Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. polska. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia 2016

Krótko i na temat (12) || Riordan, Riordan, Myśliwski

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Morze Potworów Rick Riordan
tytuł oryginału: The Sea of Monsters
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2009
data wydania oryginału: 2006
liczba stron: 280
opis:
"W porywającym, dowcipnym i cieszącym się ogromną popularnością dalszym ciągu opowieści rozpoczętej w Złodzieju pioruna Percy wraz z przyjaciółmi musi udać się w rejs po Morzu Potworów, aby ocalić obóz. Najpierw jednak odkryje szokującą rodzinną tajemnicę, która każe mu się zastanowić, czy to, że Posejdon uznał go za syna, jest zaszczytem czy okrutnym żartem. Siódma klasa była dla Percy’ego Jacksona wyjątkowo spokojna. Żaden potwór nie przedostał się na teren jego nowojorskiej szkoły. Ale kiedy niewinna gra w zbijanego z kolegami z klasy zmienia się w śmiertelną rozgrywkę 
z brutalną bandą olbrzymów-ludożerców… sprawy przyjmują paskudny obrót. Niespodziewana wizyta Annabeth, przyjaciółki Percy’ego, oznacza kolejne złe wieści: magiczna granica broniąca Obozu Herosów została zniszczona przez truciznę podrzuconą przez tajemniczego wroga. Jeśli lekarstwo nie znajdzie się na czas, jedyna bezpieczna przystań dla herosów przestanie istnieć."

        W recenzji pierwszej książki z serii (do przeczytania tutaj) wspominałam, że Percy przypominał mi Harry'ego. Chyba ogarnęła mnie poterrmania, bo znów miałam skojarzenie z HP! Tym razem Annabeth przypominała mi Hermionę. Z tym, że Hermiona zawsze miała odpowiednią książkę, zaś Annabeth odpowiedni przedmiot.
        Seria Riordana nadal mi się podoba, mimo że są to typowe książki dla dzieci, ewentualnie młodszych nastolatków. Tym razem jednak nie odczułam aż tak mocno przewidywalności. Choć w niektórych sytuacjach oczywiście połapałam się znacznie szybciej niż Percy, bo mam podstawową znajomość mitologii (dziwi mnie, że np. na pewnej wyspie-kurorcie Annabeth dała się zrobić w balona, skoro jest taka inteligentna...). Jednak na przykład zaskoczyła mnie końcówka. Szczerze powiem, że druga część wypada znacznie lepiej na tle Złodzieja pioruna. Była po prostu ciekawsza.
        Nadzieja jaką wyraziłam w ostatnim akapicie mojego poprzedniego tekstu o serii Percy Jackson i bogowie olimpijscy na szczęście nie okazała się płonna- Morze Potworów nie było aż tak przewidywalne jak poprzednia książka. Mogę mieć zatem nadzieję (kolejny raz :) ), że następne części będą już tylko lepsze i jak najszybciej sięgnę po tom trzeci, czyli Klątwę Tytana.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Klątwa Tytana Rick Riordan
tytuł oryginału: The Titan's Curse
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2010
data wydania oryginału: 2007
liczba stron: 280
opis:
"Kiedy Percy Jackson dostaje od swojego najlepszego kumpla Grovera pilną wiadomość z prośbą 
o pomoc, natychmiast przygotowuje się do walki. Przyjaciele ruszają na ratunek i odkrywają, że Grover spotkał kogoś wyjątkowego: dwoje potężnych dzieci półkrwi o nieznanym pochodzeniu. Ale to nie wszystko, co ich czeka. Król tytanów Kronos uknuł najbardziej podstępny ze swoich planów, a młodzi herosi mają być jego ofiarami.Nie tylko oni są w niebezpieczeństwie. Przebudził się starożytny potwór zdolny zniszczyć Olimp, a Artemida, jedyna bogini, która potrafi go wytropić, zaginęła. Percy 
i przyjaciele wraz z Łowczyniami Artemidy mają tylko tydzień, żeby odnaleźć porwaną boginię 
i rozwiązać tajemnicę potwora, na którego polowała. A po drodze będą się musieli zmierzyć 
z najniebezpieczniejszym wyzwaniem: mrożącą krew w żyłach klątwą tytana."

        Kolejna część nareszcie przedstawia przyzwoity poziom! Mimo, że poprzednie dwie mi się spodobały to była to raczej sympatia z przymrużeniem oka na większość wad. Tutaj natomiast nie musiałam tego robić.
        Podczas czytania tej części znalazłam nową przyjaciółkę, dałam się całkowicie zaskoczyć Riordanowi, a także przeżyłam na sam koniec szok i stratę.Więcej nie zdradzę, nie chcę spoilerować. Niech fani serii przekonają się sami :)
        Często kolejne części cyklu, a środkowe zwłaszcza, są jednymi z najgorszych. Tutaj jednak tak nie jest, jak na razie obserwuję tendencję zwyżkową- im dalej tym lepiej! Sięgnę więc jak najszybciej po kolejną część!

Pałac Wiesław Myśliwski
data wydania: 1998
data pierwszego wydania: 1970
liczba stron: 288
opis: 
"Świt drugiej wojny światowej. Do wioski zbliża się front. Jakub, pasterz, jest świadkiem ucieczki państwa z miejscowego dworu. Kiedy kierowany ciekawością, przekracza próg pałacu, zagłębia się
w świat arystokracji - na poły realny, na poły utkany z fantazji. Przemierza puste korytarze i zasiada 

w fotelach, wcielając się w rolę arystokraty. Wizje przodków i wyobrażenia o innym życiu przenikają go zwolna, zmieniając jego świadomość. Jakub staje się swoim własnym panem.
Wiesław Myśliwski za pomocą żywego monologu bohatera ukazuje pełną napięć dynamikę ludzkiej świadomości. Jakub wciela się w role, zakłada maski wybierane z rekwizytorium rzeczywistości, w której żyje. Myśl i język pozbawione barier, świat bez granic społecznych - oto pełna wewnętrznej siły pisarska wizja na miarę epoki.
"




        Pióro Wiesława Myśliwskiego poznałam od najlepszej jego książki (jak do tej pory). Niestety kolejne nie zawsze były tak dobre. Na przykład nie podobał mi się Nagi sad, za to Kamień na kamieniu uważam za bardzo ciekawą książkę.
        Pałac to "historia pewnego dworu". Na początku jesteśmy świadkami ucieczki jaśnie państwa z dworu- wybuchła wojna. Jednak narrator jest trochę zdezorientowany, nie wie gdzie ta wojna jest, usłyszał tylko jeden strzał, potem powstał chaos, a w końcu został sam pośród ciszy. Narratorem jest mężczyzna, który pracował we dworze. Ów narrator wchodzi do tytułowego pałacu, a wtedy... Książkę opanowują zjawy, jesteśmy jakby w głowach kolejnych jaśnie panów. Bardzo prawdopodobne, że to tylko wyobrażenia owego pasterza, a może to faktycznie oni, a może...
i to, i to. Książka, którą można interpretować na różne sposoby.
        Muszę przyznać, że Pałac był dla mnie po prostu NUDNY. Lubię wywody Myśliwskiego, ale ta książka składa się z samych takich wywodów, w dodatku w wykonaniu niezbyt przyjemnych typów. Forma jest faktycznie ciężkostrawna- poważnie to same monologi. Nie ma tu jako tako opisów. I chociaż akurat podoba mi się sam pomysł, uważam że jest ciekawy, to niestety wykonanie już nie.
        Było kilka ciekawych momentów, ale to zdecydowanie za mało. Pałac uważam za najsłabszą książkę uwielbianego przeze mnie pisarza i nie będę polecać. 

