Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzemplarze recenzenckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzemplarze recenzenckie. Pokaż wszystkie posty

25 sierpnia 2013

"Pastwiska niebieskie; Złota Czara; Nieznanemu bogu" John Steinbeck


Pastwiska niebieskie. Złota czara. Nieznanemu bogu - John Steinbecktytuł oryginału: The Pastures of Heaven; Cup of Gold; To a God Unknown
tłumaczenie: Andrzej Nowicki, Irena Chodorowska, Franciszek Skomski
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 11 lipca 2013
data wydania oryginału: 1932; 1927; 1933
liczba stron: 800











Na początek poświęcę kilka słów wydaniu. Cała seria bardzo mi się podoba, okładki są ładne, ogólnie cieszy oko. Jednak nie bardzo rozumiem dlaczego w jednej książce zostały wydane aż trzy, myślę, że dwie pierwsze by wystarczyły. Grzbiet na szczęście mi się nie zniszczył, ale książka jest trochę nieporęczna kiedy się czyta z jednego prostego powodu- jest ciężka.

Dodam jeszcze, że dużym minusem wydania są liczne błędy, gdzieniegdzie brakuje nawet kropek. Błąd znajduje się nawet na stronie redakcyjnej… Nie czytałam jeszcze książki tak niestarannie wydanej (choć od strony graficznej bardzo ładnie, papier przyjemny, czcionka też). Najwięcej błędów jest w pierwszej książce, w ostatniej już najmniej- tyle ile czasem zdarza się w książkach.


Pastwiska niebieskie

Z Tortilla Flat, po tym jak ją po raz pierwszy raz przeczytałam, miałam ten sam problem co teraz- nie wiedziałam co o niej sądzić. Trudno było sklecić ją w całość, znaleźć w niej głębszy sens. Tu autor podjął się jeszcze trudniejszego zadania, a może to czytelnik się go podejmuje…

W każdym razie, w książce jest 12 rozdziałów każdy ma średnio 20 stron, opowiadają one o życiu wybranych mieszkańców Pastwisk Niebieskich. Na początku jest historia o tym jak to miejsce zostało odkryte przez ludzi, a na końcu jest swego rodzaju przepowiednia przyszłości Pastwisk.
Fabuła rozdziałów jest dość schematyczna, w zasadzie można wyodrębnić pewien wzór. Najpierw ktoś przybywa do tej urodzajnej doliny, jest zauroczony jej pięknem, a potem wszystko się wali, zmienia, szczęście znika. Jednak nie wiadomo jak się potoczyły dalsze losy tych bohaterów. Czasem to nieszczęście, które spotkało ich tuż przed opuszczeniem Pastwisk mogło odmienić ich życie w pozytywny sposób.

Co mi się nie podobało w Pastwiskach Niebieskich to właśnie te pourywane wątki. I sam fakt, że opowiadania są takie krótkie. Choć Steinbeck i tak sobie radzi lepiej niż wielu innych pisarzy, i nawet w tak krótkich objętościowo historiach potrafi zawrzeć dokładną charakterystykę bohaterów.
Klimat jaki Steinbeck potrafi roztoczyć i jego styl, który lubię nie potrafią jednak obronić tych pourywanych historii. Rozdziały kończą się a wraz z nimi zaczyna się nasza konsternacja i niespokojne pytania: To już? Koniec historii?

Nigdy nie miałem czasu pomyśleć. Zawsze były jakieś kłopoty i nad niczym nie mogłem się zastanowić. Gdybym zszedł w dół i został tam chociaż na krótko, miałbym czas na rozmyślania o wszystkim, co mnie spotkało w życiu. I może udałoby mi się znaleźć w tym jakiś sens. Może mógłbym zobaczyć to jako jedną całość, a nie jako niepowiązane ze sobą, niedokończone wątki.

Być może wyjdę teraz na ignorantkę, ale mnie tych historii nie udało się poskładać w całość ani znaleźć jakiegoś sensu. Owszem pewne przemyślenia, które zachowam dla siebie, miałam podczas lektury. Urzekł mnie klimat Pastwisk Niebieskich, całkiem przyjemnie spędziłam czas, ale jednak czuję niedosyt.

Ocena: 3/6


Złota Czara

Sens pierwszej przeczytanej książki Steinbecka (a było to Na wschód od Edenu) pojęłam od razu, z Tortilla Flat było troszkę gorzej, dopiero po drugim przeczytaniu wyklarowały mi się wrażenia jej dotyczące, Pastwiska niebieskie zdawały się go nie mieć za wiele, ot były miłą historyjką, która jednak skłaniała do pewnych przemyśleń. Ze Złotą Czarą jest trochę jak z Tortilla Flat, jednak ta powieść jest ciekawsza, nie przedstawia losów pijaczków z pewnej dzielnicy, a dzieje chłopca, który stał się sławnym i groźnym piratem.

W zasadzie książka jest o stawaniu się dorosłym i traceniu dziecka, które się miało w sobie, jest temu nawet poświęcona pewna rozmowa, którą dość dobrze zapamiętałam.
I choć zawsze doszukuję się u Steinbecka głębszych znaczeń to opowieść o piracie zdaje się być raczej historią czytaną bardziej dla rozrywki niż przemyśleń.

Choć Steinbeck to jednak Steinbeck, nie pisze on płaskich opowieści pozbawionych sensu. Henryk spełnia swoje marzenia, ale wciąż szuka czegoś nowego, jak to młody człowiek jest niezaspokojony. Wreszcie sięga po coś co wydaje się być doskonałe, jednak gorzko się rozczarowuje. To takie odbicie każdego życia na tym świecie, w końcu przychodzi moment, gdy człowiek gorzko się nim rozczarowuje. Światem i ludźmi, jego marzenia przestają mieć znaczenie, nie pragnie już tyle od życia, nie sięga po to co chce, a co innym wydaje się niemożliwe. Traci dziecko, które miał w sobie.

Ciekawe jest spojrzenie na Henryka z różnych stron. Niektórzy go kochają, podziwiają, inni nazywają głupcem, jego postać jest rozbudowana. On sam kłamie o swoich czynach, wraz z upływem czasu jego opowieści są coraz bardziej rozbudowane, chociażby historia jego miłości- im dalej tym bardziej jest romantyczna, ale w pewnym momencie też niewiarygodna. Nie jest to kolejna wyidealizowana postać literacka. Choć nieprawdopodobne są jego losy- do pewnego momentu udaje mu się absolutnie wszystko.

Złota Czara to ciekawa powieść, dość specyficzna jak na Steinbecka, który większość powieści umiejscawia w Ameryce. Poleciłabym chyba głównie fanom Steinbecka.

ocena: 4/6


Nieznanemu bogu

Nieznanemu bogu opowiada o farmerze, który przeniósł się w poszukiwaniu urodzajnej ziemi. Znalazł piękną dolinę, w której było dość miejsca, więc po pewnym czasie sprowadził swoich trzech braci wraz z rodzinami. Joseph, zanim zbudował swój dom, słyszał o tym, że dolinę jakiś czas temu nawiedziła susza, był jednak przekonany, że te czasy odeszły bezpowrotnie i że susza więcej nie zawita. Jak mogłaby zawitać do tak pięknej i urodzajnej doliny? Pory roku się zmieniały, bracia mieli w posiadaniu kilkaset akrów ziemi i wielkie stado bydła, nawiedzały ich mniejsze lub większe nieszczęścia, ale też radosne chwile. Joseph w rosnącym obok jego domu drzewie widział uosobienie swego ojca, który zmarł niedługo po jego wyjeździe, i składał mu "ofiary", rozmawiał z nim, traktował jak bożka i uważał, że dzięki niemu dolina jest żyzna i kiedy przychodzi pora pada deszcz.

