoś szczególnie nie polecę. Jedynie fanom Tove, a reszta może sobie darować, jeśli jej nie znajdzie w bibliotece.



Dziennik Bridget Jones Helen Fielding
tytuł oryginału: Bridget Jones' Diary
tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska
data wydania: 1998 
data wydania oryginału: 1996
liczba stron: 240
opis:
"Fenomenalna satyra na stosunki międzyludzkie we współczesnych miastach? Ironiczny i tragiczny opis upadku rodziny nuklearnej? A może bezsensowne bredzenie wstawionej trzydziestoparolatki?"







        Dziennik Bridget Jones zapewne zna większość z was jako film. Oczywiście wiecie pewnie też, że istnieje książka. Kto czytał? Czy warto nadrobić?
        To trudne pytanie. Bo z jednej strony jest to lekka książka, którą przyjemnie i szybko się czyta. Króciutka, idealny przerywnik czy zapychacz- w końcu 52 książki same się nie przeczytają! To oczywiście żart. Może są ludzie, którzy czytają tylko ważne i poważne książki, ale ja lubię czasem pochłonąć czytadełko. A z drugiej strony jeśli ktoś oglądał ekranizację to niewiele nowego znajdzie w książce.
        Więc jak to jest... Powiem po prostu jakie były moje wrażenia. Choć historię znałam i znowuż nie tak bardzo różni się od filmu to całkiem przyjemnie się czytało. Troszeczkę lepiej można poznać Bridget w książce, choć nie odmówię Rene Zellweger tego, że bardzo dobrze zagrała w filmie i pokazała charakter głównej bohaterki. Inna jest postać jej matki. Więcej się dzieje, no i trochę inaczej, bo film więcej upraszcza. Chociaż ciut mniej przekonał mnie wątek Marka w książce, no i Bridget nie biegła za nim w majtkach po zaśnieżonej ulicy... :( ;P
        Summa summarum nie żałuję i chyba przeczytam kolejny tom w oryginale.

20 września 2016

"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen i "Pożegnanie z Afryką" Sydney Pollack

tytuł oryginału: Out of Africa
tłumaczenie: Józef Giebułtowicz
czas trwania: ok. 12 godz.

czyta: Hanna Maria Giza
data wydania oryginału: 1937
opis:
"Powieść autobiograficzna, jedna z najpiękniejszych książek o Afryce, z wyczuciem wydobywająca różnice między kulturą a przyrodą, obalająca obiegowe opinie i mity o prymitywizmie mieszkańców Czarnego Lądu." 








 
        Mam jakiegoś pecha do książek o Afryce. W zasadzie pierwszą książką o Czarnym Lądzie, która wpadła mi
w łapki była Biała masajka Corinne Hofmann. Strzeżcie się! I nie tykajcie nawet kijem. A już od jej drugiej książki uciekajcie z wrzaskiem...
Długo miałam przerwę, aż teraz trafiłam na Pożegnanie z Afryką. Coś co kojarzyło mi się z klasyką, bo kiedy mówi się o książkach o Afryce, każdy ją wspomina, więc jak mogłam się nie skusić?

        Nie spodobał mi się przede wszystkim sposób prowadzenia narracji, a poza tym niektóre przemyślenia Blixen. Momentami jedyne co przychodziło mi do głowy to co ty pierdolisz!? Poważnie... Czasem jak dla mnie brzmiała poetycko, a czasem było to takie nudne i mdłe, że myślałam tylko no skończ już, skończ. Jak jej wyszło.
 Poza tym miałam wrażenie, że pokazywała niekiedy swoją hipokryzję, krytykowała coś, ale sama zachowywała się podobnie. Cóż, nie da się ukryć, że jeśli nie polubiło się autora jako osoby, a on pokazuje w swoich książkach siebie to miłości z tego nie będzie.
        Co do narracji to już mniej personalny zarzut i to jest głównie powód, dla którego nie będę polecała Pożegnania. Otóż, pani Blixen zaczynała rozdział, zaczynała opowieść o czymś... po czym urywała i opowiadała o czymś innym tak długo, że zdążyłam zapomnieć o czym była mowa na początku i na czym skończyła, tak że kiedy wracała do przerwanego wątku byłam zdezorientowana. To jest spory minus, nie każdy potrafi tak czytać, nie każdemu się to spodoba, ja dodatkowo słuchałam tej powieści w formie audiobooka, więc miałam dodatkowe trudności.