19 sierpnia 2016

"Ragnarok 1940, tom I" Marcin Mortka

data wydania: 2007 
liczba stron: 405
opis:
"Wikingowie, jak przed wiekami, znów lądują na angielskim wybrzeżu. Znów sieją śmierć i pożogę. Jeremy Baldwin –, dociekliwy dziennikarz, a zarazem wrażliwy artysta malarz –, wbrew własnej woli został agentem wywiadu. Sądząc, że nic nie mogło bardziej zrujnować mu życia, bardzo się pomylił... Właśnie wybucha wojna, na którą nikt nie był przygotowany. Nieunikniony konflikt pogańskiego żywiołu Normanów i chrześcijańskiego Zachodu wstrząsa Europą, przerastając nawet koszmar tak niedawno zakończonej wojny światowej. Ale tym razem chodzi nie tylko o nowy podział świata. Przeciwnik musi zostać całkowicie zniszczony. Oręż i podstęp, ludzie i ich bogowie –, zbliża się finał operacji Ragnarok."








        Jest rok 1940, a nordyccy bogowie pomagają swym ludom zdobyć władzę nad światem... wait, what!!!?
Tym jednym zdaniem można streścić pomysł na książkę Marcina Mortki, na tym opiera się pomysł Ragnaroku. Co jak co, ale pomysł jest naprawdę ciekawy. A wykonanie?

        Wykonanie, moim zdaniem oczywiście, po prostu leży. Zacznijmy od tego, że akcja początkowo wydaje się skupiać na czymś zupełnie innym i znacznie odbiega od tego czego można się spodziewać. To ostatnie w sumie jest plusem, bo Mortka daje coś świeższego czytelnikom, którzy powoli dają się ponieść fali książek z mitologią w tle. Jednak koniec końców to powieść sensacyjna, ciągła ucieczka przed zabójcami, gierki polityczne- już od dawna mnie to nie kręci i nie sięgam po takie książki.
Drugą kwestią jest styl autora. Sposób prowadzenia akcji mnie zanudził, na dodatek widziałam tam sprzeczności, kilka spisałam. Może wy też je zobaczycie, a może widzę je tylko ja...

"Jeremy Baldwin wykonywał niebezpieczny zawód, lecz mimo to był całkowicie pozbawiony owego legendarnego szóstego zmysłu cechującego awanturników, odkrywców czy żołnierzy i nigdy nie potrafił wyczuć, iż grozi mu niebezpieczeństwo" strona 163
"O dziwo, obudził się w nim niepokój. (...) Wrażenie niepokoju narastało, stawało się coraz bardziej dokuczliwe." strona 209 Tak, oczywiście, postać może się zmieniać. Tak, oczywiście, to było bardzo na rękę autorowi.
Na stronie 182 czytamy: zasłonił sobie uszy i ze wszystkich sił skupił myśli na ciemnych, mętnych kształtach "Kresu" [to jego obraz], wśród których krył się jego utęskniony spokój.
Zaś na następnej: Jeremy wolno uniósł głowę, otrząsając się z nieprzyjemnych, oblepiających go wizji, jakie przyniosło wspomnienie "Kresu".
Do tego takie "smaczki" jak to zdanie: Biegnąc, ocierała łzy z oczu, rozmazując przy tym tusz na skroniach i rzęsach (str. 206). Być może to oczywiste, ale przez chwilę zastanawiałam się czy malowała skronie tuszem, w sumie często nosiła demoniczny makijaż (str. 205).

        Gdzieś w okolicach tej strony, czyli połowy, przestałam czytać Ragnarok 1940 uważnie, było na szybko, byle do końca. I wcale nie żałuję, bo tam dalej wiele się nie działo. To znaczy, może gdyby książka mnie wciągnęła to napisałabym inaczej, jednak autor niczym mnie nie zaskoczył i nie było żadnego wyraźnego zakończenia, przynajmniej tych wątków, które mnie zainteresowały. Jest oczywiście druga część i tam na pewno jest to zakończenie.

        Ragnarok 1940 przeczytałam tylko dlatego, że ktoś na facebookowej grupie napisał, że to "kawał dobrej fantastyki". Nie wiem co miał na myśli :( Fantastyki tam tyle co nic, gdzieś tam są nordyccy bogowie, ale to jakby jedynie przykrywka dla alternatywnej historii świata, w której to północne kraje brały znaczący udział we wszystkich wojnach. Jeśli miałabym ją komuś polecić to tylko wielkim fanom powieści sensacyjnych z polityczną intrygą, aczkolwiek to dla tych mało wymagających czytelników (a piszę to tylko dlatego, bo na LC ma aż 6 gwiazdek! więc komuś się widać spodobała).

        Jeśli skusił was opis to muszę was rozczarować. To co obiecuje pojawia się dopiero na końcu, nie wiem czy tom II jest lepszy, ale przewiduję, że nie, zresztą nie mam zamiaru skazywać się na tą męczarnię.
Nawet nie chcę wypisywać wszystkiego co mi się nie podobało, nawet nie stać mnie na rzetelną opinię- chcę to jak najszybciej wymazać z pamięci.

😩


09 sierpnia 2016

"Czytanie z kości" Jakub Szamałek

data wydania: 2015
liczba stron: 360
opis:
"Veii, 421 r. p.n.e. Leochares podejmuje się ostatniego zadania: ma odkryć, kto stoi za zabójstwem etruskiego króla. Nic jednak nie idzie tak, jak powinno. Wspólnik mordercy woli zginąć, niż pomóc w śledztwie, a główny świadek o włos unika śmierci w zamachu.
Londyn, 2015 n.e. Inga Szczęsna, młoda archeolożka, przygotowuje prezentację na konferencję naukową. Niespodziewanie odkrywa tajemnicę, do której kluczem są liczące ponad dwa tysiące lat kości.
Dwie zbrodnie, dwa śledztwa. Pierwsze toczy się w starożytności, drugie – w dzisiejszych Włoszech. Zabójca jest jeden. I tylko czytelnik może go zdemaskować.
"







        Jakub Szamałek zadebiutował na polskim rynku wydawniczym trylogią o Leocharesie, antycznym detektywie.
I muszę przyznać, że był to świetny debiut. A dzisiejszy dzień jest bardzo smutny, ponieważ skończyłam czytać ostatni tom.

        Wydawałoby się, że kiedy Leochares i Lamia znaleźli się w Tarencie ich kłopoty się skończyły. Wylądowali przecież na drugim końcu świata, w miejscu całkiem nieznanym, pozostawili za sobą wszystkich znajomych, ponownie zaczęli od nowa. Cóż, jeśli ktoś czytał dwa poprzednie tomy nie będzie się oszukiwał- Leochares to nie jest człowiek zdolny do prowadzenia normalnego życia.
I tak po raz kolejny kłopoty odnajdują Leocharesa. Nawet w Tarencie.