Ta książka opowiada o czasach dawno zapomnianych, kiedy ludzie żyli w zgodzie z naturą, to ją uważali za najważniejszą część ich życia. I choć chrześcijaństwo już zaczęło się na tym kontynencie rozszerzać (jak zazwyczaj w większości nieproszone i niechciane), to jednak wielu ludzi pozostawało przy swoich starych obrządkach. Na początku powieści jedna z postaci opowiada o tym jak ludzie świętowali po suszy, kiedy spadł pierwszy od dawna deszcz, aż w końcu rozgonił ich ksiądz. Joseph nie uznaje żadnych religii oprócz swej własnej i całe jego życie toczy się wokół farmy i drzewa.

Podobało mi się przedstawienie braci Wayne. Każdy z nich miał odmienny charakter. Najbardziej tajemniczy był Joseph, Benjy był zapamiętałym pijakiem i, jakby mimo woli, kochankiem, Burton był bardzo religijny, natomiast Thomas najbardziej zżyty z naturą, bardziej rozumiał zwierzęta niż ludzi.

Nieznanemu bogu ma klimat typowy dla powieści Steinbecka, akcja toczy się jakby powoli, jednak nie zanudza czytelnika.
W tej akurat książce nie widzę ukrytych treści i odczytuję ją taką jaka jest, nie doszukując się w niej niczego więcej.

ocena: 4/6


Dobrze, że Złota Czara jest pomiędzy, bo to coś innego, jeśli chodzi o Steinbecka i jest dobrym "przerywnikiem". Całość czyta się dobrze, zdecydowanie polecam wszystkim fanom Steinbecka oraz osobom lubiącym takie specyficzne klimaty (głównie Ameryki XX wieku).


Za książkę serdecznie dziękuję serwisowi A-G-W oraz wydawnictwu Prószyński i S-ka.



Cytaty:
Kiedy urodziła się Alicja, do domu Rekina zbiegło się całe stado kobiet, już składających usta go głośnego okrzyku: "Jakie piękne dziecko!". Ale gdy ujrzały, że dziecko jest naprawdę piękne, nie wiedziały, co powiedzieć. Te kobiece krzyki zachwytu mają na celu przekonanie młodych matek, że ohydne płazy, które tulą w swych ramionach, są, mimo wszystko, istotami ludzkimi i nie wyrosną na potwory; w tym jednym wypadku te okrzyki stracił swą rację. Na domiar złego Katarzyna spoglądała na swoje dziecko bez tego sztucznego zachwytu, jakim większość młodych matek łagodzi rozczarowanie. Gdy zobaczyła, że dziecko jest piękne, przelękła się i zaniepokoiła. Bała się, że za piękność Alicji trzeba będzie w przyszłości zapłacić.

Człowiek, poza zwykłą potrzebą, żeby żyć i rozmnażać się, pragnie też pozostawić po sobie jakiś ślad, jakiś dowód, że w ogóle istniał. Zostawia te ślady wyryte w drzewie lub w kamieniu, odciśnięte na życiu innych. (...) Życie jest takie nierealne. Wydaje mi się, że my sami poważnie wątpimy, czy istniejemy naprawdę. I wciąż staramy się tego dowieść.


Lubię noc. Ma w sobie więcej mocy niż dzień.

30 lipca 2013

"Prawie martwy" Åke Edwardson


tytuł oryginalu: Nästan död man
tłumaczenie: Alicja Rosenau
seria/cykl wydawniczy: Czarna seria (Erik Winter, tom 9)
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 17 lipca 2013
data wydania oryginału: 2007
liczba stron: 558











Prawie martwy to dziewiąty tom serii kryminałów połączonych osobą komisarza Erika Wintera, ja nie czytałam poprzednich części, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze. I myślę, że każdy się może zabrać za dowolną część serii, oczywiście najlepiej zacząć od początku, zwłaszcza jeśli któraś przypadnie do gustu. Czy ja rozpocznę serię od początku? Dobre pytanie.


Samochód porzucony na moście, ze śladem po kuli. Kilka pocisków wystrzelonych w dom. Zniknięcie polityka. Trup w kolejnym aucie. Wydarzenia, które z pozoru nie mają ze sobą związku, a przynajmniej trudno go dostrzec. Na dodatek nieoczekiwanie wypływa sprawa sprzed trzydziestu lat, sprawa zniknięcia młodej dziewczyny. Erik Winter i jego zespół próbują pozbierać elementy tej dziwnej układanki, zupełnie jak puzzle. 
Czy uda im się poskładać to wszystko w całość? Czy zdążą zapobiec kolejnym morderstwom? 

Początkowo trudno mi było wgryźć się w książkę z powodu języka. Dość opornie mi się czytało, nie wiem czy to wina autora, czy tłumacza. W końcu jednak treść sama się obroniła i skutecznie zaciekawiła. Choć i tutaj miałam mały "problem"- odzwyczaiłam się od niespiesznego tempa akcji skandynawskich kryminałów. Są całkiem inne niż te amerykańskie, trup nie ściele się gęsto, ot tutaj padło kilka strzałów, tam skradziono auto, na zabójstwo trzeba cierpliwie czekać. Smaczku całej historii dodaje wątek młodej dziewczyny, do końca nie wiadomo co się tak naprawdę stało latem 1975 roku. 

I tu należą się gratulacje dla autora. Nie zrobił tak jak wielu kolegów po fachu i nie ukrył większości istotnych wydarzeń. W kilku rozdziałach jesteśmy świadkami pewnych sytuacji, ale nie znamy tożsamości bohaterów, możemy się jedynie domyślać co się właściwie dzieje. Cała książka jest dość tajemnicza, trudno odgadnąć o co w tym wszystkim chodzi. Szczerze powiem, że dałam się zwodzić autorowi i w zasadzie przez całą książkę rozważałam tylko kilka możliwości. I pochłaniałam kolejne strony.

Co mi się zdecydowanie podobało to to, że Prawie martwy to typowy kryminał. Ostatnio z tego gatunku czytam tylko nowości i większość jest trochę udziwniana, a ja od dawna szukałam czegoś klasycznego. I to właśnie dostałam, na dodatek ta książka pochodzi z kraju skandynawskiego, a takie kryminały, ze względu na specyficzny klimat, są ostatnio doceniane przez czytelników (i słusznie!).

Co mi jednak naprawdę przeszkadzało praktycznie do końca książki to dość drętwe dialogi, jakieś takie nierealne. Do języka dało się przyzwyczaić, jednak te rozmowy co jakiś czas mnie lekko irytowały, dość duży minus.
Poza tym kolejną wadą jest zakończenie- nie wiemy co się stało z jednym z bohaterów. I nie jest to tylko moje narzekanie na zachowanie odrobiny tajemniczości w książce, ta historia była dość ważna, była osią fabuły i poczułam się trochę jakby autorowi się nie chciało wymyślać dla niej zakończenia.
Na dodatek początkowy związek ze sprawą z 1975 pojawia się po prostu znikąd. 