        Co do samej treści. Autorka opowiada o Somalijczykach, Masajach, Kikujusach. Opowiada o zwierzętach- wątek, który chyba ma wzbudzić litość i przysporzyć fanów wśród wrażliwszej części czytelników. Mówi też
o krajobrazie, o swoim życiu na farmie. Poświęca więcej stron na opisanie upadku farmy niż jej początku, ale to
w końcu pożegnanie.
Generalnie to taka zbieranina opowieści o różnych osobach. Nie można odmówić pani Blixen, że poczyniła wiele obserwacji na temat ludzi żyjących w Afryce. Trochę nam przybliża ich mentalność, różnice pomiędzy Europejczykami a Afrykanami, ocenia co na jakim kontynencie jest lepsze.

        Nie żałuję jakoś szczególnie poświęconego jej czasu, ale nie zachwyciła mnie. Zwłaszcza, że trafiłam na bardzo słaby audiobook. Plusem było to, że lektorką była chyba starsza osoba, więc czułam się jakbym słuchała opowieści starej pani Blixen wspominającej swoją młodość. Poza tym jednak ta kobieta czytała dość monotonnie, było słychać głooośne wdechy na początku kolejnych rozdziałów- to mnie bardzo irytowało z jakiegoś powodu,
a nawet jedno czy dwa potknięcia... Mogli poświęcić trochę czasu i pieniędzy na jakąś korektę, przyjemniej by się słuchało.


Czas trwania: 2 godz. 30 min.
Premiera świat: grudzień 1985
Premiera Polska: grudzień 1990

 
        Musiałam oczywiście obejrzeć także film. Szczerze mówiąc oczekiwałam, że będzie lepszy od książki. Jednak totalnie nie mogłam się na nim skupić... Nie wiem czy to wina moja, czy filmu, ale ledwie go dokończyłam, mimo że jest zupełnie różny od historii przedstawionej w Pożegnaniu z Afryką Blixen, więc powinien mnie zaciekawić.

        W sumie to w tym filmie za mało akcji, jest trochę scen bez znaczenia oraz brak mu płynności. Na dodatek to stary film i to niestety widać. Główny wątek go zdominował i nie pozwolił jak widać na skupienie się na przedstawieniu na przykład kultury Kikujusów. A tym wątkiem jest romans... Tak, ten film to romans i oglądając go nie dowiecie się nic o obserwacjach Blixen na temat Afryki i jej mieszkańców.

        Na plus za to są ładne krajobrazy oraz to że możemy się czegoś więcej dowiedzieć o Karen Blixen bez czytania innych jej powieści. O jej mężu, o relacji z Denisem, która w książce była nieco inaczej przedstawiona.
Co do gry aktorskiej czy muzyki to nie mam nic do zarzucenia, ale też nie jest to nic specjalnego. Nie usłyszałam niczego przykuwającego uwagę ani szczególnie przyjemnego dla ucha, aktorzy mnie nie urzekli, a Meryl Streep wręcz troszkę irytowała, jednak nie można jej odmówić, że dobrze przedstawiła przemianę Karen.

         W sumie to filmu nie polecam, może on zainteresować jedynie osoby, które lubią oglądać romanse, jednak jako taki też wypada blado.
Moje wrażenia z filmu muszą być w sumie zabawne, bowiem film dostał 7 Oscarów [za najlepszy film (1986), najlepszego reżysera, scenariusz, zdjęcia, scenografię muzykę i dźwięk], 4 Złote Globy [najlepszy aktor, najlepszy aktor drugoplanowy, muzyka], a także kilka innych nagród i nominacji. Doceniam scenografię, ale reszta moim zdaniem jest nieszczególna.