        Ten tom autor urozmaicił pewnym szczególnym elementem- akcja powieści toczy się nie tylko w Veii w 421 roku p. n. e.! Tym razem Szamałek opisuje także czasy współczesne, dzięki postaci Ingi, młodej archeolożki, która poniekąd zajmuje się tą samą sprawą co Leochares... Brzmi intrygująco? Fani tej trylogii nie zawiodą się!

        Zanim napiszę coś o Czytaniu z kości wspomnę o czymś co dotyczy całej trylogii (w zasadzie oficjalnie nie jest to nazwane trylogią, ale... na to wychodzi ;)). Mianowicie chodzi o małżeństwo Lamii i Leocharesa. Książki Szamałka pod tym względem są skonstruowane dość specyficznie. W Kiedy Atena odwraca wzrok współczułam Leocharesowi, bo wszystko opisywane było z jego punktu widzenia, później w Morzu Niegościnnym Lamii. Teraz znów #teamLeo. Jakub Szamałek pokazuje w tych trzech powieściach jak wygląda prawdziwe małżeństwo, że zawsze są dwie strony medalu, że oboje mają swoje racje. Lamia i Leochares się nie dogadują, cierpią przez to oboje. To wszystko zmusza do refleksji i jest to bardzo ciekawy zabieg.

        Co do samej zagadki... No nieźle! Zwłaszcza jeśli chodzi o końcówkę. Nieładnie Panie Szamałek, nieładnie. Zostawić czytelników z czymś takim! Gdzieś tak od połowy książki domyśliłam się pewnych rzeczy, ale najlepsze jest to, że nadal nie mam 100% pewności.
Autor dobrze wykorzystał też wątek Ingi. Obie narracje przerywane są w takich momentach, że nie sposób się od książki oderwać, ma się wrażenie uciekającego czasu, mimo, że przecież Ingi nikt nie goni. Chociaż wątek Ingi mi się z początku nie podobał, był dość dołujący. Jednak później przyszło zainteresowanie jej "sprawą', a na końcu wszystko i tak obraca się o 180 stopni. Więc summa summarum nie narzekam.

        Nie będę polecać pojedynczego tomu, bo to nie jest cykl, który można czytać wyrywkowo, a przynajmniej ja to odradzam. Za to z całego serca polecam wszystkie trzy książki!

06 lipca 2016

"Kamień na kamieniu" Wiesław Myśliwski

data wydania: 1986
data pierwszego wydania: 1984
liczba stron: 368
opis:
"„Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego zanim jeszcze pojawił się na półkach księgarskich, stał się już wydarzeniem literackim. Henryk Bereza pisał o tej powieści: „Jest, jak każde arcydzieło, przede wszystkim wielką tajemnica sztuki, czymś niepojętym, co zdaje się do nas przychodzić z innego wymiaru”, a także: „Myśliwski, wypełniając wielowiekowe puste miejsce w polskiej literaturze, bierze na siebie cały ciężar odwiecznych epickich zobowiązań artystycznych, (...) spełnia epicką powinność wobec chyba jednego z ostatnich układów świata o cechach niepowtarzalności i samowystarczalnej pełni”.
Powieść zdobyła również wielkie uznanie wśród czytelników, czego dowodem były m.in. tytuły: książki roku 1984 w plebiscycie księgarni „Współcześni” i „Dziennika Wieczornego” w Bydgoszczy oraz książki dziesięciolecia 1975-1985 w plebiscycie „Tygodnika Kulturalnego”. Wartość i znaczenie powieści potwierdziły przyznane jej nagrody: Funduszu Literatury, Stowarzyszenia Księgarzy Polskich, Ministra Obrony Narodowej I stopnia, Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, Klubu Kultury Chłopskiej. Obecnie „Kamień na kamieniu” tłumaczony jest na kilka języków (francuski, rosyjski, estoński, czeski, słowacki, bułgarski, rumuński, niemiecki).
"

        Wiesław Myśliwski to urodzony gawędziarz. W zasadzie wszystkie jego książki, które czytałam to były gawędy. Choć na razie nie czytałam wiele, zaledwie cudowny Traktat o łuskaniu fasoli, taki sobie Nagi sad, a teraz jeszcze Kamień na kamieniu. Właśnie ta, o której chciałabym dziś porozmawiać jest gdzieś pośrodku- nie podobała mi się tak jak pierwsza, ale nie była tak zła jak Nagi sad.

        Ciężko streścić fabułę tej książki. Bo w zasadzie jest to książka bez fabuły samej w sobie. Narratorem tej (o)powieści jest Szymon Pietruszka, prosty człowiek, całe życie mieszkający na wsi. Kiedy snuje swoją opowieść jest już w średnim wieku i ma naprawdę wiele do opowiedzenia...
O czym mówi? O życiu na wsi, swojej rodzinie, ale także o partyzantce oraz czasach po drugiej wojnie światowej, czyli początku komunizmu. O tym komunizmie w zasadzie niewiele jest napisane, pewnie przez cenzurę. Choć i to, że została wydana w tamtych czasach mnie dziwi, bo dużo w niej o Bogu- stałym elemencie krajobrazu polskiej wsi.
-Co by wam tu dać, moi złoci ludkowie?- powiada (Bóg). - Wszystkom porozdawał. (...) Dam wam trochę cierpliwości mojej. Weźmijcie ją sobie, a wszystko przetrzymacie. Bo cierpliwość będzie człowiekowi potrzebniejsza niż bogactwa.
        Kamień na kamieniu ani mnie nie zachwycił, ani nie było tak, że nie podobał się czy męczyła mnie jego lektura. Na pewno wiele zostanie mi w głowie z jego lektury i nawet zastanawiałam się czy nie sięgać od czasu do czasu po książki o wsi. W końcu sama pochodzę ze wsi i zawsze będę mieć do niej sentyment.
Mimo wszystko momentami bardzo się wczułam w te szymonowe opowieści, zwłaszcza przeżywałam jego powrót ze szpitala i to podwójnie, bo nie tylko ze względu na stan jego domu, ale i Michała.

        Książka Myśliwskiego to skarbnica wiedzy o dawnych zwyczajach, a także o partyzantce. Choć nie wiem na ile można wierzyć w to co jest napisane. Podczas lektury miałam jednak wrażenie, że Myśliwski pozbierał wszystkie opowieści jakie kiedykolwiek słyszał od ludzi i zawarł je w tej jednej książce. Myślę, że Kamień na kamieniu powinien być lekturą szkolną, bowiem jest to panorama wsi polskiej, warto ją przeczytać, aby zrozumieć mentalność chłopów, zrozumieć jacy to są ludzie i dlaczego postępują tak a nie inaczej. Swoją drogą chyba w niektórych szkołach już jest.
Tylko musisz wiedzieć, że z chłopską duszą, gdybyś nawet miał sto (hektarów), to i tak będziesz jadł żur z kartoflami i na płachcie spał. Bo ci będzie wszystkiego szkoda. Wszystkiego, prócz siebie.(...)
A chłopska dusza nie lubi rachować, lubi tylko cierpieć. Tylko po co cierpieć, kiedy lepiej się na rachowaniu wychodzi. Przyzwyczaiła się, że cierpieć to jej przeznaczenie.
W moim przypadku to również skarbnica cytatów :)
Można powiększyć ;)
 A także scen. Bo Myśliwski pisze bardzo plastycznie, tak, że długo po lekturze będziemy pamiętać niektóre fragmenty.