Prawie martwego zaliczam do takich średnich kryminałów. Ma swoje minusy, można by ją troszkę skrócić (choć i tak czyta się błyskawicznie), ale myślę, że to całkiem niezła lektura, dla kogoś ktoś szuka klasycznego kryminału pełnego tajemnic.

ocena: 3/6

Za książkę serdecznie dziękuję serwisowi A-G-W oraz wydawnictwu Czarna Owca.

12 lipca 2013

"Bractwo Bang Bang" Greg Marinovich, João Silva

tytuł oryginału: The Bang-Bang Club
tłumaczenie: Wojciech Jagielski
wydawnictwo: Sine Qua Non
data wydania: 19 września 2012
data wydania oryginału: 2000
liczba stron: 306












João i ja pobiegliśmy w kierunku, z którego dobiegały strzały, w środek kompletnego chaosu. Pociski gwizdały obok nas, gdy próbowaliśmy się kryć między wozami pancernymi, dającymi osłonę przed wymianą krzyżowego ognia. Wybuchliśmy śmiechem. To było porządne bang bang.1
Fotoreporterzy wojenni, z gatunku tych przedstawionych w książce, to ludzie, którzy nie uciekają kiedy słyszą strzały. Oni biegną w przeciwnym kierunku, w sam środek chaosu, by być tam gdzie rozgrywają się ważne wydarzenia. Rzadko kiedy wahają się czy podejść bliżej, zazwyczaj podchodzą tak blisko, jak to tylko możliwe. Właśnie tym zawodem zajmuje się grupka przyjaciół: Greg Marinovich, João Silva, Kevin Carter i Ken Oosterbroek. Dwóch z nich to autorzy tej książki, dwóch już niestety nie żyje. Ale to oni byli głównymi członkami Bang-Bang Club, jak ich nazwali dziennikarze.

Książka ta traktuje o dwóch tematach. Pierwszym z nich są członkowie Bractwa Bang Bang, czwórka przyjaciół. Opisane są tu ich wzajemne relacje, historie ich życia, powody, dla których zostali fotoreporterami. Akcja książki skupia się na ważnych wydarzeniach z ich życia, szczególnych momentach, takich na przykład jak okoliczności powstania zdjęcia, za które jeden z nich dostał Pulitzera.
Drugim są ostatnie lata apartheidu, podczas których ten okropny system dogorywał. Związana z nim przemoc, masowe mordy, zamieszki.
Nasze fotografie sprawiały być może, że czytelnicy dostrzegali, iż w innych częściach świata inni ludzie walczą o życie. Gdyby nie te nasze zdjęcia, być może nigdy by się o tym nie dowiedzieli.2
Aż wstyd przyznać, ale zanim przeczytałam Bractwo Bang Bang nie miałam pojęcia o apartheidzie. Owszem, wiedziałam mniej więcej na czym polega, ale nie byłam świadoma gdzie miał miejsce i co dokładnie się z nim wiązało. Ja, mając dostęp do mediów, szczególnie Internetu, nie miałam pojęcia co działo się w Południowe Afryce. Tak więc skąd miałby wiedzieć o tych wydarzeniach świat w latach 90., gdyby nie grupka kilku odważnych ludzi, którzy stale byli na linii frontu, którzy pędzili tam, skąd padały strzały. Gdyby nie fotoreporterzy.

Muszę przyznać, że książka mną wstrząsnęła. Już opis pierwszego brutalnego mordu, którego świadkiem był autor, Greg Marinovich, wywołał wiele emocji. A właśnie z takich opisów składa się książka. Oczywiście nie stale, ale to były właśnie takie czasy w Południowej Afryce: pełne przemocy. Więc może poziom brutalności nie utrzymuje się ciągle na tym samym poziomie, bo co jakiś czas jest wyjaśniana sytuacja polityczna albo prywatna, któregoś z członków Bractwa, jednak nie jest to książka dla osób bardzo wrażliwych.
Dom wyglądał jak scena z filmu grozy, ale to działo się naprawdę. Zapach krwi unosił się w wilgotnym powietrzu.3
Wydawałoby się, że ze względu na lekkie pióro autora Bractwo Bang Bang można czytać błyskawicznie. Niestety od lektury trzeba sobie robić przerwy, bo jest w niej wiele okropnych scen. Najgorsze w nich jest to, że są to sceny nie wykreowane przez wyobraźnię autora, ale napisane przez życie, nikt sobie tego nie wymyślił.

Wielu ludzi wypowiada się na temat fotoreporterów, a nie mają nawet pojęcia w jakich warunkach przyszło im pracować. To nie są paparazzi, którzy zrobią wszystko, byle tylko odebrać sławnym ludziom resztki prywatności. Chociaż, jak sam autor stwierdził, robią to również dla pieniędzy. Ta kwestia moralności, między innymi, jest poruszana głównie przy okazji zdjęcia, za które Kevin Carter dostał Pulitzera. Zapewne każdy pamięta zdjęcie małej sudańskiej dziewczynki, leżącej na ziemi i czającego się za nią sępa. Do dziś budzi kontrowersje i dyskusje. Pewnie gdyby nie lektura Bractwa Bang Bang sama osądziłabym Kevina na podstawie niezbyt zbieżnych z prawdą opisów wydarzeń, ale teraz powstrzymuję się od osądu.
Nikt jednak nie myśli o tym, że może nie tylko ludziom uwiecznionym na fotografii dzieje się krzywda. 
Dobre zdjęcia. Tragedia i przemoc z pewnością tworzą mocne obrazy. Ale przy każdym takim ujęciu ściągany jest haracz: trochę tych emocji, wrażliwości i empatii, które sprawiają, że jesteśmy ludźmi, ginie przy każdym zwolnieniu migawki.4
Zdjęcie, za które Kevin Carter dostał Pulitzera

Co mi się podobało to to, że autorzy nie próbują się wybielić, rozpatrują swoje poczynania z różnych stron, usiłują przybliżyć czytelnikom powody, dla których robili pewne rzeczy, są krytyczni nie tylko wobec siebie, ale także wobec swoich przyjaciół.
Bardzo podobały mi się także części, w których były przemyślenia o zawodzie fotoreportera, a także po prostu o życiu (na ostatnim zdjęciu widać ile stron pozaznaczałam).

Jedynym minusem książki (a w zasadzie wydania, bo treści on nie dotyczy) jest to, że fotografie Grega, João, Kevina i Kena zostały zamieszczone w malutkim formacie. Naprawdę każda z nich zasługuje na oddzielną stronę. Gdyby przez to wzrosła cena książki, a ja byłabym potencjalnym nabywcą- kupiłabym i tak.

Szczerze mówiąc sięgnęłam po Bractwo Bang Bang niezbyt zainteresowana i nie uwierzyłabym gdyby ktoś mi powiedział, że to będzie dla mnie jedna z najważniejszych książek tego roku. To książka idealna, dla tych którzy są zainteresowani zawodem fotoreportera wojennego albo są fanami któregoś z członków Bractwa.
Wprawdzie mam pewne opory, bo to nie jest książka dla bardzo wrażliwych osób, ale nie mogę się powstrzymać od stwierdzenia: obowiązkowa lektura. Każdy powinien wiedzieć co działo się w Południowej Afryce u schyłku apartheidu, a Bractwo to dosłownie pokazuje.
POLECAM!

ocena: 6/6

Za książkę serdecznie dziękuję serwisowi A-G-W oraz wydawnictwu Sine Qua Non.