        Narrator, Szymon, jest bardzo bystrym i wnikliwym obserwatorem, potrafi robić co trzeba i mówić to co ludzie chcą usłyszeć. Odniosłam jednak wrażenie, że nie we wszystko wierzy, nawet jeśli mówi coś z przekonaniem. Niby prosty człowiek, niby pijak, awanturnik i uwodziciel, ale wie co trąca banałem, wie też co w życiu ważne.
Momentami Szymon (tak jak niektórzy z jego wsi) jest taki staroświecki, nie idzie z duchem czasu, żyje przeszłością. Ale jednocześnie miałam wrażenie, że widzi on więcej niż zwykli ludzie. Może dlatego, że patrzył przez pryzmat swoich przeżyć, a było ich doprawdy niemało.

        Książka mnie nie zachwyciła, ale spodobała, a lektura nie męczyła, ale momentami była ciężkawa- to w końcu ponad 360 stron monologu, gwarą... Nie poleciłabym jej każdemu. To nie jest typowa powieść, nie jest do pochłonięcia. Nad nią się trzeba zatrzymać i zastanowić, pomyśleć. A niestety nie każdy tak potrafi...
A ja tymczasem pozastanawiam się co z tym Michałem się stało (bo bardzo to frapujące!), choć jeden trop mam. Jeśli ktoś czytał i ma jakiś pomysł to chętnie podyskutuję!

23 czerwca 2016

"Cień gejszy" Anna Klejzerowicz

data wydania: 2011
liczba stron: 252
opis:
"Miłość, sztuka, pieniądze i śmierć splatają się w fascynującą fabułę powieści Anny Klejzerowicz.Spokojne życie znanego gdańskiego dziennikarza – Emila Żądło – zostaje zakłócone: okazuje się, że ktoś podszywa się pod niego na licznych forach internetowych. Zostawiane komentarze dotyczą zagadkowych japońskich drzeworytów. Zaintrygowany sprawą Żądło rozpoczyna prywatne śledztwo.

Choć akcja powieści rozgrywa się w dzisiejszym Gdańsku, czuć w niej niewątpliwie powiew Dalekiego Wschodu. Jaki związek z morderstwami popełnianymi w polskim mieście ma historia drzeworytów? Dziennikarz, w towarzystwie swojej ukochanej Marty, próbuje rozwiązać tajemnicę, której korzenie sięgają Japonii początków XX wieku. Oboje odkrywają przy tym piękną, ale burzliwą historię miłosną, której echo wciąż pobrzmiewa, mimo upływu lat…

„Cień gejszy” w fascynujący sposób wiedzie nas przez historię i współczesność, odkrywając sekrety miłości i sztuki. Powieść trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, przez co zainteresuje zarówno miłośników kryminałów, jak i romantycznych historii.
"

        Anna Klejzerowicz to pisarka pochodząca z Gdańska, tam też toczy się akcja jej powieści. Cień gejszy to drugi tom cyklu o Emilu Żądło, dziennikarzu z tegoż miasta. Jak na razie cykl liczy sobie 3 książki, a w tym roku wydana zostanie kolejna.

Ta okładka Cienia gejszy bardzo mi się podoba, jednak ta która pasuje do cyklu też jest bardzo ładna, najładniejsza ze wszystkich.

        W Gdańsku dochodzi do morderstwa wykładowcy. Następnie umiera jego kochanek, który tuż przed śmiercią stara się nawiązać kontakt z naszym bohaterem- Emilem. W jakiś sposób z obecnymi wydarzeniami powiązane są japońskie drzeworyty pochodzące z 1905 roku. Nikt nie wie dlaczego mordercom tak na nich zależy, wydają się takie niepozorne...

        Wątek kryminalny sam w sobie może nie jest zbyt wyrafinowany, nie jest jakoś szczególnie poprowadzony, ale autorka utrzymała praktycznie przez cały czas moje zainteresowanie. Historia drzeworytów zawładnęła moim umysłem. Ponadto zawiera w sobie ziarno prawdy, co bardzo sobie cenię. Anna Klejzerowicz na końcu książki pokrótce odmalowała rys historyczny, dzięki czemu wiemy co jest fikcją, a co wydarzyło się naprawdę.
 

        Bohaterowie są dość płascy i ciężko ich poznać czy polubić. Z początku myślałam, że to dlatego iż czytam książkę ze środka cyklu. Jednak doszłam do wniosku, iż to głównie przez to, że akcja była opisywana jedynie kiedy "śledztwo" ruszyło do przodu, nie mieliśmy jako tako wglądu w ich życie prywatne. Dodatkowo byli jakby opisywani
z rezerwą. Autorka skupiła się praktycznie tylko na akcji i wyglądzie postaci, mało jest scen z życia prywatnego.

        Myślę, że warto ją przeczytać, zwłaszcza że to krótka książka, którą bardzo szybko się pochłania. Doskonały przerywnik pomiędzy bardziej wymagającymi lekturami. Ciekawa historia maskuje wspominane niedoskonałości. Ogólnie jest to prosta książka z nutką "egzotyki" i tajemnicy, które dodają jej smaku. Na pewno będę dobrze wspominać jej lekturę i ciekawa jestem pozostałych części cyklu.

27 maja 2016

"Kamienna Ćma" Paweł Matuszek


data wydania: 2011
liczba stron: 208
opis: 
"     W szarej wieży na pustkowiu mieszka Beddeos, człowiek, który nie wie, jak się tam znalazł, i nie pamięta, co robił i kim był, zanim trafił do tego miejsca. Wraz z Tyfonem, mechanicznym pomocnikiem, próbuje przeżyć w tych niegościnnych stronach i szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania. Jednakże splot dziwnych wydarzeń i spotkań z niezwykłymi istotami sprawi, że tajemnice powoli same zaczną się wyjaśniać. Ale czy Beddeos rzeczywiście jest gotów zmierzyć się ze swoją przeszłością i z tym, co kryje się głębiej, w bezdennej otchłani umysłu – prawdą o jego człowieczeństwie i świecie, w którym żyje?
     Paweł Matuszek czerpie pełnymi garściami z imaginarium fantastyki, ale pozostaje twórcą całkowicie odrębnym. Bawi się akcesoriami gatunku – zaginionymi rasami, postapokalitycznymi światami, tajemniczymi artefaktami, maszynami ożywianymi mocą umysłu – mnożąc zastawione na czytelnika pułapki. Bo “Kamienna Ćma” nie jest zwykłą baśnią inicjacyjną, mimo że mamy tu zagadkowego bohatera, który wyrusza na poszukiwanie swojej tożsamości. Im bardziej bohater zanurza się w świat, oryginalny, bogaty i wielowarstwowy, tym wyraźniej odsłaniają się kolejne warstwy złudzeń. Złudzeń bohatera, który będzie musiał zakwestionować własne wyobrażenia, i złudzeń czytelnika, który przywykł do epickich konfliktów, walk i wędrówek. Tymczasem Matuszek zaciera w “Kamiennej Ćmie” granicę pomiędzy światem i bohaterem. Nie dekoduje rzeczywistości, nie wyjawia czytelnikowi rządzących nią praw, ale wciąga go w fascynującą, symboliczną opowieść o zmianie, o poznaniu i samoświadomości.
"


        Opisanie wrażeń po lekturze książki Pawła Matuszka było niemal równie ciężkie co jej lektura... Kamienna Ćma to debiut byłego redaktora znanych pism fantastycznych (Nowa Fantastyka oraz Fantasy&Science Fiction (edycja polska)). Słyszałam o niej wiele dobrego, słyszałam, że dość trudna, więc trochę ociągałam się z sięgnięciem po nią, ale w końcu posiadam ją w swoich zbiorach i kiedyś musiał nadejść ten czas. Niestety dla mnie okazała się sporym rozczarowaniem.

        Początek historii był intrygujący. Autor wykreował całkiem nowy, ciekawy świat, poznajemy strażnika zamieszkującego wieżę, który nie wie kim jest i skąd się tam wziął. Towarzyszy mu tylko robot, Tyfon, i od czasu do czasu odwiedzają wędrowcy, aby uzupełnić zapas wody i otrzymać glejt. Strażnik, Beddeos, pilnuje terenu wymarłego cesarstwa, istoty które spotyka nie są ludźmi.

        Początek książki to niepokój, który odczuwamy wraz z strażnikiem i zaciekawienie. Do momentu trafienia do Kolektywu Raziri czytałam z ciekawością. Niestety od tego momentu jest źle, bardzo źle, czytałam byle to już skończyć, ostatnie 60 stron już baaardzo nieuważnie. Nie pomagał mi także główny bohater, który jest kreowany na wybrańca, niby bystry, ale w dialogach okazuje się, że niespecjalnie tą bystrością grzeszy.

        Rozpatrzmy dwie kwestie, na których można się skupić oceniając jakąkolwiek książkę. Pierwsza to akcja powieści, co było z nią nie tak? Od wspomnianego wcześniej momentu schemat jest ten sam- Beddeos gdzieś się przenosi i wszystko ROBI SIĘ SAMO. On tylko musi "dać myślom płynąć" i PYK, dzieje się to co trzeba. Nie można powiedzieć by pojawienie się jakichś przeciwności było zwrotem akcji, bo i tak stanie się to co trzeba.
        Beddeos nie musiał już dociekać zasadności swoich działań. Był zbiorem tańczących mocy, pozostających w spontanicznej równowadze. Gdy próbował  je zawłaszczyć, narzucić im kontrolę
i koncepcyjny porządek, natychmiast się buntowały, wchodziły sobie w drogę, stawały się źródłem pomieszania. Jednakże, gdy całkowicie zaniechał wysiłków, zapomniał o celu i pozwolił im tańczyć...
        Usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Czuł błogi przepływ. Był błogim przepływem.
        Nie mamy także za bardzo wglądu w rozważania głównego bohatera, choć to z jego punktu widzenia prowadzona jest akcja (narrator jest w formie trzecioosobowej, jednak zna myśli i uczucia tylko Beddeosa). Czytelnikowi nie dane jest za długo rozważać nad daną sytuacją, bo i bohater nie musi długo się nad czymkolwiek zastanawiać. SAMO SIĘ ROBI. (chciałabym, żeby moja forma się tak sama robiła ;) )
Ale błysk rozumienia w ułamku sekundy połączył wiedzę i działanie. Beddeos przestał się bronić przed huraganem poplątanych myśli. Rozluźnił się. Niech płyną!
Od razu wiedział co robić.
Wszystko jasne!
Rozumiem, że pewne "braki" w fabule nawiązują do drugiej kwestii, którą poruszę, jednak chciałam zaznaczyć jak ja to widzę. Być może prostota fabuły była takim drogowskazem, aby nie skupiać się na niej, jednak dość mnie irytowała taka konstrukcja i musiałam o tym napisać.

        Druga kwestia to przemyślenia. O ile poszukiwanie siebie to jest dobry motyw, o tyle mało tego widzę w Kamiennej ćmie. Trochę boję się to pisać, bo to książka polskiego autora, ale... Dla mnie to bełkot. Lęk przed napisaniem tego budzi także to, że jestem jedną z nielicznych osób z blogosfery, którym ta książka się nie spodobała. Ale cóż, jestem zwykłym czytelnikiem i z takiej perspektywy przedstawiam swoje wrażenia z lektury i nie mam zamiaru kłamać.
Mało miałam do tej pory do czynienia z science-fiction, ba, czytałam w sumie tylko Lema. Ale Lem to zupełnie inna bajka. Czasem miałam wrażenie jakby autor chciał coś przekazać, ale stwierdzał jednak, że to wiedza tajemna, tak po prostu się nie da i w ogóle to DOMYŚLCIE SIĘ. Momentami mógłby pisać po chińsku, efekt byłby ten sam. Z mojego punktu widzenia odbiór utrudnia cała masa niedomówień i dziwna atmosfera wykreowana przez autora.
Podrzucam jednak recenzję tej książki napisaną przez krytyka literackiego: http://www.fandsf.pl/krytyka-walewski-2/
Szczerze powiem, że lepiej mi się czytało recenzję niż omawiany tekst...Generalnie lepiej mi się czytało O tej książce.

        Jestem osobą, która bardzo ceni sobie książki, które niosą ze sobą materiał do przemyśleń i przemycają
w swojej treści jakąś filozofię, dużo problemów do rozważenia. Uwielbiam kiedy po skończonej lekturze rozmyślam o przedstawionych problemach i nie mogę zabrać się za kolejną powieść, uwielbiam kiedy książka pobudza do myślenia, poszukiwania i dyskusji. Może jednak nie potrafię czytać takiego science-fiction? Nie wiem jakie potrafię, ale to jest dla mnie nie do przełknięcia. Kamienna Ćma zupełnie mnie do siebie nie przekonała, pozostawia tylko lekki zamęt w głowie i ulgę, że już ją skończyłam.

06 kwietnia 2016

"Powrót z gwiazd" Stanisław Lem

data wydania: 1985
data wydania pierwszego: 1961
liczba stron: 276
opis:
Powrót z gwiazd to historia astronauty, który na skutek paradoksu czasowego Einsteina powrócił z wyprawy w Kosmos na Ziemię, gdzie tymczasem minęło półtora stulecia. Astronauta próbuje zrozumieć i zaakceptować ziemską cywilizację, która zrezygnowała z podejmowania ryzyka na rzecz bezpieczeństwa i dostatku. Fascynująca wizja Ziemi jako „obcej planety", na której — by żyć tam dalej - trzeba na nowo doświadczyć na sobie problemów sensu egzystencji, dobra i zła, swobody i zniewolenia, agresji i miłości.  






        Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Lema były Dzienniki gwiazdowe wydane w dwóch tomach, moja opinia o nich tutaj. Krótko mówiąc pierwszy tom mi się nie spodobał, drugi za to wypadł w moich oczach lepiej. Powrót z gwiazd w zasadzie bardziej trafił na mnie niż ja na niego. Kilka dni temu natrafiłam na pochlebną recenzję, akurat tak się złożyło, że zaledwie trzy dni później poszłam do biblioteki i kiedy książki Lema rzuciły mi się w oczy wybór był oczywisty...
Nie będę streszczać fabuły Powrotu, myślę, że dobrze napisany jest tekst powyżej.