I jeszcze więcej cytatów! :)


Widziałem w życiu wiele trupów. Próbowałem je kiedyś policzyć, aby naprawdę uświadomić sobie ich istnienie, ale to była beznadziejna próba  Zmarli to dziwna sprawa. Niektórzy mieli w sobie akurat tyle oznak człowieczeństwa, co martwy pies na szosie. Inni wydawali się pogrążeni we śnie, wcale nie sprawiali wrażenia martwych. A niektórzy byli tak przerażający, że napawali mnie strachem przed śmiercią. (s. 72)


Widząc, że zamierzam wjechać w tę upiorną ulicę w martwej strefie, jakiś przechodzień wybuchnął śmiechem i pochyliwszy się do otwartego okna mojego samochodu, powiedział: "Jeśli pojedziesz tą drogą, nigdy nie wrócisz. To skrót do nieba!" (s. 75-76)
1Bractwo Bang Bang Greg Marinovich, João Silva, s. 253.
2Bractwo Bang Bang Greg Marinovich, João Silva, s. 236.
3Bractwo Bang Bang Greg Marinovich, João Silva, s. 70.
4Bractwo Bang Bang Greg Marinovich, João Silva, s. 175.

04 lipca 2013

"Morze Niegościnne" Jakub Szamałek

wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 15 maja 2013
liczba stron: 304















Debiutancka książka Jakuba Szamałka (Kiedy Atena odwraca wzrok) nie wywarła na mnie ogromnego wrażenia. Przyjemność czytania popsuło mi szybkie odgadnięcie zagadki i niezbyt umiejętnie prowadzona akcja. Niemniej jednak duży plus dostał autor za oryginalny pomysł. Kolejna książka, Morze Niegościnne, pozostawi po sobie znacznie przyjemniejsze wrażenie.

W Morzu Niegościnnym powracamy do znanych nam już bohaterów: Leocharesa i Lamii. Leochares mieszka teraz z rodziną w Pantikapajonie dokąd uciekł przed zarazą, ale tęskni za swą ojczyzną, Atenami, do wielu rzeczy musiał się przyzwyczaić, wiele poświęcić. Jest teraz złotnikiem, ma własny warsztat, urodził mu się syn, Teodoros. Leochares starał się trzymać z daleka od polityki, jak kazała mu żona, jednak dał się wciągnąć w bycie członkiem rady. Na pozór potrafi oddzielić życie rodzinne od interesów, jednak kiedy w domu pantikapajońskiego archonta zostaje zamordowany poseł z Teodozji, a sam archont przetrzymuje w swoim domu Lamię i Teodorosa, Leo chcąc nie chcąc zostaje mianowany śledczym i ma za zadanie złapać mordercę.

Tym razem towarzyszymy Leocharesowi tylko w co drugim rozdziale, natomiast pozostałe poświęcone są Lamii. Uważam, że to świetny zabieg, akcja jest dzięki temu urozmaicona, nabiera rumieńców. Pozwala to także autorowi pokazać codzienność kobiet w starożytności, przedstawić więcej zwyczajów.
Akcja jest szybka, pióro autor ma lekkie, dzięki czemu czyta się błyskawicznie i sprawia to czystą przyjemność, a wiedzę o starożytności przyswaja się bez bólu, tak często aplikowanego w szkołach.
Warto także dodać, że tym razem wyjaśnienia pojęć mamy w przypisach na końcu strony, a nie na końcu książki (dużo wygodniejsze niż kartkowanie).

Przy okazji lektury debiutanckiej książki Szamałka marudziłam, że intryga była zbyt łatwa i szybko zgadłam kto jest "tym złym". Na szczęście w Morzu Niegościnnym już nie tak łatwo się wszystkiego domyśleć, całość pozostaje w sferze przypuszczeń. Jedyny minus jaki dostrzegłam podczas czytania jest w zakończeniu. Nagle zagadka zostaje rozwiązana, jakoś tak szybko, i już już pędzimy dalej w inne miejsce.
Jednak całość książki prezentuje się dobrze. Osadzenie akcji w starożytności to nadal świeży pomysł w tym gatunku. Dzięki temu odrywamy się od monotonnej scenerii współczesnych kryminałów, a przy okazji możemy poznać ateńską (a raczej pantikapajońską) codzienność, prawdziwszą od tej z podręczników do historii. Na dodatek mamy szybką powtórkę z mitologii.

Jak pisałam we wstępie, druga książka pana Jakuba jest znacznie lepsza od poprzedniej, widać, że kilka rzeczy zostało dopracowanych. I gdybym spotkała go gdzieś na ulicy, wiem co chciałabym powiedzieć: oby tak dalej! :) Zwłaszcza, że zanosi się na kontynuację, nie wiem jak Wy, ja przeczytam ją z chęcią!

ocena: 4/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza.

13 czerwca 2013

"W świecie jurt i szamanów" Bolesław A. Uryn

wydawnictwo: Muza
data wydania: 2013
liczba stron: 336















Seria reportaży wydawnictwa Muza zapowiada się naprawdę dobrze i mam nadzieję, że będą wydawać kolejne książki. Najpierw przewodnik, który nie do końca był przewodnikiem i dobrze się go czytało nawet osobie, która nie planuje podróży do Ameryki Południowej (Przez pustynie na ośnieżone szczyty), a teraz W świecie jurt i szamanów, książka, której nie można nazwać przewodnikiem, reportażem ani tak do końca podróżniczą.

Więc (o) czym jest? Cóż, to poniekąd taka zbieranina wszystkiego po trochu. Nie jest to książka podróżnicza, choć autor zamieszcza w niej kilka krótkich relacji z wypraw. Jest ona po prostu o Mongolii. O jej przeszłości, przyszłości, o tym jak się po niej podróżuje, o krajobrazach, o ludziach i kulturze.
Widać jaką miłością darzy ten kraj pan Uryn, który notabene wraca tam co roku i, jak sam mówi w książce, podczas powrotu do ojczyzny już planuje kolejną wyprawę do Mongolii.

Przed przeczytaniem tej książki nie wiedziałam o Mongolii nic. Przyznaję się i wcale nie przesadzam, to było dokładne nic. Nawet Tatarów z tym krajem nie kojarzyłam! Nie będę się teraz chwalić, że wiem wszystko, bo tak nie jest. Ale dowiedziałam się sporo ciekawych rzeczy, poznałam historię Mongolii, to jakie zmiany w niej zachodzą współcześnie.

Tym razem nie będę narzekać na brak aspektu kulturowego, bo to książka głównie o ludziach. Mieszkańcy Mongolii są w większości nomadami, a ich tryb życia i wierzenia nie zmieniły się od wieków. Jest tu na przykład opisany sposób robienia łuku czy konstrukcja jurty. Są przysłowia, opisane zwyczaje jakie towarzyszą przyjmowaniu gościa. Niektóre mogą być opacznie zrozumiane...
(...) mongolskim zwyczajem ogrzewania w łóżku nocą zmarzniętego gościa przez żonę, córkę gospodarza (albo, jak wspomina: Mongoła, który podczas snu tulił się do mnie).
 Jest też kilka relacji z wypraw jak np. spływu rzecznego czy wycieczki na pustynię Gobi.

Co mnie, jako miłośniczkę historii, szczególnie zainteresowało i ucieszyło to rozdział poświęcony historii Mongolii i jej wielkiemu wodzu, Czyngis-chanowi. Bo przecież opowiadając o jakimś kraju należy też przyjrzeć się jego historii i zastanowić dlaczego obecnie ma akurat taką formę a nie inną. Także kiedy autor opisuje jakieś wydarzenie czy przedmiot stara się przybliżyć czytelnikowi jego genezę.

Czy są jakieś minusy? Jeden... To wszystko jest za krótkie! Chciałoby się krzyczeć więcej i więcej!
Co do plusów dodam także, że kolejna książka w serii reportaże i znów mamy zdjęcie na każdej stronie. Wydawałoby się, że podróżnicza powinna mieć dużo zdjęć, ale czytałam i taką, w której nie było ani jednego... (sic!)

Pozostaje mi jedynie polecić. Bowiem W świecie jurt i szamanów to pozycja naprawdę godna polecenia, zwłaszcza dla tych, którzy nie mają zielonego pojęcia o Mongolii.

ocena: 5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza.

24 maja 2013

"Mieć siedem lat" Alexander McCall Smith


tytuł oryginału: The Importance of Being Seven
tłumaczenie: Elżbieta McIver
seria/cykl wydawniczy: 44 Scotland Street tom 6
wydawnictwo: Muza
data wydania: 2013
data wydania oryginału: 2010
liczba stron: 296












Troszkę się przeraziłam buszując po Wikipedii, bo w polskiej po Mieć siedem lat nie ma kolejnej książki cyklu. Na szczęście w angielskiej wersji są jeszcze dwie i mam nadzieję, że powstaną kolejne. Bo nie tylko autor, jak sam pisze w przedmowie, zżył się z mieszkańcami 44 Scotland Street, ale także my, czytelnicy.

A co się dzieje na Scotland Street? Oj dużo, dużo się dzieje! Bertie i Stuart wreszcie przeciwstawiają się Irene. I to jak! Mały nadal jest w drużynie skautów, na dodatek obaj planują wycieczkę, która z pewnością nie spodoba się matce chłopca. Choć ten tom skupia się głównie na nich to reszta bohaterów nie odeszła w zapomnienie. Wprawdzie do Pat i Bruce'a jedynie zerkamy, ale za to często towarzyszymy Elspeth i Matthew, świeżo upieczonym małżonkom. A w ich życiu także dużo się dzieje. Ale nie będę psuć niespodzianki, przekonajcie się sami.

Odradzam czytania tej części tekstu jeśli ktoś ma tę książkę dopiero przed sobą.

Choć w związku Elspeth i Matthew jest jak dla mnie trochę za dużo słodyczy, to myślę, że autor przesadził, bo to także miało służyć do przedstawienia młodego małżeństwa w krzywym zwierciadle. Dużo słodyczy, ale mało zrozumienia i szczerej rozmowy, co niestety owocuje zmniejszoną przestrzenią osobistą. Czasem miałam wręcz wrażenie, że są nieco niedobrani. Chociaż ciekawa jestem jak się dalej potoczy życie Matthew po spotkaniu z Pat, nadaje to nieco pikanterii całej serii.

Natomiast Antonia, Domenica, Angus i oczywiście Cyril wybierają się na wakacje do Włoch. Każde z nich ma inne oczekiwania co do tego wyjazdu. Pan Smith mógłby pobawić się w miłosny trójkąt, niestety wypadki potoczyły się trochę inaczej. Chociaż na początku wyjazdu obie panie pokazują pazurki co wygląda całkiem zabawnie.

Koniec spoilerowania (:

Jakoś dopiero przy tym tomie zauważyłam, że toczone są ciekawe dyskusje. Podejmowane są takie tematy jak nadużywanie politycznej poprawności czy problem gejów w społeczeństwie. Są one ciekawie przedstawione, ścierają się tu sprzeczne opinie, poznajemy za i przeciw.
Interesujący jest także świat dzieci, kolegów Bertiego. W większości jest on zabawny, bo dzieci jeszcze nie mają pojęcia taktu i nie potrafią rozróżnić tego co można mówić od tego czego nie należy powtarzać. Jednak przez to co zabawne przebija szara rzeczywistość, jak w przypadku Hiawathy, którego mama czasem cały dzień leży w łóżku i pali "lecznicze" papierosy...

Trudno powiedzieć cokolwiek nowego o tej serii. Za każdym razem mi się podoba, ma swój specyficzny klimat. Poziom jest w sumie równy przy każdym kolejnym tomie (rzadko się to zdarza), dlatego zawsze jestem pewna, że będzie to przyjemna lektura i się nie zawiodę. Bardzo solidna seria.
Polecam! I niekoniecznie trzeba czytać od pierwszego tomu (patrz mój przykład, czytam od 4, do tej pory nie zaopatrzyłam się w 3 pierwsze, ale kiedyś to zmienię ;) )

ocena: 5/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza.

Cytaty:
Spojrzała w sufit, skąd padało ostre światło lampy. Dziecko też zobaczy podobną scenę, gdy się urodzi: ostre światło i obce twarze. I dziwne odgłosy zewnętrznego świata. Nic dziwnego, że niektórzy żałują swego przyjścia na ten padół; być może zapamiętali na zawsze te pierwsze nieprzyjemne chwile.

18 maja 2013

"Przez pustynie na ośnieżone szczyty..." Wojciech Lewandowski

wydawnictwo: Muza
data wydania: 2013 
liczba stron: 312
















Książka Wojciecha Lewandowskiego Przez pustynie na ośnieżone szczyty... to zbiór kilkunastu krótkich opowieści z wypraw autora i jego przyjaciół (a także żony) na szczyty Korony Ameryki Łacińskiej. Koronkę tworzą najwyższe szczyty wszystkich państw Ameryki Południowej.

Od razu uprzedzam, że nie jest to książka w rodzaju tych Cejrowskiego. I jedynie ten szczegół jest lekkim minusem. Bo trochę za mało tu ludzi, charakterystycznej kultury Ameryki Południowej. To taki bardziej przewodnik, idealny dla osób, które chciałyby się w podobne wyprawy wybrać. Są wskazówki dotyczące dojazdu, różne drogi którymi można się dostać na dany szczyt i opis tej którą wybrał autor. A także kilka informacji na temat danego kraju, gdzie się udać po pozwolenia czy informacje, adresy stron internetowych itp.

Mimo, że jest to swego rodzaju przewodnik to czyta się go dobrze. Nie zawiera jedynie suchych faktów, czasem wręcz autor wplata kilka przemyśleń na temat swojego hobby. Jest to dobra książka dla osób, które lubią chodzić po górach. Nie muszą od razu uprawiać wspinaczki wysokogórskiej.
Mnie się tę książkę po prostu dobrze czytało, bo lubię czytać o takich wyprawach.

Największym plusem książki Wojciecha Lewandowskiego są fotografie. Znajdziemy je na każdej stronie. Większość z nich przedstawia górskie krajobrazy, które są po prostu przepiękne! Część jednak ukazuje fragment kultury Ameryki Południowej. Co więcej przy każdym odwiedzonym przez autora państwie jest jego godło. Co mnie zdziwiło to to, że niemal wszystkie godła są niezwykle barwne i bogate w szczegóły. Ale w końcu to Ameryka Łacińska.