        Lem wspaniale przedstawił powrót astronautów. Najpierw wraz z Halem jesteśmy wrzuceni w świat przyszłości, bardzo futurystyczny, taki inny od obecnego, choć zapewne jeszcze bardziej odległy był dla ówczesnych ludzi, bo część nowinek przedstawionych w książce już istnieje bądź jest w planach, choć oczywiście mają inny "kształt".
Klimat Powrotu jest gęsty, Lem od pierwszej strony wrzuca czytelnika w wykreowany przez siebie świat (nadal!) przyszłości, jesteśmy tak samo zdezorientowani jak główny bohater.

        Po tym jak mija pierwszy zawrót głowy, okazuje się, że tamci ludzie nie są takimi "kosmitami" jakimi się wydają na początku, to nadal są ludzie, po prostu ludzie. Jednak człowiek w przyszłości Lema bardzo się zmienił, ludzkość poszła w nieco przerażającym kierunku... Ogarnięta ideą, którą wykreował Lem, osiągnęła coś co pod pewnymi względami jest bardzo dobre, ale pod innymi niestety zgubne.
Myślę, że oni zrobili okropną rzecz. Oni zabili człowieka- w człowieku.
        Bohaterowie Lema, kosmonauci, czują się w tym świecie źle, z początku ich jedyną reakcją jest odrzucenie. Co nie dziwne są zagubieni, nie rozumieją całej masy nowych rzeczy, momentami uważają, że neandertalczyk łatwiej by się wdrożył w cywilizację niż oni. Czują się też jakby byli dzicy.
Olaf, co to jest? Czy my jesteśmy naprawdę dzicy?
        W Powrocie z gwiazd Lem zajmuje się przede wszystkim trzema problemami. Pierwszy z nich to powrót na Ziemię, który pozostanie aktualny bez względu na rozwój techniki, bo ludzie którzy nagle skoczą w przyszłość
o ponad sto lat zawsze będą w pewnym stopniu zdezorientowani zmianami jakie zaszły na naszej planecie. Kolejna to sama podróż i wszystkie niebezpieczeństwa z nią związane, bo to co stworzył człowiek zawsze jest w pewnym stopniu zawodne (nawet jeśli szansa na awarię to jeden na milion), a tego co czeka takich podróżników nikt przewidzieć nie może.
Była to cywilizacja pozbawiona lęku. Wszystko, co istniało, służyło ludziom. Nic nie miało wagi, prócz ich wygody, zaspokojenia potrzeb oczywistych i najbardziej wyszukanych.
Trzecia kwestia to już czysta fantazja Lema, chodzi mi o betryzację. >>dalsze zdania będą zawierać spoilery, czytasz na własną odpowiedzialność<< Wyobraźcie sobie, że możliwe jest wstrzyknięcie substancji, która sprawi, że z ludzi zniknie wszelka agresja. Nie będą mogli zabijać. Nie będą mogli nawet o tym pomyśleć, będzie ich to napawało obrzydzeniem. Brzmi świetnie, prawda? Jednocześnie ludzie przestaną w jakikolwiek sposób ryzykować, nie będą zdolni do wielu rzeczy, jak np. testowanie leków... Znikną namiętności. Człowiek ograniczy się w pewien sposób. W książce nie ma w zasadzie dyskusji pomiędzy osobami, które reprezentują skrajne poglądy na ten temat. Czy warto ryzykować? To już pozostaje do przemyślenia dla czytelnika.
Ta obojętność właśnie najbardziej mnie przerażała, bo była gorsza od bezwzględnego potępienia.
        Początkowo przeszkadzała mi trochę swego rodzaju niedookreśloność. Wydawało mi się, że autor nie do końca opisuje na przykład budynki. Później się przyzwyczaiłam do tej niewielkiej dowolności, autor nie podaje wszystkiego na tacy, więc wyobraźnia czytelnika pracuje na najwyższych obrotach. W zasadzie nie poczytuję tego za jakąś ujmę dla tej powieści.
Lemowi brakło słów :D
Nie oznacza to oczywiście, że cała książka taka jest i że notorycznie pomijane są jakieś fragmenty otoczenia.

        Niewątpliwie mocną stroną twórczości Lema jest refleksyjność, rozważania nad ludzkością. Wiemy na pewno, że lektura jego powieści dostarczy nam materiału do rozmyślań, bo ciężko zostać obojętnym na roztaczane przed nami wizje. Czasem podczas lektury aż ciarki przechodziły, takie Lem roztaczał przed czytelnikiem wizje przyszłości, tego dokąd dąży ludzkość... Sięgnęłam po Powrót w zasadzie bez namysłu i nie zawiodłam się, na pewno będę sukcesywnie odhaczać kolejne książki Stanisława Lema i mam nadzieję, że będę je równie gorąco polecać!

29 marca 2016

"180 000 kilometrów przygody" Tony Halik

data wydania: 2006
data pierwszego wydania: 1975 (wybór z: Con cámara y rifle a través del Mato Grosso, 180 000 kilometros de aventuras; tłum. z hiszpańskiego Zofia Wasitowa)
liczba stron: 303













        Tony Halik to znany podróżnik, którego książki należą do kanonu książek podróżniczych. Oczywiście musiałam w końcu po którąś sięgnąć, bo uwielbiam ten gatunek, a jeśli już to musiała pochodzić z serii Biblioteka "Poznaj Świat"Cenię sobie książki z tej serii, jak do tej pory zawsze zawierały ciekawą treść i piękne zdjęcia, wydania na najwyższym poziomie.

 W naszym jeepie znajdował się mały schowek na pamiątkowe przedmioty. (...) Każdy z tych skarbów przypominał nam jakąś przygodę.
Na stronach tej książki wysypuję zawartość schowka z pamiątkami i opisuję przeżycia z nimi związane.

        Bardzo podobała mi się forma tej książki, ponieważ dużo było w niej poświęcone kulturze i historii Indian. Została także opisana historia wielu miejsc. Tego nie oferuje większość książek podróżniczych i to wyróżnia 180 000 kilometrów przygody. Z drugiej strony niestety, bo podróż, z której pochodzą te historie, trwała cztery lata, a ta książka to jedynie niewielka zawartość schowka. Wyprawa Tony'ego i jego żony Pierrette zaczęła się w Buenos Aires, a jej celem była Alaska, wyruszyli razem z psem Wallym, a wrócili z dodatkowym pasażerem... Bardzo chciałabym dowiedzieć się o wiele, wiele więcej, ale gdyby Halik chciał wszystko opisywać zapewne wyszłaby mu kilkaset stronicowa księga. Cała moja nadzieja w tym, że Jeep. Moja wielka przygoda, książka o drugiej części wyprawy (po Ameryce Północnej), zaspokoi moją ciekawość i odpowie na większość pytań, które zrodziły się w mojej głowie kiedy czytałam przedmowę autora.


        Książka Halika uświadomiła mi jak wiele jest jeszcze zadziwiających miejsc na świecie. Jak wiele dzikich
i niedostępnych terytoriów, ludów, które od wieków żyją tak samo (żyły? było?). Choć wszędobylskość i mentalność białego człowieka zapewne zniszczyła już większość z nich.