Poza fotografiami dużym plusem jest także to, że przytoczone pojęcia czy nazwy są wyjaśnione. Jest też trochę historii, można się z tej książki dużo dowiedzieć. Na dodatek pisał ją geograf- więc podczas swych wypraw zwracał uwagę na szczegóły, na których zwykli ludzie pewnie by nie dostrzegli. Dlatego też dzieli się on z nami częścią swojej wiedzy. Wszystko jest podane przystępnym językiem i najczęściej towarzyszą temu fotografie. Dlatego jest to bardzo przyjemnie zdobyta wiedza :)

Książkę oczywiście polecam. Mimo jednego niewielkiego minusu (który sprawia, że jest po prostu nieco inna od reszty) myślę, że powinna spodobać się większości osób, które lubią literaturę podróżniczą. A już na pewno górołazom. 


ocena: 4/6



Ehhh niezmiernie się cieszę, że rozumiem html, bo blogger znowu mnie nie lubił... Teraz walka z nim będzie łatwiejsza :P

27 marca 2013

"Tortilla Flat" John Steinbeck

tytuł oryginału: Tortilla Flat
tłumaczenie:
Jan Zakrzewski
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: marzec 2013
liczba stron: 248













Steinbeck to klasyka, wiadomo. Kiedy zastanawiam się, dlaczego właściwie należy go zaliczać do autorów, z którymi po prostu trzeba się zapoznać, dochodzę do wniosku, że w jego twórczości każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli ktoś nie szuka głębszych wartości to znajdzie ciekawą fabułę. Jeśli lubi czytać między wierszami, odnajdywać ukryte znaczenia- Steinbeck to świetny wybór.
Na dzielnicę Tortilla Flat wracam po raz drugi. Od jakiegoś czasu siedziała mi w głowie, aż tu nagle pojawiła się możliwość zrecenzowania jej, więc chętnie skorzystałam.
Za pierwszym razem skupiłam się głównie na fabule, nie zastanawiałam się nad głębszym sensem, więc opowieść wydała mi się ot przyjemną historyjką o "żulach". Tym razem się "przygotowałam", przeczytałam kilka ciekawych interpretacji w Internecie i po lekturze Tortilla Flat wyrobiłam sobie własną.

Kiedy spojrzymy na Tortilla Flat powierzchownie to powiemy, że opowiada ona o ludziach z biednej dzielnicy portowego miasta. Jesteśmy świadkami ich przygód, codziennego kombinowania jakby tu zdobyć wino i coś do jedzenia. Osią wydarzeń jest jeden z bohaterów, Danny, i dom który odziedziczył. Dla Danny'ego dom to wielka odpowiedzialność, do tego co jakiś czas wprowadza się ktoś nowy. Bohater na to pozwala, bo nie chce okazać się chciwym, chce pokazać, że nie opuści przyjaciół nawet wtedy, gdy jest już poważany. I tak im gromadka mieszkańców domu Danny'ego coraz bardziej się powiększa tym robi się weselej.

Joe, który nie przejmował się zbytnio moralnością, nie miał wstrętu do piekła i upadku. Nawet to lubił.
Autor ciekawie kreśli fragment mozaiki biednej dzielnicy portowego miasta, lecz nie tylko to w tej powieści się liczy. Przedstawione zachowania można spokojnie odnieść do każdego z nas, nieważne czy jesteśmy biedni, czy bogaci. I to jest właśnie to drugie dno- jest tu dużo aluzji, nie są subtelne, wręcz przejaskrawione, ale tacy właśnie bywają ludzie. 

-Co więc zrobimy?- spytał Jezus Maria, chociaż i on, i pozostali wiedzieli doskonale, co zrobić, Czekali jednak uprzejmie, aż ktośœ pierwszy zaproponuje w tej sytuacji jedyne rozwiązanie. Zaległa cisza. Pilon i Pablo uważali, że propozycja nie powinna wyjœść od nich, gdyż stosując zasady logiki formalnej można by im zarzucić działanie z pobudek osobistych. Jezus Maria nie odzywał się przez delikatnośœć wobec swoich gospodarzy, kiedy jednak przydługa cisza uœświadomiła mu, czego się od niego oczekuje, szybko się zrehabilitował:

-Galon wina stanowi niezły prezent dla kobiety- zauważył obojętnie.

Pilon i Pablo byli zdumieni jego bystrośœcią.
W książce wielokrotnie jesteśmy świadkami przesłodzonych dialogów które mają nas zapewnić o jak najlepszych intencjach rozmówców. Nie tylko "ludzie marginesu" (tzw. żule :P), ale też wszyscy inni używają takiej obłudy, w prawdziwym życiu, zapewniają, że chcą się dzielić, a tak naprawdę chcą tylko brać. Egoizm i chciwość zmieniają się w dobroć i altruizm, na dodatek postacie (i nie tylko) kłamią tak dobrze, że potrafią okłamać także siebie.

Uwielbiam Steinbecka za wielowarstwowość i wielowymiarowość! I to jest odpowiedź na pytanie ze wstępu- taka właśnie powinna być klasyka.
Nie jest to jednak jakaś ogromnie wartościowa książka, zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkim się spodoba. W każdym razie fani Steinbecka powinni być zadowoleni. Mnie się spodobała choć nie od razu zachwyciła.


ocena: 4/6

Za książkę serdecznie dziękuję A-G-W oraz wydawnictwu Prószyński i S-ka.

19 lutego 2013

"Księżniczka mafii. Moja historia" Marisa Merico

tytuł oryginału: Mafia Princess
tłumaczenie:
Julia Wolin
wydawnictwo: Amber
data wydania: styczeń 2013
liczba stron: 336













Za wyrazem twarzy zawsze jest coś więcej. Patrząc na kogoś, nie dowiesz się, czy jest świętym, czy potworem. Często on sam tego nie wie. I to jest przerażające.
A wy co myślicie patrząc na piękną i uśmiechniętą dziewczynę z okładki? Czy dalibyście wiarę, że w czasach kiedy robiono to zdjęcie była aktywnym członkiem włoskiej mafii? Czy oskarżylibyście ją o przemycanie pieniędzy, narkotyków czy broni?

W żyłach Marisy Merico płynie włoska i angielska krew. Wychowywała się w dwóch różnych środowiskach, kiedy była w Anglii myślała jak Angielka, jednak kiedy wyjeżdżała do Włoch była Włoszką.
Na co dzień mieszkała w Anglii z matką, która teraz żyła skromnie, ale uczciwie i z dala od mafii. Lecz w wakacje wkraczała w całkiem inny świat- pieniędzy, podejrzanych interesów, sekretów i brutalności. Kiedy jechała do ojca, babci i licznej rodziny (zastępów ciotek, wujków i kuzynów) była inną osobą.
Czy kogoś dziwi, że wolała zostać z ojcem? Przynależność do mafii była jakby gratisem (który nota bene i tak otrzymała w dniu swoich urodzin).

Ocena moralna Marisy jest zupełnie bezcelowa, bowiem nikt z nas nie wie jak by postąpił na jej miejscu. Była nastolatką, na dodatek zakochaną. Poprzez przemycanie przeróżnych rzeczy nie robiła nikomu bezpośrednio krzywdy, ale jednocześnie była świadkiem tego jak brutalni są mężczyźni i nie mogła nie domyślać się, że narkotyki niszczą życie, a od kul giną ludzie. Nie przestraszyło jej to, wręcz przeciwnie- czuła się świetnie, bo wiedziała, ze rodzina ochroni ją przed wszystkim, na dodatek wiodła dostatnie życie i podróżowała u boku ukochanego.

Abstrahując od oceny postępowania Marisy, muszę przyznać, że naprawdę dziwnie mi się czytało tę książkę, a to ze względu na jej treść. Cały czas myślałam sobie: naprawdę? Takie rzeczy działy się w prawdziwym świecie? Oglądałam kilka gangsterskich filmów, Ojciec chrzestny przeczytany i nie raz obejrzany, ale... Jakoś łatwiej wyprzeć ze świadomości, że tamta historia bazowała na faktach, natomiast całkiem inaczej czytać autobiografię córki jednego z największych włoskich mafiozów. Na dodatek dziwi mnie to, że wydała książkę o swoich wspomnieniach. Wprawdzie cała stara gwardia została unieszkodliwiona, ale omerta, vendetta...

Wizerunek roli kobiety w mafii jaki ukazuje nam Księżniczka zadziwia. Bowiem nie jest tak, że kobieta w takiej rodzinie siedzi tylko w kuchni i dba o swego męża i dzieci. Wręcz przeciwnie- podczas vendetty to kobieta przejmuje stery, a La Signora, babka Marisy wręcz rozpoczęła mafijną działalność tej akurat rodziny i długo sprawowała rządy.
Po lekturze tej książki można pomyśleć, że Marisa odcięła się od mafii. Niektórzy tak myślą i jest to dla nich pretekstem do podważenia wiarygodności tej książki. Jednak ja nie zauważyłam, aby autorka twardo powiedziała, że nie należy już do mafii. Owszem nie chce tak żyć, ale mafia to też coś więcej niż przemycanie narkotyków lub broni.

Księżniczka mafii to naprawdę ciekawa książka, godna polecenia każdemu kto interesuje się mafią. Jedyne do czego mogę się przyczepić to język. Zdania są krótkie i proste, jednak z drugiej strony nie jest to uciążliwe, a lepiej czyta się czyjeś wspomnienia, kiedy zostały przez niego napisane. Dzięki temu Księżniczkę czyta się błyskawicznie.
Cóż mogę więcej napisać? Szczerze polecam. Ta kobieta wiele przeżyła i myślę, że wyciągnęła odpowiednie wnioski. Poza tym poznajemy nie tylko jej historię, ale także pokrótce historię rodziny Serraino-Di Giovine.

Oceny brak, autobiografii się nie ocenia :)

Za książkę serdecznie dziękuję serwisowi A-G-W oraz wydawnictwu Amber.

Istnieje pewna niezgodność opisu z tylnej okładki z wydarzeniami w książce. Jest tam napisane, że Marisa poznała ojca w wieku 13 lat, a to nie prawda, mocno mnie zdziwiła taka nieścisłość.

03 lutego 2013

"Samobójstwo" Marlena Ledzianowska

wydawnictwo: Novae Res
data wydania: styczeń 2013
liczba stron: 394
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Marlena Ledzianowska podjęła się trudnego, aczkolwiek ciekawego tematu, jak sam tytuł wskazuje- samobójstwa. Albo może raczej depresji, bo to ona najczęściej pcha do targnięcia się na swoje życie. Modne stało się mówienie, że ma się depresję, ale kto jej doświadczył lub ma kogoś bliskiego kto ją miał nie będzie szafował tak łatwo tym słowem. 

Teresa Danielewiczowa to trzydziestoletnia nauczycielka. Do tej pory wykonywała swoją pracę bardzo dobrze i czerpała z niej satysfakcję. Jednak stopniowo natłok obowiązków w pracy i w domu zaczyna ją przytłaczać.
Kacper Winkler to młody mężczyzna, który jest singlem. Do tej pory wiódł spokojne, pełne sukcesów życie. Powodziło mu się w pracy, miał wielu znajomych, często imprezował. Jednak nagle zaczął odczuwać jakąś pustkę, czegoś zaczęło mu w życiu brakować.
Teresa pod wpływem impulsu pisze e-maila do swojego sąsiada-imprezowicza, którym jest Kacper. Żadne z nich nie spodziewa się, że korespondencja nie ograniczy się do jednej wiadomości i że odmieni ich życie. Paradoksalnie kiedy Kacprowi coraz lepiej powodzi się w życiu uczuciowym, Teresa czuje się coraz gorzej.

Niechętnie piszę tą opinię. Niestety książka nie za bardzo przypadła mi do gustu. Główne minusy to przewidywalność i to, że jej treść jest trochę za bardzo rozwleczona. A może inaczej- za dużo słów, za mało treści. Zwłaszcza, że historia jest dość stereotypowa, więc wydarzenia można bez trudu przewidzieć.
Czyta się szybko, bo język jest lekki, ale niestety można się trochę znudzić.

Po Samobójstwie spodziewałam się świeżego i interesującego spojrzenia na temat już dość oklepany. Pod tym względem nie zawiodło mnie zakończenie. Jedynie ono jest zaskakujące.
Trzeba jednak powiedzieć, że autorka podjęła się kilku trudnych tematów, które moim zdaniem dobrze opisała. Ciekawa jest konstrukcja książki. Najpierw jesteśmy świadkami samobójstwa, jak łatwo się można domyślić, Teresy. Wydarzenia, o których czytamy potem, dzieją się przed nim. Taka budowa sygnalizuje, że trzeba się skupić na tym co popchnęło bohaterkę do tej decyzji.

Trudno mi polecić Samobójstwo, bo mnie się nie podobało. Jak już pisałam jest zbyt przewidywalne i nie czuję bym coś z tej książki wyniosła.


ocena: 2,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję serwisowi A-G-W oraz wydawnictwu Novae Res.

08 stycznia 2013

"Drugi przekręt Natalii" Olga Rudnicka

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 10 styczeń 2013 (egzemplarz przedpremierowy)
liczba stron: 496
 opis: 
(opisu z okładki nie radzę czytać, za dużo zdradza z fabuły)












Nie przepadam za polskimi kryminałami, thrillerami, a już na pewno nie za takimi książkami, w których są pojedynki gangów. Ogólnie mało który polski pisarz potrafi zyskać moją sympatię. A Olga Rudnicka... cóż ta pani zjednała sobie moje serce, podstępem! Bo jak tu nie kochać Natalii? I to wszystkich pięciu! 
Kłamią jak najęte, kryminał zamienią w komedię, knują, spiskują, komplikują. I pakują się w kłopoty. Jak zwykle...

Natalie znamy z wydanej w 2011 roku książki Natalii 5 i tam też wpakowały się w niezłą kabałę. Nie będę wyjaśniać całej sytuacji, jeśli nawet ktoś nie czytał poprzedniej książki to może spokojnie przeczytać tę, bowiem wszystko jest ładnie wyjaśnione i przypomniane na początku. (jednak nie radzę- nie przeczytanie rozdziału o nocnych wędrówkach jest wielką stratą!)
Siostry Sucharskie znają Janusza Zawadę, dawnego wspólnika ich ojca, od zaledwie dwóch lat, jednak zdążyły się z nim zżyć i traktują go niemal jak członka rodziny. Kiedy dociera do nich informacja o jego śmierci szybko otrząsają się z szoku i próbując uporządkować sprawy związane z testamentem i pogrzebem... starają się także dowiedzieć kto go zabił. Jak to Natalie, muszą wziąć sprawy w swoje ręce, przecież nie pozostawią dochodzenia policjantom!
Tymczasem w domu Natalii pojawia się coraz więcej mężczyzn, a sprawy coraz bardziej się komplikują, na dodatek okazuje się, że nie znały Zawady tak dobrze jak im się wydawało...