Na ósmym piętrze Banku Republiki w Bogocie jest specjalny pokój- prawdziwa mała twierdza, w której przechowywane są szmaragdy. (...) Pośrodku, naprzeciwko drzwi, stoi drugi stół, pokryty cienkim zielonym suknem. Siedzi tu śliczna młoda dziewczyna. To urzędniczka banku. Jej praca polega na sprzedawaniu szmaragdów. (...) Rozmawiając w trzech językach, uśmiechnięta dwudziestoparolatka sprzedaje kamienie warte ogromny majątek. (...)
- Podobają się pani szmaragdy? - spytałem.

- Ponieważ nie jest pan kupcem, powiem panu prawdę - odparła. - Dla mnie te kamienie są niczym. Wiele kobiet dałoby wszystko, żeby je mieć. Podobno szmaragdy przynoszą szczęście... Ja, mam kochającą rodzinę i narzeczonego, czegóż mogę chcieć jeszcze?

        Nie dość, że Halik pisze ciekawie o miejscach, o których niejednokrotnie nie mógł do tej pory napisać dziennikarz, to jeszcze w jego książce możemy podziwiać naprawdę wspaniałe fotografie, które są świetnym dowodem na to, że aby zrobić dobre zdjęcie nie trzeba mieć wypasionego sprzętu, a prawdziwy talent objawia się tym, że autor fotografii potrafi uchwycić wydarzenie w odpowiednim momencie lub uwydatnić cechy człowieka na portrecie. Zamieszczone tutaj zdjęcia są czarno-białe, jednak w książce jest ich mniej więcej pół na pół fotografiami kolorowymi.


        180 000 kilometrów przygody będzie jedną z moich ulubionych książek i z pewnością sięgnę po kolejne książki Tony'ego Halika. Halik świetnie oddał klimat opisywanych miejsc i momentami czułam się jakbym nie czytała o czasach współczesnych, ale o dawnych zamierzchłych czasach, kiedy w selwie nie postała stopa białego człowieka. Książkę pochłonęłam w przeciągu doby, więc z chęcią jeszcze do niej wrócę. Gorąco polecam!


Po lekturze zastanawia mnie tylko jedno. O panu Cejrowskim często się mówi, że strasznie zmyśla i pokazuje w swoich programach niby miejsca niedostępne
i dzikie, które już dawno zostały "ucywilizowane". Czy aby nie było podobnie w przypadku Halika? Przyznam, że niektóre jego przygody były wręcz nieprawdopodobne. Pocieszam się jednak tym, że odbywały się w czasach kiedy część z tych miejsc musiała być jeszcze dzika i niedostępna, poza tym o Haliku nie słyszałam takich informacji jak o wyżej wspomnianym. Jeśli jednak ktoś ma jakieś ciekawe informacje- zapraszam do dyskusji!

08 marca 2016

"Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski

data wydania: 2010
pierwsze wydanie: 1997
liczba stron: 256
opis:
Oto pierwsza podróżnicza książka Wojciecha Cejrowskiego. Wydaliśmy ją w roku 1997 i została bestsellerem.
Chcieliśmy ją potem wznowić, ale WC się nie zgadzał. Twierdził, że jest źle napisana, bo wtedy nie umiał jeszcze dobrze pisać. Ja twierdziłem co innego.
W końcu udało się go przekonać, by w takim razie poprawił i rozbudował tekst. I oto nowe wydanie – poprawione, uzupełnione, rozbudowane.
Już wtedy czytało się dobrze, teraz czyta się jeszcze lepiej.
[Wydawca]






 
        Za każdym razem kiedy ruszam oczami po kartce na wyprawę po dżungli... przekonuję się, że nie chcę tam być inaczej, tylko oczami wyobraźni. Nie zdecydowałabym się na taką wyprawę, ale czasem muszę sobie o tym przypomnieć. Czytam takie książki także dlatego, a raczej przede wszystkim, bo lubię.

        Podróżnik WC to pierwsza podróżnicza książka Wojciecha Cejrowskiego, ta która do niedawna na aukcjach osiągała niebotyczne kwoty... Dlaczego? Autor nie chciał  wznawiać tej powieści, a zainteresowanie czytelników było. Jak sam przyznał nie pisał wtedy tak dobrze jak dziś, poza tym twierdzi, że niektóre z opisanych przygód nie nadają się do publikacji. Od razu w umyśle człowiek notuje sobie, że jest to coś unikatowego i jest to główny chwyt, dzięki któremu Podróżnik WC zyskuje sobie nowych czytelników- no bo kto nie chciałby przeczytać czegoś tak unikalnego?

        W książce Cejrowskiego nie podobały mi się wstawki z obrażaniem innych (Jehowych, Niemców), kpiarski ton, śmianie się z niedoświadczonych towarzyszy podróży. Nie pamiętam czegoś takiego w pierwszej książce Wojciecha Cejrowskiego, którą czytałam, czyli Gringo wśród dzikich plemion. Polubiłam go jako pisarza za to, że
w książce nie pokazał swojej osobowości, bo nie przepadam za jego publicznym wizerunkiem, niestety w tej książce nie było tego "rozdzielenia".

        Za to na plus jest to, że Podróżnik WC wydaje się bardziej osobisty niż Gringo. Wydaje mi się też, że więcej tam praktycznych porad, autor wręcz zwraca się do czytelnika, który chciałby wybrać się w podróż. Między innymi wypowiada się na temat samotnego podróżowania i praktycznej nauki języków. Są tam też na przykład takie fragmenty jak opisanie w jaki sposób autor dostał się do wioski Indian, która była strzeżona przed białymi ludźmi. Znajdziemy także ciekawe przemyślenia dotyczące podróżowania, a także dowiemy się nieco więcej o początkach Cejrowskiego, nie tylko tych podróżniczych, ale także o początkach jego kariery zawodowej.

        Podróżnik WC niesie ze sobą pewne wartości i jest książką, którą z wielu powodów warto poznać. Jednocześnie jestem trochę zniesmaczona tym co opisałam wyżej. Nie można jednak zapomnieć o tym, że tak czy owak to literacka podróż w głąb amazońskiej dżungli i w inne miejsca...
Czy polecam? Na pewno fanom Cejrowskiego, ale nie tym, którzy chcą od tej książki zapoznać się z jego twórczością.

18 stycznia 2016

"Dzienniki gwiazdowe" Stanisław Lem

data wydania: 1994
liczba stron I tomu: 368
liczba stron II tomu: 326

opis:
Żaden z Lemowych cykli nie powstawał tak długo! Pierwsze odcinki "Dzienników gwiazdowych" datują się na początek lat pięćdziesiątych, ostatni - "Pożytek ze smoka" powstał w roku 1983, a więc dzieli je trzydzieści lat, podczas których na świecie "wszystko się zmienia", jeden tylko Ijon Tichy pozostał taki, jaki był. Nic nie wiemy o jego życiu rodzinnym; jeśli do domu (na Ziemię) wpada, to tylko po to, aby za chwilę znowu gdzieś polecieć, jeśli ma jakąś biografię, to tylko w kawałeczkach - takich, które się nadadzą jako materiał do anegdoty. Podróżując z Tichym porzucamy grozę, jaką budzić może obcość Wszechświata: kosmiczny wędrowiec wszędzie jest bowiem zadomowiony, nic nie narusza na dłużej jego pewności siebie, a niezmożony praktycyzm, jaki ujawnia w każdej sytuacji, pokonuje wszelkie przeszkody.  




        Pierwszy tom Dzienników gwiazdowych niezbyt przypadł mi do gustu. Wzięłam go, bodajże w czasie sesji, jako coś lekkiego do poczytania, a okazało się, że opowiadania Lema są dla mnie ciężkie i ledwie przez nie przebrnęłam. W takim razie nie tykałam tomu drugiego. Czekał aż rok na to, żebym w końcu się zmusiła, aby po niego sięgnąć. Dlatego też do tej pory nie napisałam o tomie pierwszym.

        Druga część Dzienników zatytułowana Ze wspomnień Ijona Tichego jest, w moim odczuciu, zupełnie inna. Zmieniła się forma- to już nie są podróże Ijona Tichego, a opisy spotkanych ludzi, wydarzenia podczas kongresu futurologicznego, list o faunie i florze pewnej planety... Trochę inna tematyka, napisane moim zdaniem bardziej lekko.
I nic dziwnego, że dostrzegam różnice pomiędzy tomami- Dzienniki gwiazdowe były pisane przez ponad 30 lat! (od początku lat pięćdziesiątych do 1983) Jak pisze Jerzy Jarzębski w posłowiu: "dzieli je trzydzieści lat, podczas których na świecie 'wszystko się zmieniło'".

        Podczas czytania pierwszego tomu jako pierwsza przyszła refleksja: czy autor faktycznie napisał science-fiction, czy chciał tylko sprytnie ukryć prawdziwe treści, a cała ta otoczka to po prostu ściema?
Lem nieszczególnie dużo uwagi poświęcił Ziemi Ijona, mamy tylko kilka "nowinek", jak np. roboty, powszechna turystyka kosmiczna itd. Za wizje przyszłości bierze się na przykład dopiero przy Kongresie futurologicznym.
Dlaczego pisałam o ściemie? A dlatego, że jak pisze Jarzębski: "Lem napisał swe Dzienniki z niebywałą zręcznością. Trzeba było ostatecznie zmylić cenzora (...) i napisać coś, co dałoby się odczytywać na dwa sposoby". Wydaje mi się, że przy Podróżach Ijona Tichego autor faktycznie przekazywał ukryte treści i wyśmiewał komunizm (oczywiście nie w każdym opowiadaniu), a Ze wspomnień Ijona Tichego to już nieco inna bajka.
Być może właśnie dlatego tom II bardziej mi się spodobał. W pierwszym tomie są pewne echa czasów w jakich przyszło żyć autorowi, może właśnie dlatego tak mnie znużyły relacje z podróży Ijona- czułam, że autor nawiązuje do komunizmu i że może nie łapię wszystkiego co chciał przekazać, trochę mnie ta świadomość męczyła.

        W drugim tomie Dzienników gwiazdowych mamy stawiane przed oczami różne wizje przyszłości
i obserwacje na temat rozwijającej się cywilizacji, ale szczególnie niepokojące jest opowiadanie Kongres futurologiczny, a zwłaszcza jego ostatnia część. Ta halucynacja Ijona jakoś szczególnie na mnie podziałała, niemal wywoływała ciarki na plecach. Wizja ta skojarzyła mi się trochę z Incepcją Nolana.
Poza tym opowiadaniem, żadne inne jakoś szczególnie na mnie nie podziałało, choć były one ciekawe i dobrze się je czytało. Co się Lemowi udało, nie udało się wielu autorom przed nim- nie nudził mnie, nie miałam wrażenia, że sam nie wie co chce przekazać czy że dane opowiadanie jest jakieś niepełne, a to są powody, dla których zazwyczaj omijam opowiadania szerokim łukiem.

         Jeśli ktoś nie zna Lema, tak jak ja do tej pory, myślę że może spokojnie zacząć od Dzienników gwiazdowych. Uważam, że oba tomy można traktować niezależnie i jeśli czujecie, że macie ochotę najpierw zapoznać się
z częścią drugą to zupełnie nic się nie stanie. Jego dzieło to taka słodko gorzka mieszanka, jest dużo absurdów
i powody do śmiania się, jednak w pewnym momencie możemy nagle przestać się śmiać i zastanowić się głębiej nad czytanymi słowami.
Polecam! Dobrze się czyta, a poza tym wstyd nie znać takiego klasyka.

04 stycznia 2016

"Sezon burz" Andrzej Sapkowski

data wydania: 2013
liczba stron: 404

opis:
Oto nowy Sapkowski i nowy wiedźmin. Mistrz polskiej fantastyki znowu zaskakuje. „Sezon burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi.
„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze. I tak przez 404 strony porywającej lektury.




       Do czytania Sezonu burz  podeszłam z wielką ekscytacją, którą mogłabym przyrównać do radości dziecka przymierzającego się do odpakowania prezentów w Boże Narodzenie. Uwielbiam całą Sagę o wiedźminie, uwielbiam opowiadania, powieści, wszystko! Kiedy tylko przygotowałam się psychicznie (Przecież to coś o Geralcie czego jeszcze nie czytałam! Chciałam przeczytać i nie chciałam jednocześnie.) na ponowne spotkanie z wiedźminem delikatnie otworzyłam książkę gotowa na przygodę...

       Sezon burz jest jak jedno z opowiadań o wiedźminie, tylko jakby rozrosło się do rozmiarów powieści, skupia
w sobie pewien burzliwy okres z życia bohatera (a który taki nie był?). Zupełnie nie mam "żalu" ani nie będę wytykać Sapkowskiemu, że "odcina kupony" od Sagi i napisał tę książkę tylko dla kasy. Na pewno znalazł się taki, który coś takiego powiedział, ale nawet gdyby tak było- mnie to bardzo cieszy! Uwielbiam całą Sagę, czytałam ją już dwa razy, zawsze miło mi będzie do niej wrócić, a coś nowego do poczytania o Geralcie sprawiło mi wielką przyjemność.

       Wierzcie mi z przyjemnością wróciłam do świata wiedźmina, tego bardziej kawalerskiego, "łobuzerskiego" gdzie autor nie uderza we wzniosłe tony, a przygoda goni przygodę, Geralt nieodmiennie ratuje się z każdej opresji (żaden spoiler ;) ) i oczywiście w najlepszym momencie pojawia się jego (niemal) nieodłączny kompan- Jaskier.

        A co ma wspólnego Sezon burz z całą Sagą? Cóż powiedziałabym, że to taka klamra spinająca całość i o ile Sapkowski nie dopisze już do niej żadnych książek to będzie ładny efekt. Historia z Sezonu zawiera wydarzenia sprzed bodajże pierwszego opowiadania, zawiera też w jakiś sposób co nieco z Pani Jeziora- spotykamy tu Nimue. Epilog jest dość osobliwy, ale jest w nim takie trochę mrugnięcie okiem do czytelnika, takie pocieszenie. Nie będę zdradzać żadnych szczegółów, zacytuję tylko jedno zdanie:
Opowieść trwa, historia nie kończy się nigdy.
A nawet jeśli się skończy... Zawsze można przeczytać wszystko jeszcze raz!

       Jeśli lubicie opowiadania o wiedźminie, ale Sezonu jeszcze nie czytaliście ze względu na różne obawy-
-najwyższy czas to zmienić!