Nie miałam pojęcia, że autorka pisze kolejną część, wprawdzie słyszałam, zaraz po wydaniu Natalii 5, że nie wyklucza możliwości napisania kolejnej książki, której bohaterkami będą Natalie Sucharskie, jednak nie sądziłam, że stanie się to tak szybko. O tym, że wydany zostanie Drugi przekręt Natalii dowiedziałam się dopiero w grudniu, ale jakby było mało szczęścia- zostałam zapytana czy chcę zrecenzować tę książkę... Oczywiście zgodziłam się! I chyba będzie jasne jaka będzie ta recenzja, jeśli napiszę, że już nie mogę się doczekać trzeciej części! 

Oczywiście nie mam pojęcia czy autorka ma zamiar napisać trójkę. Jeśli nie to zawsze pozostaje nam ponowne czytanie tych dwóch książek o Nataliach jakie zostały wydane. Jednak wątpię, bo zakończenie jest takie, że aż człowieka skręca w środku, tak bardzo chce się dowiedzieć co będzie się działo w przyszłości z siostrami Sucharskimi! I wątpię by zostało napisane tylko dlatego, że autorka lubi poznęcać się nad nami, biednymi czytelnikami ;)

W Drugim przekręcie Natalii jest wątek kryminalny, który choć interesujący, wciągający i troszeczkę przewidywalny, to jednak nie wystarczająco przyciągający uwagę przy tej niezwykłej gromadce kobiet, które potrafią skomplikować najprostszą sprawę, ciągle się kłócą, a jednak potrafią się solidaryzować i wzajemnie chronić. W ciągu tych dwóch lat, kiedy mieszkały razem w Mechlinie, niektóre z nich się zmieniły. Niektóre nieco "zmiękły", ale też pokazały pazur (jakby nie miały wystarczająco charakterku!). Nauczyły się także żyć razem, w zgodzie i, o dziwo, współpracować! Choć komiczne wydawało się to ich głosowanie kiedy podejmowały ważną decyzję, która wymagała dyskusji, a nie głosowania... Ale to w końcu siostry Sucharskie ;) Nadal natomiast pozostały jak tornado, w którego epicentrum nikt nie chciałby się znaleźć.
"-(...) Nie ograniczaj jej wolności, nie zamęczaj zazdrością, nie wchodź między nią a siostry, bo będziesz miał przeciwko sobie cały sabat...
-Czy ty mi recytujesz regulamin? (...)
-Zaufaj mi. (...) Będzie ci potrzebny."
Język książki jest lekki, a wciągająca fabuła i wartka akcja sprawiają, że czyta się ją błyskawicznie. Aż żal, że tak szybko! Humor, zabawne scenki i po prostu pięć Natalii sprawiają, że czytanie Drugiego przekrętu to czysta przyjemność.

Kto pokochał Natalie od pierwszego wejrzenia musi przeczytać Drugi przekręt Natalii! Polecam nie tylko fanom Olgi Rudnickiej czy Natalii Sucharskich, ale wszystkim którzy lubią lekką pełną humoru lekturę. Warto!

ocena: 5,5/6
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka

03 stycznia 2013

"Obce dziecko" Alan Hollinghurst

tytuł oryginału: The Stranger’s Child
tłumaczenie:
Hanna Pawlikowska-Gannon
wydawnictwo: Muza
data wydania: wrzesień 2012 
data wydania oryginału: 2011
liczba stron: 616
opis:
(odsyłam do opisu na okładce... którego nie mogę znaleźć w internecie ;) )  










Nie zwracam szczególnej uwagi na blurby, ba czasem nawet na wszystko co jest napisane na okładce, mam mgliste pojęcie o czym jest książka albo do jakiego gatunku należy i to mi wystarcza. Większość ze wspomnianych już blurbów niestety nie jest szczera, a co za tym idzie prawdziwa. I tak często dzieje się, że czytelnik oczekujący wspaniałej lektury otrzymuje po prostu średnią. Szczerze żałuję, ale według mnie tak jest w przypadku Obcego dziecka. 

Trudno napisać w skrócie o czym jest Obce dziecko, uniemożliwia to jego wielowątkowość i ostrożność by nie zdradzić niczego istotnego z treści książki. (odsyłam do opisu z okładki)
Według opisu na okładce jest to saga rodzinna i faktycznie dwie pierwsze części można tak nazwać. Spodobało mi się, że nie jest to konwencjonalna saga, bo losy rodzin Sawle i Valance od trzeciej części do końca książki już jedynie przeplatają się z teraźniejszymi wydarzeniami. Bardzo podobały mi i się dwie pierwsze części książki (jest ich pięć), i gdyby pozostała w takiej konwencji to byłabym na pewno zachwycona.
Na dodatek jest w Obcym dziecku wiele tajemnic, nic dziwnego, bo traktuje o ważnych rodzinach, ostatnie z nich są wyjawiane dopiero na końcu.

Bardzo interesujące było obserwowanie postaci na przestrzeni lat. Wiele z nich zmieniało się diametralnie, niektórzy zaś podążyli w kierunku, który można było przewidzieć. Ciekawie też było czytać o różnych postaciach z różnych perspektyw. Już myślimy, że mamy o kimś wyrobione zdanie, a tu na scenę wkracza osoba mówiąca coś zaskakującego i zastanawiamy się czy dobrze oceniamy danego bohatera.
Niestety przez mnogość postaci autor nie potrafił się skupić na wszystkich przez co nie poznajemy dokładniej ich charakterów.

Ciekawe jest jak kolejne pokolenia postrzegają Cecila Valance'a, który wpływa na niemal każdego bohatera występującego w Obcym dziecku. Jest on postacią niemal mityczną, która nawet zza grobu wpływa na losy innych. To akurat bardzo dobry aspekt tej książki, bo pokazuje, że jaki by człowiek nie był i tak będzie oceniany przez innych, i dobrze i źle.

Niestety to wszystko ginie w zalewie nużącej treści, która każe co i rusz przerywać lekturę i nie pozwala na czytanie zbyt wielu stron jednego dnia. Długie, nic niewnoszące opisy, zamiast skłaniać do podziwu i "wejścia w klimat" raczej irytują i sprawiają, że lektura Obcego dziecka się dłuży. Takie opisy są pożądane, ale albo przy książce mniejszej objętości, albo jeśli autor potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika.

Na dodatek aspekt, który mnie bardzo zirytował- homoseksualiści. Wiedziałam, że będzie taki wątek w Obcym dziecku i nie miałam nic przeciwko. Ale co za dużo to niezdrowo. Ja rozumiem, że to swego rodzaju manifest, ale po pierwsze geje już nie są traktowani jak zło, które koniecznie trzeba usunąć z tego świata, a poza tym 11 (tak tylu naliczyłam! i to tylko ci co do których jest pewność, zasadniczo jest ich 15) gejów w jednej książce!? Poważnie?! (I tylko jedna lesbijka...) Duża przesada i ostatecznie wypada to dość żałośnie.

Książka ma znaczące wady, które być może niektórych zniechęcą, jednak ma też interesujące wątki i lepsze momenty. Być może warto dla nich przez nią przebrnąć, a może kogoś zauroczą opisy i klimat Obcego dziecka i będzie zachwycony. Tego nie wiem, ale nie zniechęcam, niestety też nie mogę z czystym sumieniem polecić.

ocena: 3/6

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza.