tytuł oryginału: Petals on the Wind
tłumaczenie: Elżbieta Podolska
czas trwania: 12 godz. 36 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1980
opis:
"Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy! Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów! Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości."
Rodzeństwo po ucieczce z Foxworth Hall trafia
przypadkiem do domu lekarza, Paula. Ten przygarnia ich
i opiekuje się nimi. Dzięki
niemu wracają do zdrowia i normalnego życia.
Początek
bardzo mi się nie podobał. Za dużo fartu, za dużo zbiegów okoliczności,
wszystko poszło za łatwo. Aż mi się chciało śmiać z ich rozmów z
doktorem. Były źle napisane, jakbym tym razem czytała jakieś tanie
czytadło...
A później było tylko gorzej!
Cathy
Dollanganger zasłużyła u mnie na miano najbardziej irytującej bohaterki
literackiej! To co robiła, co myślała, miałam tego dość! Ciągle
dokonywała takich wyborów, aby sobie tylko skomplikować życie. Ta jej
chęć zemsty, niemożność opanowania gniewu bardzo kontrastowała z tym, że
pozwoliła aby traktowano ją jak zwykłą ścierę. Złapała życie w swoje
ręce? Nie szkodzi, da sobą kierować, zwłaszcza przez męża, którego nie
kocha...
Biorę pod uwagę to, że wpłynęły na nią wydarzenia z dzieciństwa, denerwuje mnie jedynie niekonsekwencja.
Virginia
C. Andrews napisała coś co podchodzi pod erotyk, na początku głównie
czytamy o tym, że Cathy ma na kogoś ochotę albo ktoś ma ochotę na Cathy.
W jej życiu jest (w zasadzie) jedynie czterech mężczyzn, każdego kocha,
z każdym współżyła... Głównie to zaważyło na niskiej ocenie książki
Andrews- ta książka jest po prostu nudna. Nie interesują mnie takie
płytkie książki o niczym.
No dobrze, w sumie ta książka jest o
dążeniu Cathy do spełnienia jej marzenia (co jednak zostaje przyćmione
przez te wszystkie romanse) oraz o zemście. Zemsta faktycznie pod koniec
wysuwa się na pierwszy plan, ale jest to końcówka książki i po tylu stronach takiej lektury i tak miałam dość.
Dodatkowo
baaardzo niska wiarygodność zdarzeń zwłaszcza pod koniec, dziwne opisy,
to wszystko bardzo mnie irytowało. A kiedy opowiadałam o wydarzeniach z
książki mojemu ukochanemu on pytał tylko: dlaczego ty to nadal czytasz?
O ile jeszcze Kwiaty na poddaszu mogłabym polecić, tak Płatki zdecydowanie odradzam!
czas trwania: 1 godz 28 min.
premiera świat: maj 2014
Podobnie jak książka film mniej mi się podobał, ale było zdecydowanie bardziej znośnie. Filmowcy ograniczyli trochę porcję melodramatu jaką zaserwowała Andrews.
Widać spore zmiany w obsadzie, co w sumie nie dziwi. Na szczęście nie jest to bardzo widoczne, a obsada drugiej części poradziła sobie dobrze. Nikt mnie nie oczarował, ale też nikt nie zdenerwował.
Jestem jednak zawiedziona wątkiem kariery Cathy. Rozumiem, że rozwijanie go zabrałoby więcej czasu, ale jej postać dużo na tym straciła.
Ogólnie jako film ujdzie, choć był moment kiedy byłam zdziwiona tym, że film z tego roku przedstawiał tak niski poziom techniczny (scena w samochodzie i wypadek).
Dla zainteresowanych poleciłabym jednak bardziej film niż książkę. Rzadko można coś takiego usłyszeć, ale w tym przypadku to mniejsze zło.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat książki. Pokaż wszystkie posty
30 października 2016
28 października 2016
"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Adnrews i 2x..."Kwiaty na poddaszu" (Deborah Chow oraz Jeffrey Bloom)
tytuł oryginału: Flowers in the Attic
tłumaczenie: Bożena Wiercińska
czas trwania: 12 godz. 22 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1979
opis:
"Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości.
Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy. "
Virginia C. Andrews od pierwszych stron przykuła moją uwagę. Mocno wciągnęłam się w opowieść Cathy Dollanganger, która najpierw wspomina swoje szczęśliwe dzieciństwo z kochającą matką, cudownym ojcem i trójką rodzeństwa. Sielanka kończy się, kiedy ojciec umiera, a rodzeństwo wraz z matką musi przeprowadzić się do dziadków. Sprawa jest jednak... trochę skomplikowana. Otóż, dziadek, właściciel ogromnej fortuny, niegdyś wydziedziczył jej matkę, a ona wracając ma nadzieję zjednać sobie na nowo jego serce i odzyskać dziedzictwo. Aby to osiągnąć musi wrócić sama, więc razem ze swoją matką zamyka dzieci w pokoju w nieużywanym skrzydle rezydencji swoich rodziców.
Mniej więcej do tego momentu byłam zachwycona i pochłonięta. Później Andrews miała tylko moją uwagę, jednak nadal bardzo skupioną.
W zasadzie książkę Virginii czyta się jedynie dla samej opowieści. Ani nie jest napisana pięknym językiem, ani nie zawiera jakiegoś oryginalnego przesłania. Historia jest wstrząsająca i jedynie na tym bazuje autorka, to zajmuje czytelnika. Szczerze mówiąc naprawdę mną wstrząsnęła, wiem, że książka nie jest oparta na faktach, ale... Spójrzmy prawdzie w oczy, na świecie żyje tylu pojebów, że to mogło się zdarzyć. I zupełnie bez powodu właśnie tak na to patrzyłam- jakby to się naprawdę zdarzyło.
Jednak kilka linijek wyżej wspomniałam, że tylko z początku byłam zachwycona. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbyt dużą jak dla mnie dawkę melodramatu. Było tam kilka wydarzeń, które były trochę przesadzone. Autorka je usprawiedliwiła, ale i tak były jak nieznośna drzazga wbita w ciało- przeszkadzały.
Dodatkowo nie wiem czy autorka nie popełniła co najmniej dwóch błędów, nie jestem ich jednak pewna, więc nie wymienię, sygnalizuję tylko istniejące niejasności.
Kwiatów na poddaszu słuchałam, czytała je Kamila Baar. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty. Czytała płynnie, dbała o odpowiednią intonację. Wprawdzie czasem jej interpretacja nie do końca odpowiadała moim odczuciom, ale to rzecz drugorzędna. Na dodatek próbowała też nadać każdej postaci indywidualny głos, co jej całkiem nieźle wyszło. Sprawiła, że słuchanie tej powieści nie było monotonne, nie zdarzało mi się też raczej odpłynąć myślami. 6+!
Pomimo, że nie jestem zachwycona lekturą książki Virginii C. Andrews poleciłabym ją jeśli spodobał ci się opis. Ma pewne mankamenty, ale są one do przełknięcia, zwłaszcza jeśli książkę się pochłania- mi zajęła jedynie dwa dni, jak na mnie to bardzo mało. Byłam ciekawa kontynuacji, więc sięgnęłam po nią od razu, już za niedługo podzielę wrażeniami z lektury.
czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: styczeń 2014
Nie mogę się powstrzymać, aby na samym początku nie wytknąć filmowcom ich ogromnego przewinienia względem książki- niezgodności.
I, kochani, to nie jest kilka przeinaczonych scen, ot drobiazgi. To jest wypaczenie postaci i zdarzeń tak, że ci z książki i ci z filmu diametralnie się różnią. Choć na pozór przecież dostajemy to co w książce- rodzeństwo zamknięte na poddaszu, które po kilku tragicznych wydarzeniach w końcu ucieka. Jednak to co dzieje się pomiędzy nimi, to jak są przedstawieni poprzez ich czyny, sprawia, że otrzymujemy historię całkiem innych ludzi. No właśnie- to historia innych ludzi i to mnie denerwowało.
Dodatkowo to jak wypaczona została postać babci zasługuje na jakąś karę... No i jej relacja z Corinne. Wszystko wyszło zarazem dziwne i śmieszne, przynajmniej z perspektywy kogoś kto czytał książkę.
Film mną niestety nie wstrząsnął, oczywiście trudno o wstrząs jeśli zna się całą historię, po prostu jakoś żadna ze scen nawet nie zapadła mi w pamięci. Jednak zabrakło mi czegoś, być może dobrej gry aktorskiej, która jakoś uwydatniłaby co przeżywały dzieci. Nie widziałam między dziećmi żadnej relacji, a przecież w książce tyle tego było: Chris i Cathy jako rodzice dla Corriego i Carry, powstające między nimi napięcie, ich wzajemna miłość.
Na dodatek rozczarowała mnie rezydencja Foxworth Hall. Była zdecydowanie za mała! Oczywiście większa od zwykłego domu, ale jedynie odrobinę. To sprawiło, że historia wydała się mniej wiarygodna, bo jak dzieci mogłyby bawić się na poddaszu, tańczyć, skakać, słuchać muzyki i być niezauważone, jeśli dom byłby tak mały?
Jeszcze wspomnę o zabawnej kwestii- w filmie naprawiają błąd Andrews, który pojawia się w drugiej części :) Powiem tylko, że chodzi o historię z kluczem.
Jeśli zastanawiacie się czy warto obejrzeć ten film to raczej odradzam. Najlepiej albo przeczytać książkę, albo darować sobie tę historię.
czas trwania: 1 godz. 33 min.
premiera świat: listopad 1987
Z jakiegoś powodu pomyślałam, że może pierwsza ekranizacja Kwiatów na poddaszu będzie lepsza. Jak ja się myliłam!
W filmie z 2014 roku były niezgodności, ale tu to już naprawdę zupełnie inna historia. Nawet zakończenie. W sumie nie dziwię się, że zrobili nowy film. Ten stary to zamknięta historia, nie ma części drugiej i nie będzie.
Generalnie historia może by mi się spodobała, ale widać, że to stary film. Dziwna muzyka, naprawdę dziwna i jakby "odstająca", nie pasowała do filmu, nie stapiała się
z obrazem. Gra aktorska też taka sobie, zwłaszcza głównej bohaterki. Sceny kiedy krzyczała były komiczne.
Jeden plus! Rezydencja Foxworth Hall zdecydowanie taka jak ją sobie wyobrażałam. Nie dom, a rezydencja.
Względem książki historia została mocno okrojona, wiele wydarzeń pominięto. Na dodatek należy pamiętać, że w 1,5 godziny zmieścili nie tylko książkę, ale dodatkowe i zakończenie całej historii.
Starszej wersji zdecydowanie nie polecam.
tłumaczenie: Bożena Wiercińska
czas trwania: 12 godz. 22 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1979
opis:
"Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości.
Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy. "
Virginia C. Andrews od pierwszych stron przykuła moją uwagę. Mocno wciągnęłam się w opowieść Cathy Dollanganger, która najpierw wspomina swoje szczęśliwe dzieciństwo z kochającą matką, cudownym ojcem i trójką rodzeństwa. Sielanka kończy się, kiedy ojciec umiera, a rodzeństwo wraz z matką musi przeprowadzić się do dziadków. Sprawa jest jednak... trochę skomplikowana. Otóż, dziadek, właściciel ogromnej fortuny, niegdyś wydziedziczył jej matkę, a ona wracając ma nadzieję zjednać sobie na nowo jego serce i odzyskać dziedzictwo. Aby to osiągnąć musi wrócić sama, więc razem ze swoją matką zamyka dzieci w pokoju w nieużywanym skrzydle rezydencji swoich rodziców.
Mniej więcej do tego momentu byłam zachwycona i pochłonięta. Później Andrews miała tylko moją uwagę, jednak nadal bardzo skupioną.
W zasadzie książkę Virginii czyta się jedynie dla samej opowieści. Ani nie jest napisana pięknym językiem, ani nie zawiera jakiegoś oryginalnego przesłania. Historia jest wstrząsająca i jedynie na tym bazuje autorka, to zajmuje czytelnika. Szczerze mówiąc naprawdę mną wstrząsnęła, wiem, że książka nie jest oparta na faktach, ale... Spójrzmy prawdzie w oczy, na świecie żyje tylu pojebów, że to mogło się zdarzyć. I zupełnie bez powodu właśnie tak na to patrzyłam- jakby to się naprawdę zdarzyło.
Jednak kilka linijek wyżej wspomniałam, że tylko z początku byłam zachwycona. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbyt dużą jak dla mnie dawkę melodramatu. Było tam kilka wydarzeń, które były trochę przesadzone. Autorka je usprawiedliwiła, ale i tak były jak nieznośna drzazga wbita w ciało- przeszkadzały.
Dodatkowo nie wiem czy autorka nie popełniła co najmniej dwóch błędów, nie jestem ich jednak pewna, więc nie wymienię, sygnalizuję tylko istniejące niejasności.
Kwiatów na poddaszu słuchałam, czytała je Kamila Baar. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty. Czytała płynnie, dbała o odpowiednią intonację. Wprawdzie czasem jej interpretacja nie do końca odpowiadała moim odczuciom, ale to rzecz drugorzędna. Na dodatek próbowała też nadać każdej postaci indywidualny głos, co jej całkiem nieźle wyszło. Sprawiła, że słuchanie tej powieści nie było monotonne, nie zdarzało mi się też raczej odpłynąć myślami. 6+!
Pomimo, że nie jestem zachwycona lekturą książki Virginii C. Andrews poleciłabym ją jeśli spodobał ci się opis. Ma pewne mankamenty, ale są one do przełknięcia, zwłaszcza jeśli książkę się pochłania- mi zajęła jedynie dwa dni, jak na mnie to bardzo mało. Byłam ciekawa kontynuacji, więc sięgnęłam po nią od razu, już za niedługo podzielę wrażeniami z lektury.
czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: styczeń 2014
Nie mogę się powstrzymać, aby na samym początku nie wytknąć filmowcom ich ogromnego przewinienia względem książki- niezgodności.
I, kochani, to nie jest kilka przeinaczonych scen, ot drobiazgi. To jest wypaczenie postaci i zdarzeń tak, że ci z książki i ci z filmu diametralnie się różnią. Choć na pozór przecież dostajemy to co w książce- rodzeństwo zamknięte na poddaszu, które po kilku tragicznych wydarzeniach w końcu ucieka. Jednak to co dzieje się pomiędzy nimi, to jak są przedstawieni poprzez ich czyny, sprawia, że otrzymujemy historię całkiem innych ludzi. No właśnie- to historia innych ludzi i to mnie denerwowało.
Dodatkowo to jak wypaczona została postać babci zasługuje na jakąś karę... No i jej relacja z Corinne. Wszystko wyszło zarazem dziwne i śmieszne, przynajmniej z perspektywy kogoś kto czytał książkę.
Film mną niestety nie wstrząsnął, oczywiście trudno o wstrząs jeśli zna się całą historię, po prostu jakoś żadna ze scen nawet nie zapadła mi w pamięci. Jednak zabrakło mi czegoś, być może dobrej gry aktorskiej, która jakoś uwydatniłaby co przeżywały dzieci. Nie widziałam między dziećmi żadnej relacji, a przecież w książce tyle tego było: Chris i Cathy jako rodzice dla Corriego i Carry, powstające między nimi napięcie, ich wzajemna miłość.
Na dodatek rozczarowała mnie rezydencja Foxworth Hall. Była zdecydowanie za mała! Oczywiście większa od zwykłego domu, ale jedynie odrobinę. To sprawiło, że historia wydała się mniej wiarygodna, bo jak dzieci mogłyby bawić się na poddaszu, tańczyć, skakać, słuchać muzyki i być niezauważone, jeśli dom byłby tak mały?
Jeszcze wspomnę o zabawnej kwestii- w filmie naprawiają błąd Andrews, który pojawia się w drugiej części :) Powiem tylko, że chodzi o historię z kluczem.
Jeśli zastanawiacie się czy warto obejrzeć ten film to raczej odradzam. Najlepiej albo przeczytać książkę, albo darować sobie tę historię.
czas trwania: 1 godz. 33 min.
premiera świat: listopad 1987
Z jakiegoś powodu pomyślałam, że może pierwsza ekranizacja Kwiatów na poddaszu będzie lepsza. Jak ja się myliłam!
W filmie z 2014 roku były niezgodności, ale tu to już naprawdę zupełnie inna historia. Nawet zakończenie. W sumie nie dziwię się, że zrobili nowy film. Ten stary to zamknięta historia, nie ma części drugiej i nie będzie.
Generalnie historia może by mi się spodobała, ale widać, że to stary film. Dziwna muzyka, naprawdę dziwna i jakby "odstająca", nie pasowała do filmu, nie stapiała się
z obrazem. Gra aktorska też taka sobie, zwłaszcza głównej bohaterki. Sceny kiedy krzyczała były komiczne.
Jeden plus! Rezydencja Foxworth Hall zdecydowanie taka jak ją sobie wyobrażałam. Nie dom, a rezydencja.
Względem książki historia została mocno okrojona, wiele wydarzeń pominięto. Na dodatek należy pamiętać, że w 1,5 godziny zmieścili nie tylko książkę, ale dodatkowe i zakończenie całej historii.
Starszej wersji zdecydowanie nie polecam.
Etykiety:
2016,
audiobook,
dramat,
dreszczowiec,
Filmy,
Książka i jej ekranizacja,
lit. amerykańska,
Rodzina Dollangangerów,
saga rodzinna,
Świat książki,
Virginia C. Andrews
26 czerwca 2016
Weekend z Jane Austen. Niedziela: Opactwo Northanger
tytuł oryginału: Northanger Abbey
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 1817 (wydanie pośmiertne)
liczba stron: 240
opis:
"Napisana z finezją i humorem parodia popularnych na przełomie XVIII i XIX stulecia powieści gotyckich.
Młoda i przemiła, choć trochę naiwna panna Katarzyna Morland jest zafascynowana powieściami gotyckimi. Gdy poznaje nowych przyjaciół i zostaje przez nich zaproszona do starego opactwa Northanger, ma nadzieję, że uda jej się odkryć jakąś niewyjaśnioną od lat tajemnicę i przeżyć przygodę. Znajduje jednak coś zupełnie innego. Coś, o czym skrycie marzyła…"
Moje drugie spotkanie z Jane Austen było o wiele bardziej udane niż poprzednie. Zaczęłam od światowej klasyki romansu i chyba najbardziej znanej powieści- Dumy i uprzedzenia. Niestety nie spodobała mi się. Natomiast
o Opactwie wcześniej nawet nie słyszałam.
Podejrzewam, że fabuła książek Austen jest bardzo podobna- czyli mamy młodą damę, która zakochuje się
w jakimś mężczyźnie. Nie będę tworzyć własnego opisu, bo trochę to bezcelowe, poza tym nie chciałabym zdradzić żadnych istotnych szczegółów, co nie byłoby takie trudne, ponieważ książka ta liczy niewiele ponad 200 stron.
Warto jednak wspomnieć, że nasza młoda dama, czyli Katarzyna, jest osobą roztrzepaną, naiwną i o czystym sercu i szczerych intencjach. Na dodatek jest to pełnokrwisty mol książkowy, który nie boi się, że zostanie źle osądzona przez to, że czyta tylko powieści.
Myślę, że na pozytywny odbiór Opactwa miało wpływ zasłyszane stwierdzenie, że książki Austen to przede wszystkim humor. Jedno krótkie stwierdzenie, ale dało mi do myślenia. Wymyśliłam w końcu, że nie ma sensu oczekiwać tego czego oczekiwałam przed lekturą Dumy i uprzedzenia- czyli ochów, achów, wielkiej literatury
i czegoś niesamowitego. Powiedziałam więc sobie wrzuć na luz, i zamiast nadziei na niesamowite doznania literackie nastawiłam się na lekką książkę, romans, oderwanie od rzeczywistości.
Uważam, że z takim właśnie nastawieniem powinniście sięgać po książki Austen, o ile jeszcze żadnej nie czytaliście.
I jak to się sprawdziło? Znakomicie! Okazało się, że bardzo wciągnęłam się w fabułę i nawet przeżywałam spore emocje- denerwowałam się na niektórych, cieszyłam z główną bohaterką, czułam ogromne zaciekawienie Northanger i bawiły mnie żarty Henry'ego (no, może tylko czasem).
Pomijam już nawet fakt, iż jest to parodia powieści gotyckich, co jest ważną informacją i powinniście to wiedzieć zanim przystąpicie do lektury.
Przypuszcza się, iż Opactwo Northanger to książka napisana
bardziej "dla rozrywki rodziny, do czytania przy kominku", jednak była
to pierwsza książka Austen przygotowana do druku. Niestety nie doszło to
do skutku i została wydana dopiero po śmierci autorki.
Forma powieści jest dość nietypowa- autorka nazywa Katarzynę "naszą heroiną", zwraca się bezpośrednio do czytelnika, a kończy powieść w taki sposób, abyśmy odnieśli wrażenie, iż czytamy opis losów jej przyjaciół.
Tym razem na szczęście nie przeszkadzał mi język, widać wtedy miałam jakiś gorszy czas i zdecydowanie nie powinnam była sięgać po tak starą książkę. A do sposobu prowadzenia dialogów jakoś się już przyzwyczaiłam.
Bohaterowie tej książki to dość barwny korowód, nie będę za wiele zdradzać, abyście mieli tę przyjemność sami odkrywać jakimi osobami się okazują. Napiszę tylko, że główna bohaterka, czyli Katarzyna, jest dość naiwną młodą osobą, momentami może denerwować! Ale są momenty, że jest po prostu urocza. Taka kreacja wynika z faktu iż Opactwo jest parodią. A wybranek jej serca okazuje się mniej bezbarwną postacią niż w większości romansów, jest inteligentny, dowcipny i zadziorny. To chyba pierwszy książkowy amant, na którym mogłabym się zdecydować na dłużej "zawiesić oko" :)
Sam wątek miłości dwojga ludzi także nie jest typowy, tak naprawdę miłość głównej bohaterki jest trochę na dalszym planie, a jej opis, który serwuje nam Austen jest dość nietypowy. Autorka bowiem pozwala sobie na osądzenie go, a jej osąd bynajmniej nie brzmi on tak cukierkowo jak można się spodziewać po takiej powieści.
Opactwo Northanger to lekka książka, przy której łatwo się zrelaksujecie. Polecam ją, ale pamiętajcie z jakim nastawieniem :)
reżyseria: Jon Jones
czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: 2007
Również ekranizacja bardziej mi się podobała od Dumy i uprzedzenia. Przede wszystkim wynika to z tego, iż bardziej przypadła mi do gustu historia
z powieści.
Dodatkowo moim zdaniem aktorzy o wiele lepiej się spisali. Felicity Jones (główna bohaterka, Katarzyna) jest śliczna i zagrała całkiem dobrze, jedyne co mi przeszkadzało to to, że ciągle rozdziawiała usta, ta mina była irytująca. Chyba inspirowała się grą Katharine Schlesinger z ekranizacji z roku 1986, to nie był dobry pomysł. John Feild (główny bohater, Henryk) był doprawdy uroczy, Liam Cunningham, jego filmowy ojciec, odegrał swoją rolę ponurego
i przerażającego generała. A William Beck sprawdził się w roli podstępnego i nieco wężowego (nie mogę znaleźć innego określenia! dodatkowo stale kojarzył mi się z serialowym Theonem Greyjoyem) rywala, który czyha tylko na bogatą (potencjalną) małżonkę.
Całość była przyjemna dla oka i ucha- całkiem ładne widoki i nieźle dobrana muzyka.
Fabuła została naprawdę dobrze przedstawiona, zredukowano niewiele wątków, a nawet coś dodano. Film jest bowiem przetykany wstawkami z marzeń i snów Katarzyny. Nie do końca mi się to spodobało, ale przeżyłam ;) Nie było to oryginalne, ponieważ Jon Jones zwyczajnie powielił pomysł Gilesa Fostera, reżysera adaptacji z roku 1986. Na ten film jedynie zerknęłam, w zasadzie go sobie przewinęłam. Nie spodobała mi się gra Schlesinger, pozostali aktorzy też mnie jakoś zniechęcili, do tego wyglądali dość zabawnie. Nie wiem, która ekranizacja jest pod względem strojów i fryzur bliższa prawdy, ale zdecydowanie milsza dla oka jest ta z 2007 roku.
Raczej poleciłabym tym, którzy czytali książkę, ale myślę, że i bez tego możecie czerpać przyjemność
z seansu, trzeba tylko lubić takie historie.
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 1817 (wydanie pośmiertne)
liczba stron: 240
opis:
"Napisana z finezją i humorem parodia popularnych na przełomie XVIII i XIX stulecia powieści gotyckich.
Młoda i przemiła, choć trochę naiwna panna Katarzyna Morland jest zafascynowana powieściami gotyckimi. Gdy poznaje nowych przyjaciół i zostaje przez nich zaproszona do starego opactwa Northanger, ma nadzieję, że uda jej się odkryć jakąś niewyjaśnioną od lat tajemnicę i przeżyć przygodę. Znajduje jednak coś zupełnie innego. Coś, o czym skrycie marzyła…"
Moje drugie spotkanie z Jane Austen było o wiele bardziej udane niż poprzednie. Zaczęłam od światowej klasyki romansu i chyba najbardziej znanej powieści- Dumy i uprzedzenia. Niestety nie spodobała mi się. Natomiast
o Opactwie wcześniej nawet nie słyszałam.
Podejrzewam, że fabuła książek Austen jest bardzo podobna- czyli mamy młodą damę, która zakochuje się
w jakimś mężczyźnie. Nie będę tworzyć własnego opisu, bo trochę to bezcelowe, poza tym nie chciałabym zdradzić żadnych istotnych szczegółów, co nie byłoby takie trudne, ponieważ książka ta liczy niewiele ponad 200 stron.
Warto jednak wspomnieć, że nasza młoda dama, czyli Katarzyna, jest osobą roztrzepaną, naiwną i o czystym sercu i szczerych intencjach. Na dodatek jest to pełnokrwisty mol książkowy, który nie boi się, że zostanie źle osądzona przez to, że czyta tylko powieści.
Myślę, że na pozytywny odbiór Opactwa miało wpływ zasłyszane stwierdzenie, że książki Austen to przede wszystkim humor. Jedno krótkie stwierdzenie, ale dało mi do myślenia. Wymyśliłam w końcu, że nie ma sensu oczekiwać tego czego oczekiwałam przed lekturą Dumy i uprzedzenia- czyli ochów, achów, wielkiej literatury
i czegoś niesamowitego. Powiedziałam więc sobie wrzuć na luz, i zamiast nadziei na niesamowite doznania literackie nastawiłam się na lekką książkę, romans, oderwanie od rzeczywistości.
Uważam, że z takim właśnie nastawieniem powinniście sięgać po książki Austen, o ile jeszcze żadnej nie czytaliście.
I jak to się sprawdziło? Znakomicie! Okazało się, że bardzo wciągnęłam się w fabułę i nawet przeżywałam spore emocje- denerwowałam się na niektórych, cieszyłam z główną bohaterką, czułam ogromne zaciekawienie Northanger i bawiły mnie żarty Henry'ego (no, może tylko czasem).
Pomijam już nawet fakt, iż jest to parodia powieści gotyckich, co jest ważną informacją i powinniście to wiedzieć zanim przystąpicie do lektury.
![]() |
| Tak właśnie można wyglądać podczas lektury "Opactwa" :) |
Forma powieści jest dość nietypowa- autorka nazywa Katarzynę "naszą heroiną", zwraca się bezpośrednio do czytelnika, a kończy powieść w taki sposób, abyśmy odnieśli wrażenie, iż czytamy opis losów jej przyjaciół.
Tym razem na szczęście nie przeszkadzał mi język, widać wtedy miałam jakiś gorszy czas i zdecydowanie nie powinnam była sięgać po tak starą książkę. A do sposobu prowadzenia dialogów jakoś się już przyzwyczaiłam.
Bohaterowie tej książki to dość barwny korowód, nie będę za wiele zdradzać, abyście mieli tę przyjemność sami odkrywać jakimi osobami się okazują. Napiszę tylko, że główna bohaterka, czyli Katarzyna, jest dość naiwną młodą osobą, momentami może denerwować! Ale są momenty, że jest po prostu urocza. Taka kreacja wynika z faktu iż Opactwo jest parodią. A wybranek jej serca okazuje się mniej bezbarwną postacią niż w większości romansów, jest inteligentny, dowcipny i zadziorny. To chyba pierwszy książkowy amant, na którym mogłabym się zdecydować na dłużej "zawiesić oko" :)
![]() |
| Źródło: wikipedia. |
Opactwo Northanger to lekka książka, przy której łatwo się zrelaksujecie. Polecam ją, ale pamiętajcie z jakim nastawieniem :)
reżyseria: Jon Jones
czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: 2007
Również ekranizacja bardziej mi się podobała od Dumy i uprzedzenia. Przede wszystkim wynika to z tego, iż bardziej przypadła mi do gustu historia
z powieści.
Dodatkowo moim zdaniem aktorzy o wiele lepiej się spisali. Felicity Jones (główna bohaterka, Katarzyna) jest śliczna i zagrała całkiem dobrze, jedyne co mi przeszkadzało to to, że ciągle rozdziawiała usta, ta mina była irytująca. Chyba inspirowała się grą Katharine Schlesinger z ekranizacji z roku 1986, to nie był dobry pomysł. John Feild (główny bohater, Henryk) był doprawdy uroczy, Liam Cunningham, jego filmowy ojciec, odegrał swoją rolę ponurego
i przerażającego generała. A William Beck sprawdził się w roli podstępnego i nieco wężowego (nie mogę znaleźć innego określenia! dodatkowo stale kojarzył mi się z serialowym Theonem Greyjoyem) rywala, który czyha tylko na bogatą (potencjalną) małżonkę.
Całość była przyjemna dla oka i ucha- całkiem ładne widoki i nieźle dobrana muzyka.
Fabuła została naprawdę dobrze przedstawiona, zredukowano niewiele wątków, a nawet coś dodano. Film jest bowiem przetykany wstawkami z marzeń i snów Katarzyny. Nie do końca mi się to spodobało, ale przeżyłam ;) Nie było to oryginalne, ponieważ Jon Jones zwyczajnie powielił pomysł Gilesa Fostera, reżysera adaptacji z roku 1986. Na ten film jedynie zerknęłam, w zasadzie go sobie przewinęłam. Nie spodobała mi się gra Schlesinger, pozostali aktorzy też mnie jakoś zniechęcili, do tego wyglądali dość zabawnie. Nie wiem, która ekranizacja jest pod względem strojów i fryzur bliższa prawdy, ale zdecydowanie milsza dla oka jest ta z 2007 roku.
Raczej poleciłabym tym, którzy czytali książkę, ale myślę, że i bez tego możecie czerpać przyjemność
z seansu, trzeba tylko lubić takie historie.
![]() |
25 czerwca 2016
Weekend z Jane Austen. Sobota: Duma i uprzedzenie
tytuł oryginału: Pride and Prejudice
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 1813
liczba stron: 368
opis:
Rzecz dzieje się na angielskiej prowincji na przełomie XVIII i XIX wieku. Niezbyt zamożni państwo Bennetowie mają nie lada kłopot – nadeszła pora, by wydać za mąż ich pięć dorosłych córek. Sęk w tym, że niełatwo jest znaleźć odpowiedniego męża na prowincji. Pojawia się jednak iskierka nadziei, bo oto posiadłość po sąsiedzku postanawia dzierżawić pewien młody człowiek, przystojny i bogaty...
Mała uwaga: ten tekst napisałam po przeczytaniu książki (a było to pod koniec marca), nie pojawił się od razu na blogu z uwagi na to, że planowałam obejrzeć więcej ekranizacji, a nawet serial. Niestety nie wyszło.
Pisząc o tej książce muszę wspomnieć, że nie trafiła na najlepszy dla siebie czas. Okazało się, że nie bardzo mam ochotę na romans. Generalnie raczej rzadko miewam ochotę, bo nie przepadam za tym gatunkiem, już prędzej obejrzę komedię romatyczną. Ale to szeroko pojęta klasyka, więc wiedziałam, że kiedyś wreszcie musiał nadejść ten dzień, w którym po nią sięgnę.
Nie będę pisać szerzej o czym jest Duma i uprzedzenie, nie widzę takiej potrzeby. Zresztą gdybym zdradziła więcej z fabuły to w zasadzie nie byłoby sensu, abyście po nią sięgali. Książka Jane Austen nie zachwyciła mnie ani trochę, momentami śmieszyła, więc jako takiej rozrywki dostarczyła, ale w zasadzie przeczytałam ją, bo przeczytałam, bez większych emocji. To takie czytadło, tylko że nie czytało mi się jej tak lekko jak zazwyczaj w takich przypadkach. Niestety, ale język bywał dla mnie jako współczesnego czytelnika nieco toporny. Czasem też nie wiedziałam czy do końca rozumiem co dana postać ma na myśli, ale też zapewne była to wina tego, że czasem wypowiedzi były zawoalowane.
Nie podobał mi się sposób prowadzenia dialogów, to że czasem bywały nagle urywane i tylko streszczone. Trochę mnie to momentami denerwowało, bo sprawiało, że lektura była dość monotonna, co jest zapewne ironią, bo przypuszczam, że zabieg ten miał właśnie przyśpieszyć akcję i nie zanudzać czytelnika oczywistościami (mnie i tak nudziły momentami inne rozmowy, także...). Jakoś nie pasowało mi takie streszczanie wypowiedzi, jakbym nie mogła przez to lepiej poznać bohaterów. Choć ten fragment na zdjęciu powyżej jeszcze nie jest najgorszym przykład, bywały takie momenty, które bardziej mnie denerwowały, bo byłam ciekawa jak by coś takiego powiedziała dana postać, albo co dokładnie by powiedziała.
Także przedstawienie postaci pobocznych było zrealizowane dość niefortunnie. Liczyli się tylko główni bohaterowie, o reszcie autorka nie miała za wiele do powiedzenia, albo zbywała je zdawkowym zdaniem, albo
w ogóle nie poświęcała im miejsca, co najwyżej zajęła się ich ubiorem czy zachowaniem w danej chwili. Tak jak poniżej- większość pobocznych postaci nie odznaczała się w ogóle niczym...
Również irytowało mnie pisanie hrabstwo X, pułkownik X, miasteczko X. Nie rozumiem czemu to miało służyć. Austen inspirowała się prawdziwymi wydarzeniami i nie mogła niektórych nazw zdradzić czy zabrakło jej fantazji?
Jeszcze taka mała dygresja. Myślę, że niektórzy pomijają to w jakiej epoce Duma i uprzedzenie została napisana i w jakich czasach rozgrywa się akcja. Widać to na przykład przy krytyce pana Darcy'ego. Ludzie lubią wyśmiewać literackie wzorce kobiet, ale nie wezmą pod uwagę pewnych okoliczności. Tutaj zanim się coś napisze naprawdę należy wziąć pod uwagę tło historyczne.
Generalnie nie jest to książka, którą będę gorąco polecała, nie spodobał mi się styl Austen, Duma i uprzedzenie nie porwała mnie jakoś szczególnie, choć nie powiem, że całość była mi zupełnie obojętna. Momentami byłam ciekawa co wydarzy się dalej, niestety były też takie fragmenty, które mnie znudziły. Mimo, że ja jako tako nie polecam, to myślę, że warto wziąć ją pod uwagę, właśnie z uwagi na status klasyki, chociażby dlatego, że warto wiedzieć o czym mówią inni.
Czas trwania: 2 godz. 7 min.
Premiera świat: 25 lipca 2005
Premiera Polska: 13 stycznia 2006
Film jest dość wierną ekranizacją książki i jako taki nawet mi się spodobał. Wszystko zostało dobrze oddane na dużym ekranie. Niestety jakoś, albo może przez to, że to taka wierna ekranizacja, nie spodobał mi się, nie porwał mnie. Niewiele mogę o nim napisać, bo to taka lekka historyjka, do obejrzenia tylko raz.
Jeśli chodzi o aktorów to żadne z głównych bohaterów mi się nie spodobało. Keira Knightley zagrała... dziwnie. Te jej uśmiechy i chichy były tylko powodem do szyderczych parsknięć, zwłaszcza, że śmiała się też
w mało zrozumiałych momentach (a przynajmniej dla mnie). Matthew Macfadyen zagrał tak jakby naprawdę bolał nad tym, że musi w czymś takim wystąpić, aby zdobyć pieniądze...
Wiem, że ostro! Ale takie były moje wrażenia po seansie :)
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 1813
liczba stron: 368
opis:
Rzecz dzieje się na angielskiej prowincji na przełomie XVIII i XIX wieku. Niezbyt zamożni państwo Bennetowie mają nie lada kłopot – nadeszła pora, by wydać za mąż ich pięć dorosłych córek. Sęk w tym, że niełatwo jest znaleźć odpowiedniego męża na prowincji. Pojawia się jednak iskierka nadziei, bo oto posiadłość po sąsiedzku postanawia dzierżawić pewien młody człowiek, przystojny i bogaty...
Mała uwaga: ten tekst napisałam po przeczytaniu książki (a było to pod koniec marca), nie pojawił się od razu na blogu z uwagi na to, że planowałam obejrzeć więcej ekranizacji, a nawet serial. Niestety nie wyszło.
Pisząc o tej książce muszę wspomnieć, że nie trafiła na najlepszy dla siebie czas. Okazało się, że nie bardzo mam ochotę na romans. Generalnie raczej rzadko miewam ochotę, bo nie przepadam za tym gatunkiem, już prędzej obejrzę komedię romatyczną. Ale to szeroko pojęta klasyka, więc wiedziałam, że kiedyś wreszcie musiał nadejść ten dzień, w którym po nią sięgnę.
Nie będę pisać szerzej o czym jest Duma i uprzedzenie, nie widzę takiej potrzeby. Zresztą gdybym zdradziła więcej z fabuły to w zasadzie nie byłoby sensu, abyście po nią sięgali. Książka Jane Austen nie zachwyciła mnie ani trochę, momentami śmieszyła, więc jako takiej rozrywki dostarczyła, ale w zasadzie przeczytałam ją, bo przeczytałam, bez większych emocji. To takie czytadło, tylko że nie czytało mi się jej tak lekko jak zazwyczaj w takich przypadkach. Niestety, ale język bywał dla mnie jako współczesnego czytelnika nieco toporny. Czasem też nie wiedziałam czy do końca rozumiem co dana postać ma na myśli, ale też zapewne była to wina tego, że czasem wypowiedzi były zawoalowane.
Nie podobał mi się sposób prowadzenia dialogów, to że czasem bywały nagle urywane i tylko streszczone. Trochę mnie to momentami denerwowało, bo sprawiało, że lektura była dość monotonna, co jest zapewne ironią, bo przypuszczam, że zabieg ten miał właśnie przyśpieszyć akcję i nie zanudzać czytelnika oczywistościami (mnie i tak nudziły momentami inne rozmowy, także...). Jakoś nie pasowało mi takie streszczanie wypowiedzi, jakbym nie mogła przez to lepiej poznać bohaterów. Choć ten fragment na zdjęciu powyżej jeszcze nie jest najgorszym przykład, bywały takie momenty, które bardziej mnie denerwowały, bo byłam ciekawa jak by coś takiego powiedziała dana postać, albo co dokładnie by powiedziała.
![]() |
| Rodzina Bennetów – ilustracja do "Dumy i uprzedzenia". Źródło: wikipedia |
w ogóle nie poświęcała im miejsca, co najwyżej zajęła się ich ubiorem czy zachowaniem w danej chwili. Tak jak poniżej- większość pobocznych postaci nie odznaczała się w ogóle niczym...
Również irytowało mnie pisanie hrabstwo X, pułkownik X, miasteczko X. Nie rozumiem czemu to miało służyć. Austen inspirowała się prawdziwymi wydarzeniami i nie mogła niektórych nazw zdradzić czy zabrakło jej fantazji?
Jeszcze taka mała dygresja. Myślę, że niektórzy pomijają to w jakiej epoce Duma i uprzedzenie została napisana i w jakich czasach rozgrywa się akcja. Widać to na przykład przy krytyce pana Darcy'ego. Ludzie lubią wyśmiewać literackie wzorce kobiet, ale nie wezmą pod uwagę pewnych okoliczności. Tutaj zanim się coś napisze naprawdę należy wziąć pod uwagę tło historyczne.
Generalnie nie jest to książka, którą będę gorąco polecała, nie spodobał mi się styl Austen, Duma i uprzedzenie nie porwała mnie jakoś szczególnie, choć nie powiem, że całość była mi zupełnie obojętna. Momentami byłam ciekawa co wydarzy się dalej, niestety były też takie fragmenty, które mnie znudziły. Mimo, że ja jako tako nie polecam, to myślę, że warto wziąć ją pod uwagę, właśnie z uwagi na status klasyki, chociażby dlatego, że warto wiedzieć o czym mówią inni.
Premiera świat: 25 lipca 2005
Premiera Polska: 13 stycznia 2006
Film jest dość wierną ekranizacją książki i jako taki nawet mi się spodobał. Wszystko zostało dobrze oddane na dużym ekranie. Niestety jakoś, albo może przez to, że to taka wierna ekranizacja, nie spodobał mi się, nie porwał mnie. Niewiele mogę o nim napisać, bo to taka lekka historyjka, do obejrzenia tylko raz.
Jeśli chodzi o aktorów to żadne z głównych bohaterów mi się nie spodobało. Keira Knightley zagrała... dziwnie. Te jej uśmiechy i chichy były tylko powodem do szyderczych parsknięć, zwłaszcza, że śmiała się też
w mało zrozumiałych momentach (a przynajmniej dla mnie). Matthew Macfadyen zagrał tak jakby naprawdę bolał nad tym, że musi w czymś takim wystąpić, aby zdobyć pieniądze...
Wiem, że ostro! Ale takie były moje wrażenia po seansie :)
21 maja 2016
"Dom" Toni Morrison
tytuł oryginału: Home
tłumaczenie: Jolanta Kozak
data wydania: 2013
data wydania oryginału: 2012
liczba stron: 144
Toni Morrison to autorka zupełnie mi nieznana, nawet ze słyszenia, mimo, że jest laureatką Nagrody Nobla
(w 1993), a także wyróżniona Nagrodą Pulitzera za Umiłowaną (na podstawie tej książki nakręcono film o tym samym tytule (w oryginale, bo Polacy przetłumaczyli "Beloved" na "Pokochać") z Oprah Winfrey i Dannym Gloverem). Jak można przeczytać na wikipedii, a także na tylnej okładce Domu: W uzasadnieniu decyzji
o przyznaniu pisarce Nagrody Nobla Szwedzka Akademia napisała: "W powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości Morrison przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości".
Jej książkę kupiłam z bardzo prozaicznego powodu- była tania. Prawdopodobnie też skusił mnie opis, ale raczej go nie czytajcie, chyba że szybko zapominacie.
Skoro odradzam czytanie opisu wypada napisać coś od siebie. To dość trudne zadanie- jak tu zaciekawić czytelnika nie zdradzając za dużo z fabuły tak krótkiej książki?
Głównym bohaterem Domu jest Frank, weteran wojny koreańskiej. Po powrocie do rasistowskiej Ameryki nie potrafi się odnaleźć, dręczą go wojenne wspomnienia, pamięć o zabitych kolegach. Swoje smutki topi w alkoholu, co, jak można się domyślić, nie kończy się dla niego dobrze. Jednocześnie Frank musi wyruszyć na ratunek swojej siostrze, która popadła w tarapaty. Nie wie tak naprawdę co jej jest, wie tylko, że bardzo z nią źle i go potrzebuje.
Dom to książka przede wszystkim z klimatem. Autorka ma swój oryginalny styl, który spodobał mi się od początku. Sposób prowadzenia narracji i przedstawienia wydarzeń sprawia, że wczuwamy się w postać Franka
i wydaje się ona bardzo autentyczna. Poza tym cała historia zaczyna się świetnie i jest bardzo dobrze napisana, ciągle utrzymywana jest odrobina tajemnicy. Tak naprawdę do końca książki dowiadujemy się czegoś nowego.
Książka Toni Morrison porusza także wiele problemów. Oczywiście jednym z nich jest rasizm w Ameryce, trochę jest o wojnach, trochę o problemach rodzinnych. Dodatkowo główny wątek powieści jest sam w sobie jednym z motywów literackich- podróż Franka to nie tylko wyruszenie na ratunek siostrze, mężczyzna wyrusza w podróż
"w głąb siebie". Generalnie wiele się w nim zmienia od czasu kiedy opuszcza swoje rodzinne miasteczko by wyruszyć na wojnę. Ważny jest także tytułowy dom. Kiedyś miejsce znienawidzone, od którego najlepiej uciec.
W końcu jednak zmienia się spojrzenie bohaterów i jest to miejsce nie od którego się ucieka, a gdzie się wraca. Dające nadzieję.
Mimo ogólnie pozytywnej recenzji uważam, że jest to zbyt krótka książka. Nie do końca jest tak jakbyśmy ujrzeli tylko skrawek historii, trochę inaczej. Nie mogę narzekać, że brak jej zakończenia, jednak całość... po prostu za krótka, jakby czegoś mi jednak brakowało. Po jej skończeniu czułam się jakoś niewyraźnie. Dom oceniam, więc jako taką średnią lekturę, jednak świadoma wszystkich jego plusów ;) Mimo to zdecydowanie jej nie odradzam, a sama chętnie sięgnę po inne książki Morrison.
tłumaczenie: Jolanta Kozak
data wydania: 2013
data wydania oryginału: 2012
liczba stron: 144
Toni Morrison to autorka zupełnie mi nieznana, nawet ze słyszenia, mimo, że jest laureatką Nagrody Nobla
(w 1993), a także wyróżniona Nagrodą Pulitzera za Umiłowaną (na podstawie tej książki nakręcono film o tym samym tytule (w oryginale, bo Polacy przetłumaczyli "Beloved" na "Pokochać") z Oprah Winfrey i Dannym Gloverem). Jak można przeczytać na wikipedii, a także na tylnej okładce Domu: W uzasadnieniu decyzji
o przyznaniu pisarce Nagrody Nobla Szwedzka Akademia napisała: "W powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości Morrison przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości".
Jej książkę kupiłam z bardzo prozaicznego powodu- była tania. Prawdopodobnie też skusił mnie opis, ale raczej go nie czytajcie, chyba że szybko zapominacie.
Skoro odradzam czytanie opisu wypada napisać coś od siebie. To dość trudne zadanie- jak tu zaciekawić czytelnika nie zdradzając za dużo z fabuły tak krótkiej książki?
Głównym bohaterem Domu jest Frank, weteran wojny koreańskiej. Po powrocie do rasistowskiej Ameryki nie potrafi się odnaleźć, dręczą go wojenne wspomnienia, pamięć o zabitych kolegach. Swoje smutki topi w alkoholu, co, jak można się domyślić, nie kończy się dla niego dobrze. Jednocześnie Frank musi wyruszyć na ratunek swojej siostrze, która popadła w tarapaty. Nie wie tak naprawdę co jej jest, wie tylko, że bardzo z nią źle i go potrzebuje.
Dom to książka przede wszystkim z klimatem. Autorka ma swój oryginalny styl, który spodobał mi się od początku. Sposób prowadzenia narracji i przedstawienia wydarzeń sprawia, że wczuwamy się w postać Franka
i wydaje się ona bardzo autentyczna. Poza tym cała historia zaczyna się świetnie i jest bardzo dobrze napisana, ciągle utrzymywana jest odrobina tajemnicy. Tak naprawdę do końca książki dowiadujemy się czegoś nowego.
Książka Toni Morrison porusza także wiele problemów. Oczywiście jednym z nich jest rasizm w Ameryce, trochę jest o wojnach, trochę o problemach rodzinnych. Dodatkowo główny wątek powieści jest sam w sobie jednym z motywów literackich- podróż Franka to nie tylko wyruszenie na ratunek siostrze, mężczyzna wyrusza w podróż
"w głąb siebie". Generalnie wiele się w nim zmienia od czasu kiedy opuszcza swoje rodzinne miasteczko by wyruszyć na wojnę. Ważny jest także tytułowy dom. Kiedyś miejsce znienawidzone, od którego najlepiej uciec.
W końcu jednak zmienia się spojrzenie bohaterów i jest to miejsce nie od którego się ucieka, a gdzie się wraca. Dające nadzieję.
Mimo ogólnie pozytywnej recenzji uważam, że jest to zbyt krótka książka. Nie do końca jest tak jakbyśmy ujrzeli tylko skrawek historii, trochę inaczej. Nie mogę narzekać, że brak jej zakończenia, jednak całość... po prostu za krótka, jakby czegoś mi jednak brakowało. Po jej skończeniu czułam się jakoś niewyraźnie. Dom oceniam, więc jako taką średnią lekturę, jednak świadoma wszystkich jego plusów ;) Mimo to zdecydowanie jej nie odradzam, a sama chętnie sięgnę po inne książki Morrison.
03 stycznia 2016
"Serena" Ron Rash i "Serena" Susanne Bier
tytuł oryginału: Serena
tłumaczenie: Jan Kabat
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 2008
liczba stron: 435
To kolejna książka, którą czytałam w ostatnim czasie i której opis zdradza dużo (wszystko!) z fabuły. Wyobraźcie sobie, że pamiętałam opis mgliście, więc kiedy zostało mi zaledwie 100 stron i zerknęłam na niego z ciekawości to i tak zostałam niemile zaskoczona! Ostatnio było tak z Nędznikami, ale o ile w tym przypadku jeszcze jakoś da się to przeboleć, tak w przypadku Sereny ciężko to odżałować. Także jeżeli przeczytaliście opis i was zaciekawił oznaczcie ją jako książkę do przeczytania i na razie o niej zapomnijcie.
Z powodu tego niefortunnego opisu sama spróbuję przybliżyć fabułę książki nie zdradzając za dużo, nakreślam jedynie ogólną sytuację.
Głównych bohaterów książki Rona Rasha, Pembertona i Serenę, poznajemy kiedy przybywają do należącego do nich obozu drwali. Przybywają świeżo po ślubie, szaleńczo w sobie zakochani. Serena to kobieta niezwykła, która budzi respekt w pracownikach. Między małżonkami staje jednak młoda dziewczyna z wioski, Rachel Harmon, której Pemberton kilka miesięcy wcześniej zrobił dziecko.
Serena wydała mi się książką pozbawioną emocji, nie wywoływała też emocji u mnie. Była w zasadzie pozbawiona opisu przeżyć bohaterów, a wydarzenia jakie mają miejsce moim zdaniem wymagały opisania tego co bohaterowie czują. Choć mogłoby to mieć jakieś uzasadnienie, ponieważ narrator jest trzecioosobowy, więc nie jest tak, że "wnikamy" w osobowość postaci, jesteśmy raczej chłodnym obserwatorem. Toteż można powiedzieć, że czytelnik ma zastanawiać się co też dane postacie teraz czują, mnie się taki zabieg nie spodobał.
A może to bardziej kwestia sztucznych relacji między bohaterami? Jedynie więź między Sereną a Pembertonem ma jakiś kształt, jest intensywna. Momentami również dialogi wydawały mi się bardzo nierzeczywiste.
Generalnie książka Rona Rasha nie zachwyciła mnie niczym ani nawet szczególnie nie zaskoczyła. Choć muszę przyznać, że momentami budziła zdziwienie, ale prowadziło to tylko do stwierdzenia: ale "zryta" książka. Nie jest też jednak tak, że nie dało się jej czytać czy mam jej coś szczególnie do zarzucenia, dlatego nie chciałabym, aby ktoś odebrał ten tekst jako krytykę Sereny. Po prostu nie zaskoczyło, nie było żadnej chemii.
Aczkolwiek jest jedna mocna strona tej książki, a mianowicie tytułowa bohaterka. Jest to jedna z najmocniejszych, najbardziej wyrazistych postaci kobiecych z jakimi się w literaturze spotkałam. Ona na dłużej pozostanie mi w pamięci.
Czas trwania: 1 godz. 49 min.
Premiera świat: październik 2014
Premiera Polska: luty 2015
Ekranizacja książki to jedna z najgorszych ekranizacji jakie widziałam. Nie potrafię się zdystansować i ocenić filmu samego w sobie, ponieważ w pamięci mam niezwykłą kobietę z książki, a w filmie jej postać tak bardzo zmieniono, niestety na gorsze, że pozostaje jedynie niesmak.
Nie dość, że zmieniono postać Sereny to jeszcze poprzeinaczali fabułę, zostawiając jedynie konstrukcję historii stworzonej przez Rasha, zupełnie jakby ktoś opowiedział reżyserce książkę, a ona zapamiętała, że było coś o Brazylii, coś tam ze wspólnikiem, no i było polowanie na dzikiego kota (Naprawdę nie ma różnicy pomiędzy pumą a panterą...? Naprawdę trzeba było zmienić nawet taki nieistotny szczegół?).
Jennifer Lawrence... nie wiem co jej się stało. Po pierwsze zdecydowanie nie pasuje jej blond (co już jest kwestią mocno subiektywną i to tak swoją drogą), po drugie w Igrzyskach śmierci była dość urocza i dziewczęca, natomiast tutaj wygląda po prostu tak jakby... się roztyła... Bardzo dziwnie wyglądała na twarzy w porównaniu do jej wyglądu jako Katniss.
W zasadzie grze aktorskiej nie mam nic do zarzucenia, nikt mnie jakoś nie denerwował, nie odstawał, nie było też zachwytów. Jednak nawet gdyby aktorzy zagrali wybitnie- sknocona historia nadal pozostaje sknoconą historią.

tłumaczenie: Jan Kabat
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 2008
liczba stron: 435
To kolejna książka, którą czytałam w ostatnim czasie i której opis zdradza dużo (wszystko!) z fabuły. Wyobraźcie sobie, że pamiętałam opis mgliście, więc kiedy zostało mi zaledwie 100 stron i zerknęłam na niego z ciekawości to i tak zostałam niemile zaskoczona! Ostatnio było tak z Nędznikami, ale o ile w tym przypadku jeszcze jakoś da się to przeboleć, tak w przypadku Sereny ciężko to odżałować. Także jeżeli przeczytaliście opis i was zaciekawił oznaczcie ją jako książkę do przeczytania i na razie o niej zapomnijcie.
Z powodu tego niefortunnego opisu sama spróbuję przybliżyć fabułę książki nie zdradzając za dużo, nakreślam jedynie ogólną sytuację.
Głównych bohaterów książki Rona Rasha, Pembertona i Serenę, poznajemy kiedy przybywają do należącego do nich obozu drwali. Przybywają świeżo po ślubie, szaleńczo w sobie zakochani. Serena to kobieta niezwykła, która budzi respekt w pracownikach. Między małżonkami staje jednak młoda dziewczyna z wioski, Rachel Harmon, której Pemberton kilka miesięcy wcześniej zrobił dziecko.
Serena wydała mi się książką pozbawioną emocji, nie wywoływała też emocji u mnie. Była w zasadzie pozbawiona opisu przeżyć bohaterów, a wydarzenia jakie mają miejsce moim zdaniem wymagały opisania tego co bohaterowie czują. Choć mogłoby to mieć jakieś uzasadnienie, ponieważ narrator jest trzecioosobowy, więc nie jest tak, że "wnikamy" w osobowość postaci, jesteśmy raczej chłodnym obserwatorem. Toteż można powiedzieć, że czytelnik ma zastanawiać się co też dane postacie teraz czują, mnie się taki zabieg nie spodobał.
A może to bardziej kwestia sztucznych relacji między bohaterami? Jedynie więź między Sereną a Pembertonem ma jakiś kształt, jest intensywna. Momentami również dialogi wydawały mi się bardzo nierzeczywiste.
Generalnie książka Rona Rasha nie zachwyciła mnie niczym ani nawet szczególnie nie zaskoczyła. Choć muszę przyznać, że momentami budziła zdziwienie, ale prowadziło to tylko do stwierdzenia: ale "zryta" książka. Nie jest też jednak tak, że nie dało się jej czytać czy mam jej coś szczególnie do zarzucenia, dlatego nie chciałabym, aby ktoś odebrał ten tekst jako krytykę Sereny. Po prostu nie zaskoczyło, nie było żadnej chemii.
Aczkolwiek jest jedna mocna strona tej książki, a mianowicie tytułowa bohaterka. Jest to jedna z najmocniejszych, najbardziej wyrazistych postaci kobiecych z jakimi się w literaturze spotkałam. Ona na dłużej pozostanie mi w pamięci.
Premiera świat: październik 2014
Premiera Polska: luty 2015
Ekranizacja książki to jedna z najgorszych ekranizacji jakie widziałam. Nie potrafię się zdystansować i ocenić filmu samego w sobie, ponieważ w pamięci mam niezwykłą kobietę z książki, a w filmie jej postać tak bardzo zmieniono, niestety na gorsze, że pozostaje jedynie niesmak.
Nie dość, że zmieniono postać Sereny to jeszcze poprzeinaczali fabułę, zostawiając jedynie konstrukcję historii stworzonej przez Rasha, zupełnie jakby ktoś opowiedział reżyserce książkę, a ona zapamiętała, że było coś o Brazylii, coś tam ze wspólnikiem, no i było polowanie na dzikiego kota (Naprawdę nie ma różnicy pomiędzy pumą a panterą...? Naprawdę trzeba było zmienić nawet taki nieistotny szczegół?).
Jennifer Lawrence... nie wiem co jej się stało. Po pierwsze zdecydowanie nie pasuje jej blond (co już jest kwestią mocno subiektywną i to tak swoją drogą), po drugie w Igrzyskach śmierci była dość urocza i dziewczęca, natomiast tutaj wygląda po prostu tak jakby... się roztyła... Bardzo dziwnie wyglądała na twarzy w porównaniu do jej wyglądu jako Katniss.
W zasadzie grze aktorskiej nie mam nic do zarzucenia, nikt mnie jakoś nie denerwował, nie odstawał, nie było też zachwytów. Jednak nawet gdyby aktorzy zagrali wybitnie- sknocona historia nadal pozostaje sknoconą historią.
04 marca 2015
"Jeden dzień" David Nicholls i "Jedeń dzień" Lone Scherfig (2011)
tłumaczenie: Małgorzata Miłosz
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 2011
data wydania oryginału: 2009
liczba stron: 448
Kiedyś było głośno o tej książce, zwłaszcza kiedy pojawiła się ekranizacja. Moje pytanie brzmi: o co ten szum? Tę książkę wyróżnia jedynie forma- ciekawa, bo losy Dextera i Emmy opisywane są rok po roku, zawsze opisywany jest tytułowy jeden dzień, czyli 15 lipca, a na jego tle to co wydarzyło się w ciągu minionego roku. Może jeszcze broni się jednym wydarzeniem z końcówki. Poza tym jest to dość schematyczna obyczajówka. Nawet nie romans, nie znajdziecie tu momentów, podczas których kobiety będą zbiorowo wzdychać.
Skłamałabym jednak gdybym napisała, że jest to książka całkowicie do kitu. Początek mi się podobał. Poznajemy Emmę, zagubioną dwudziestokilkulatkę, której brakuje pewności siebie i nie wie co zrobić ze swoim życiem- trochę się z nią utożsamiałam, jak zapewne wielu innych młodych ludzi. Jako przeciwieństwo mamy Dextera- bogaty, przystojny, pewny siebie, odnoszący sukcesy, niemal zawsze mający to co chce.
Jednak dalsza część Jednego dnia mi się nie spodobała. Postacie Emmy i Dextera nie zaskarbiły sobie mojej sympatii, poza tym wydarzenia i dialogi wydały mi się jakieś odrealnione. Na dodatek brakowało postaci drugoplanowych, były może ze 3, którym autor poświęcił więcej uwagi.
Nie trafiła do mnie ta książka zupełnie. Oczekiwałam romansu, a dostałam coś co pretenduje do miana bardziej ambitnej książki, ale mnie nie przekonuje. I w zasadzie autor niby stara się coś przekazać, ale ja nic z tej książki nie wyciągnęłam.
Jeden dzień to książka jakich wiele, zwykła obyczajówka. Moja niska ocena wynika z tego, że zwyczajnie się z nią nie zgrałam, bo niezbyt podobał mi się styl autora, a bohaterowie to już w ogóle.
Książki nie krytykuję, ale też nie polecam.
Ogólnie dało się to obejrzeć, ale nie poleciłabym go nikomu, już lepiej przeczytać książkę.
28 lipca 2014
Krótko i na temat (6)
Miasteczko Winesburg. Obrazki z życia w stanie Ohio Sherwood Anderson
tytuł oryginału: Winesburg, Ohio: a group of tales of Ohio small town life
tłumaczenie: Jerzy Krzysztoń
data wydania oryginału: 1919
liczba stron: 128
Na tę książkę natrafiłam całkiem przypadkiem- w filmie który oglądałam był cytat, który bardzo mi się spodobał, więc postanowiłam odszukać z jakiej był książki (co nie było takie proste, musiałam szukać na angielskich stronach, ale ostatecznie znalazłam i podzieliłam się tą wiedzą na filmwebie, także gdyby ktoś oglądał ten sam film to na pewno natrafi i na książkę :) ).
Książka zawiera 25 rozdziałów, każdy z nich opowiada o innym mieszkańcu miasteczka Winesburg, a wszystkie te opowieści zazebiają się i niejako składają w całość. Nie będę tu przytaczać fabuły, nie ma to najmniejszego sensu. W każdym rozdziale poznajemy innego mieszkańca miasteczka, chociaż bodajże dwa czy trzy ostatnie poświęcone są w zasadzie postaci, która przewija się, choćby w niewielkim stopniu, w każdym.
Podoba mi się sposób w jaki autor przedstawił mieszkańców małego miasteczka. Zazwyczaj spotykamy się z sielankowym obrazem wsi, gdzie mieszkają prości ludzie, taka jest większość. Tu natomiast każdy z nich ma swoje pragnienia, lęki i nadzieje, które równie dobrze mogliby mieć ludzie z "wielkiego miasta". Tylko większość z nich nie potrafi ich nazwać, uzmysłowić sobie, nie zastanawia się nad tęsknotą za niewiadomo czym.
Ciężko byłoby mi polecić tę książkę konkretnej osobie, powiedziałabym, że jest dość specyficzna i nie do każdego trafi. Mnie się bardzo podobała, niby jest lekka, ale ciekawa i daje do myślenia, a przy tym momentami jest zabawna, ale też i smutna.
Wybór opowiadań Edgar Allan Poe
tłumaczenie, wybór: Sławomir Studniarz
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 25 kwietnia 2012
liczba stron: 367
tłumaczenie: Jerzy Krzysztoń
data wydania oryginału: 1919
liczba stron: 128
Na tę książkę natrafiłam całkiem przypadkiem- w filmie który oglądałam był cytat, który bardzo mi się spodobał, więc postanowiłam odszukać z jakiej był książki (co nie było takie proste, musiałam szukać na angielskich stronach, ale ostatecznie znalazłam i podzieliłam się tą wiedzą na filmwebie, także gdyby ktoś oglądał ten sam film to na pewno natrafi i na książkę :) ).
Książka zawiera 25 rozdziałów, każdy z nich opowiada o innym mieszkańcu miasteczka Winesburg, a wszystkie te opowieści zazebiają się i niejako składają w całość. Nie będę tu przytaczać fabuły, nie ma to najmniejszego sensu. W każdym rozdziale poznajemy innego mieszkańca miasteczka, chociaż bodajże dwa czy trzy ostatnie poświęcone są w zasadzie postaci, która przewija się, choćby w niewielkim stopniu, w każdym.
Podoba mi się sposób w jaki autor przedstawił mieszkańców małego miasteczka. Zazwyczaj spotykamy się z sielankowym obrazem wsi, gdzie mieszkają prości ludzie, taka jest większość. Tu natomiast każdy z nich ma swoje pragnienia, lęki i nadzieje, które równie dobrze mogliby mieć ludzie z "wielkiego miasta". Tylko większość z nich nie potrafi ich nazwać, uzmysłowić sobie, nie zastanawia się nad tęsknotą za niewiadomo czym.
Ciężko byłoby mi polecić tę książkę konkretnej osobie, powiedziałabym, że jest dość specyficzna i nie do każdego trafi. Mnie się bardzo podobała, niby jest lekka, ale ciekawa i daje do myślenia, a przy tym momentami jest zabawna, ale też i smutna.
tłumaczenie, wybór: Sławomir Studniarz
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 25 kwietnia 2012
liczba stron: 367
Edgar Allan Poe to klasyk, którego "wypada" znać, a znakomita większość osób choć trochę oczytanych przynajmniej o nim słyszała. Do tej pory miałam do czynienia jedynie z jednym jego opowiadaniem- Zabójstwo przy rue Morgue (które akurat jest w tym zbiorze). Choć nie przepadam za opowiadaniami i chyba jeszcze żadna książka mnie nie "przestraszyła", to Zabójstwo w postaci dobrze zrobionego audiobooka zrobiło na mnie wrażenie.
W utworach Poe zdecydowanie da się odczuć mroczny klimat i to chyba największa zaleta tych opowiadań, a ponieważ pogoda się zrobiła iście jesienna czytało się je naprawdę przyjemnie. Niestety poza klimatem nie urzekły mnie jakoś szczególnie. Wydarzenia w nich opisane mogły szokować jakieś 150 lat temu, jednak teraz nie robią większego wrażenia. Także jego wywody o śmierci jakoś mnie nie ciekawiły, wręcz przeciwnie- omijałam te opowiadania.
W utworach Poe zdecydowanie da się odczuć mroczny klimat i to chyba największa zaleta tych opowiadań, a ponieważ pogoda się zrobiła iście jesienna czytało się je naprawdę przyjemnie. Niestety poza klimatem nie urzekły mnie jakoś szczególnie. Wydarzenia w nich opisane mogły szokować jakieś 150 lat temu, jednak teraz nie robią większego wrażenia. Także jego wywody o śmierci jakoś mnie nie ciekawiły, wręcz przeciwnie- omijałam te opowiadania.
Opowiadania są trochę mało aktualne, bo już nie straszą, ale myślę, że mimo wszystko warto je przeczytać. Choćby miłośnicy powieści detektywistycznych powinni przeczytać Zabójstwo przy rue Morgue lub Skradziony list (znacznie słabszy od Zabójstwa), aby poznać pierwowzór Sherlocka Holmesa- Monsieur Dupina.
Wybór opowiadań to ładnie wydana książka (twarda oprawa, papier jest taki, że wydaje się ona znacznie starsza (pewnie jest na to jakieś fachowe określenie, ale ja się na tym nie znam :P)), dodatkowo jest całkiem ciekawe posłowie napisane przez tłumacza.
tłumaczenie: Barbara Bardadyn
wydawnictwo: Wydawnictwo Sine Qua Non
data wydania: 3 maja 2011
data wydania oryginału: 2009
liczba stron: 214
Za biografiami (w tym przypadku autobiografiami :P) piłkarzy nie przepadam, nigdy nie miałam ochoty ich czytać, jednak ta mnie jakoś zainteresowała.
Jeśli chodzi o plusy tej książki to dużym jest fakt, iż jest to autobiografia, zatem poznajemy jak najbardziej autentyczną relację piłkarskiej historii Xaviego (użyłam słowa historii, a nie kariery, bowiem Xavi opowiada nie tylko o grze w FCB, ale także o swoich pierwszych przeżyciach związanych z piłką nożną, w końcu z futbolówką przy nodze biegał już w wieku 3 lat :) ), to czym dla niego jest futbol i jak go postrzega, na dodatek mam wrażenie, że autor jest bardzo szczery, to się ceni. W pewnym momencie czułam się wręcz jakbym siedziała z Xavim przy kawie i słuchała jego opowieści.
Jednak lekko mnie rozczarowała ta książka. Po pierwsze gdyby czcionka nie byłaby tak duża to pewnie miała by niewiele ponad 100 stron. Poza tym sama nie wiem czemu, ale liczyłam na jakieś zabawne anegdotki, a było ich niewiele. Na dodatek pod koniec następują swoiste peany na cześć kilku kolegów z drużyny. Wcale się im nie dziwię, bo sama cenię większość z tych zawodników, ale jakoś tak znudziły mnie te utarte i podobne do siebie opinie.
Czy polecam? Chyba tylko zagorzałym fanom FC Barcelony.
Xavi. Barca moim życiem Xavier Hernandéz Creus, Javier Miguel
tytuł oryginału: Mi vida es el Barça tłumaczenie: Barbara Bardadyn
wydawnictwo: Wydawnictwo Sine Qua Non
data wydania: 3 maja 2011
data wydania oryginału: 2009
liczba stron: 214
Za biografiami (w tym przypadku autobiografiami :P) piłkarzy nie przepadam, nigdy nie miałam ochoty ich czytać, jednak ta mnie jakoś zainteresowała.
Jeśli chodzi o plusy tej książki to dużym jest fakt, iż jest to autobiografia, zatem poznajemy jak najbardziej autentyczną relację piłkarskiej historii Xaviego (użyłam słowa historii, a nie kariery, bowiem Xavi opowiada nie tylko o grze w FCB, ale także o swoich pierwszych przeżyciach związanych z piłką nożną, w końcu z futbolówką przy nodze biegał już w wieku 3 lat :) ), to czym dla niego jest futbol i jak go postrzega, na dodatek mam wrażenie, że autor jest bardzo szczery, to się ceni. W pewnym momencie czułam się wręcz jakbym siedziała z Xavim przy kawie i słuchała jego opowieści.
Jednak lekko mnie rozczarowała ta książka. Po pierwsze gdyby czcionka nie byłaby tak duża to pewnie miała by niewiele ponad 100 stron. Poza tym sama nie wiem czemu, ale liczyłam na jakieś zabawne anegdotki, a było ich niewiele. Na dodatek pod koniec następują swoiste peany na cześć kilku kolegów z drużyny. Wcale się im nie dziwię, bo sama cenię większość z tych zawodników, ale jakoś tak znudziły mnie te utarte i podobne do siebie opinie.
Czy polecam? Chyba tylko zagorzałym fanom FC Barcelony.
Etykiety:
2014,
Czytelnik,
Domowa biblioteczka,
e-book,
Edgar Allan Poe,
Javier Miguel,
Sherwood Anderson,
Sine Qua Non,
Świat książki,
Xavier Hernandéz Creus
03 września 2013
"P.S. Kocham Cię" Cecelia Ahern i "P.S. Kocham Cię" Richarda LaGravenese'a (2007)
tłumaczenie: Monika Wisniewska
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 2008 (data przybliżona)
data wydania oryginału: 2004
liczba stron: 456
P.S. Kocham Cię czytałam już trzy razy, za pierwszym razem nieco skróconą- Reader's Digest. Choć nie lubię romansideł to jakoś Cecelia Ahern przekonała mnie do swojej twórczości. Jakoś mam wrażenie, że jej powieści są trochę nieszablonowe, poza tym wystarczy spojrzeć na jej debiut, czyli tę książkę...
Holly i Gerry mieli wspaniałe życie, byli ze sobą szczęśliwi, oczywiście nie było to życie usłane różami, czasem się kłócili, ale nieodmiennie bardzo kochali.
Brzmi jak typowa historia miłosna?
Gerry umiera na raka mózgu. Zostawia swoją młodą żonę, a ona nie wie jak sobie bez niego poradzić. Jednak, jak się okazuje, Gerry nie zostawia jej bez swojej pomocy. W domu rodziców Holly czeka na nią koperta, a w niej dziesięć mniejszych, każda na kolejny miesiąc, zaczynając od marca.
Od tej chwili Holly z niecierpliwością czeka na każdą kolejną kopertę, ciekawa co też jej nieżyjący mąż wymyślił dla niej na kolejny miesiąc.
Może i ktoś powie, że to jednak historia miłosna jak każda inna, może to zwykłe romansidło- choć moim zdaniem miłości to tam jest mało, Holly wspomina męża, cierpi i próbuje sobie na nowo ułożyć życie, o tym głównie jest ta książka.
Słyszałam też zarzuty, od ludzi, którzy przeżyli podobną tragedię, że nie jest ona realistyczna. To moim zdaniem trochę absurdalny zarzut, bo skąd ta młoda kobieta ma wiedzieć co się czuje po śmierci męża? Dodatkowo każdy przeżywa takie rzeczy inaczej.
Co więcej uważam, że Ahern bardzo dobrze opisała sytuację i uczucia młodej wdowy. A przynajmniej nie czułam sztuczności w tej książce.
Co więcej uważam, że Ahern bardzo dobrze opisała sytuację i uczucia młodej wdowy. A przynajmniej nie czułam sztuczności w tej książce.
Nie jest to książka pesymistyczna i wpędzająca w doła. Są optymistyczne momenty, jest humor, ciepło; idealna kiedy ma się ochotę przeczytać coś lekkiego na poprawienie humoru.
Myślę także, że niejedna osoba po przeczytaniu P.S. Kocham Cię przemyślałaby choć przez chwilę swoje postępowanie, życie.
Lubię tę książkę, nawet pomimo iż nie przepadam za romansami. Polecam!

Film... To przykład "bezczeszczenia" książki, jeśli puszcza się w kinach coś takiego pod szyldem książki i nazywa ekranizacją.
Niewiele ma film wspólnego z książkową wersją.
Jednak...
Nie mogę powiedzieć, że film jest beznadziejny. Jako ekranizacja- owszem. Ale jeśli zapomni się o książce i będzie oglądać P. S. Kocham Cię po prostu jako zwykły film albo nawet inspirowany książką- bardzo dobry, bardzo dobrze się ogląda.
Lubię tę książkę, nawet pomimo iż nie przepadam za romansami. Polecam!
Film... To przykład "bezczeszczenia" książki, jeśli puszcza się w kinach coś takiego pod szyldem książki i nazywa ekranizacją.
Niewiele ma film wspólnego z książkową wersją.
Jednak...
Nie mogę powiedzieć, że film jest beznadziejny. Jako ekranizacja- owszem. Ale jeśli zapomni się o książce i będzie oglądać P. S. Kocham Cię po prostu jako zwykły film albo nawet inspirowany książką- bardzo dobry, bardzo dobrze się ogląda.
12 listopada 2011
"Jeździec miedziany" Paullina Simons
tytuł oryginału: The Bronze Horseman
tłumaczenie: Jan Kraśko
seria/cykl wydawniczy: Jeździec Miedziany tom 1
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 2007 (data przybliżona)
data wydania oryginału: 2000
liczba stron: 720
Początkowo napisałam bardzo entuzjastyczną recenzję tej książki, później jednak poczytałam opinie i... troszkę ostudził mi się ten entuzjazm.
Natomiast wielką wadą i czymś czego nie mogę przeboleć są przekłamania historyczne. Skoro ktoś już się zabiera za pisanie o czasach, w których nie żył to może by łaskawie dobrze się przygotował?
Początkowo napisałam bardzo entuzjastyczną recenzję tej książki, później jednak poczytałam opinie i... troszkę ostudził mi się ten entuzjazm.
Historia Tatiany i Aleksandra nie jest tą, o której marzą nastolatki. Jak bowiem nastolatki mogą marzyć o tym, by zakochać się w mężczyźnie, którego do szaleństwa kocha własna siostra? Jak nastolatki mogą marzyć o miłości podczas II Wojny Światowej, podczas blokady Leningradu?
Tatiana i Aleksander nie mieli wyboru. Nie mogli przenieść się w czasie ani miejscu. Miłość dopadła tych dwojga u progu wojny, w dniu, w którym Hitler wkroczył do Związku Radzieckiego wypowiadając mu wojnę. Tatiana początkowo nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Jak większość leningradczyków. Bo przecież wojna jest w Anglii, we Francji. Ale w Związku Radzieckim? A jeśli nawet Hitler wypowiedział wojnę to dzielni Rosjanie nie pozwolą mu zajść daleko. Granica jest przecież setki kilometrów stąd! Jako osoba znająca historię II Wojny Światowej dobrze wiedziałam, że nastąpi blokada Leningradu, dlatego niemal bolesne było dla mnie obserwowanie naiwnych ludzi, którzy żyli jakby nigdy nic.
Tylko, że Tania miała większy problem. Zakochała się bowiem w chłopaku swojej siostry, Darii. To nie powinno było się stać! Nie można kochać chłopaka swojej siostry! Czy któraś z Was przedłożyłaby mężczyznę nad własną siostrę?
Jak się okazuje to nie jedyny problem…
Jak się okazuje to nie jedyny problem…
Blokada Leningradu… Doczytałam do połowy książki, w sumie do połowy zimy 1941/42 i przerwałam. Przerwałam czytanie na dwa dni. Nie mogłam się przełamać… Opisy tego co przeżywali leningradczycy były okropne. Głód, śmierć, strach. Tania idąca po chleb, czarny chleb z trocinami, 200g na osobę pracującą wśród bomb spadających z niemieckich samolotów… Nie potrafię o tym pisać, myślę, że autorka wszystko najlepiej wyraziła. Należy jej się ogromny podziw za to, że tak to wszystko opisała. Ja bym nie potrafiła.
Tania była mi bliską postacią. Miała ona bowiem tyle lat co ja i była podobnie uparta. Wątpię czy zachowałabym się inaczej niż ona w sytuacji Tania-Aleksander-Dasza. Nie wiem, trudno powiedzieć. Ale czy zdobyłabym się na takie poświęcenie, czy znalazłabym tyle siły by robić to co ona robiła dla rodziny podczas blokady?
Ponoć jej postać jest naiwna, ponoć autorka jest niekonsekwentna, bo najpierw Tatiana nie potrafiła zrobić zakupów, a potem zajmowała się całą rodziną. Czytający chyba nie zwrócili uwagi na to, że była wojna. Tania musiała szybko dojrzeć.
Aleksander. Mężczyzna niemal idealny. Przystojny, czuły, opiekuńczy, choć nieco wybuchowy, ale zapatrzony w ukochaną jak w obrazek, zdolny do poświęcenia życia dla Tatiany. O takim mężczyźnie marzą nastolatki.
Aleksander. Mężczyzna niemal idealny. Przystojny, czuły, opiekuńczy, choć nieco wybuchowy, ale zapatrzony w ukochaną jak w obrazek, zdolny do poświęcenia życia dla Tatiany. O takim mężczyźnie marzą nastolatki.
Doczytałam do połowy, a potem 350 stron pochłonęłam w jeden dzień, niemal cały czas czytając. (gdyby moja okulistka wiedziała…) Dlatego czułam troszkę przesytu. No, ale sama jestem sobie winna skoro rzuciłam się na tę książkę jak wygłodniały zwierz :P Także co do grubości książki nie będę narzekać, bo i w sumie nie ma na co. Ale jeśli Was przeraża ponad 700 stron romansu to nie martwcie się, zapewniam Was, że nie będziecie się nudzić ani lektura nie będzie Was nużyć.
Książka jak do tej pory zbiera albo zachwyty, albo ostre recenzje. Ja jestem gdzieś pomiędzy. Historia ich romansu nie wydawała mi się zbytnio przesłodzona. Sielanka w Łazariewie również miała czemuś służyć. To chwile, które nie wrócą, troszkę słodyczy w czasach tej gorzkiej wojny.
Jednak uderza mnie sprzeczność niektórych ostro krytykujących tę książkę recenzji. Bo np. jedna osoba pisze, że Tatiana i Aleksander są idealnymi bohaterami, inna, że Tatiana jest strasznie naiwna, a Aleksander porywczy. Kilka podobnych rzeczy rzuciło mi się w oczy.
Mimo wszystko polecam. Warto przekonać się czy Wam się spodoba. Jednak radzę podejść do niej z dystansem.
14 października 2011
"Na końcu tęczy" Cecelia Ahern
tytuł oryginału: Where Rainbows End
tłumaczenie: Joanna Grabarek
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: czerwiec 2006
data wydanie oryginału: 2004
liczba stron: 478
ocena: 5/6
opis:
(moim skromnym zdaniem możecie przeczytać trzy pierwsze zdania opisu, ja tak zrobiłam ;))
"Jeśli lubisz film "Bezsenność w Seattle", zachwycisz się tą książką.
Rozczulająca opowieść o dwojgu przyjaciołach z dzieciństwa, których rozdzielił los...
Jako psotne dzieci i buntowniczy nastolatkowie Rosie i Alex trwali przy sobie na dobre i na złe. Ledwie jednak zaczęli poznawać uroki nastoletniego życia i ból pierwszych porażek miłosnych, zostali rozdzieleni. Rodzice Alexa przeprowadzili się z Dublina do Ameryki i Alex musiał z nimi wyjechać.
Rosie czuje się zagubiona bez swojego przyjaciela, powstał więc plan, że pojedzie do Aleksa na studia. Ale w przeddzień wyjazdu dowiaduje się o czymś, co na zawsze zmieni jej życie i zatrzyma ją w Dublinie.
Rosie i Alex przekonują się jednak, że przeznaczenie to wcale nie jest zabawa i że wcale z nimi nie skończyło... "
Z Cecelią Ahern do tej pory miałam do czynienia dwa razy: podczas czytania P.S. Kocham Cię (świetna książka!) i Gdybyś mnie teraz zobaczył (dobra). Jako, że obie mi się podobały postanowiłam sięgnąć po więcej jej książek. Miałam to zrobić na wakacjach, bo to lekkie książki, w sam raz na plażę, jednak jakoś się tak złożyło, że nie miałam takiej możliwości.
Kiedy w końcu opuściłam bibliotekę z jej książką, zabrałam się za czytanie i sprawdziłam liczbę stron nieco się zdziwiłam. Niemal 500 stron, a nie powiedziałabym po wyglądzie, taka niepozorna książeczka ;)
Wprawdzie nie wpadłam w panikę, ale przeszło mi przez myśl, że będę ją czytać znacznie dłużej niż myślałam. Nonsens! Kiedy zaczęłam ani się obejrzałam i 100 stron było już za mną, a ja nie mogłam się od niej oderwać. Niesamowite!
Wprawdzie nie wpadłam w panikę, ale przeszło mi przez myśl, że będę ją czytać znacznie dłużej niż myślałam. Nonsens! Kiedy zaczęłam ani się obejrzałam i 100 stron było już za mną, a ja nie mogłam się od niej oderwać. Niesamowite!
Jak pisałam wyżej wystarczyło mi jedno zdanie z opisu (pomijając te dwa pierwsze, których do opisu zaliczyć raczej nie można), by wiedzieć o co mniej więcej chodzi i z zaciekawieniem zacząć czytanie. Spodziewałam się typowej historii o dwójce nastolatków, nieszczęśliwej miłości, może coś w stylu Romea i Julii?
Zaskoczenie wyjrzało zza kartek i palnęło mnie w twarz już po pierwszych stronach. Początkowo myślałam, że to tylko taki zabieg i że książka będzie pisana normalnie. Po kilku kolejnych stronach przewertowałam książkę i okazało się, że będzie tak do końca książki. Co mnie tak zaskoczyło? Forma książki- jest to powieść epistolarna, czyli pisana w formie listów. W Na końcu tęczy są to głównie listy Alexa i Rosie, ale też kartki, pocztówki, liściki, e-maile, zaproszenia, rozmowy na czatach. I nie tylko ich, kilku innych bohaterów także wypowiada się na kartach tej powieści.
Zaskoczenie wyjrzało zza kartek i palnęło mnie w twarz już po pierwszych stronach. Początkowo myślałam, że to tylko taki zabieg i że książka będzie pisana normalnie. Po kilku kolejnych stronach przewertowałam książkę i okazało się, że będzie tak do końca książki. Co mnie tak zaskoczyło? Forma książki- jest to powieść epistolarna, czyli pisana w formie listów. W Na końcu tęczy są to głównie listy Alexa i Rosie, ale też kartki, pocztówki, liściki, e-maile, zaproszenia, rozmowy na czatach. I nie tylko ich, kilku innych bohaterów także wypowiada się na kartach tej powieści.
Początkowo wydało mi się to słodkie, bo czytałam "korespondencję" dwóch dzieciaków nie zaznajomionych jeszcze dobrze z ortografią. Później kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest żaden wstęp uznałam, że to świetny pomysł. Oprócz Cierpień młodego Wertera, po których mam traumę nie czytałam jeszcze książki w takiej formie i pomyślałam sobie, że miło jest czytać romansidło choć formą wybiegające poza schemat.
Powieść nabrała smaczku dzięki temu, że w pewien sposób pozwoliła mi lepiej wejść w życie bohaterów, "podglądałam" ich rozmowy, czułam się jak główna bohaterka. Ponadto nie ma opisu bohaterów, więc wyobraźnia może zaszaleć do woli, można przypisać im wygląd zewnętrzny na podstawie ich charakterów, a nie odwrotnie. No i to w jakiś sposób lepiej pozwala wczuć się w rolę bohatera.
Wcześniej pisałam o "typowej historii o nieszczęśliwej miłości" i "romansidle". Jeśli ktoś używa tych określeń w odniesieniu do książki Ahern jest dla niej krzywdzący. Owszem ja tak myślałam na początku, ale teraz mam całkiem odmienne zdanie. To na pewno nie jest typowa powieść, już sama jej forma nam o tym mówi. Gdyby to było romansidło podejrzewam happy end gdzieś w okolicach 300 stron. Na końcu tęczy nie jest również przygnębiającą książką. Na pewno są momenty smutne, ale są też bardzo zabawne. Jest to powieść pełna humoru i ciepła.
O czym zatem jest ta książka? O życiu. O dwojgu ludzi, zagubionych, którzy zostali rzuceni przez los na dwa krańce świata i nie mogą odnaleźć drogi do siebie. O szukaniu szczęścia, sensu życia, o dorastaniu, dojrzewaniu. O miłości, rozpaczy, rozczarowaniu, sile przyjaźni i trudnych wyborach.
Jedynym minusem powieści Ahern może być to, że fabuła jest nieco przewidywalna i może trochę niecierpliwić czytelnika ta ciągła rozłąka głównych bohaterów. Mnie to nie przeszkadzało, bo rozumiałam decyzje Rosie. Nie do końca się z nimi zgadzałam, ale ona miała inny charakter i potrafiłam ją zrozumieć. Natomiast nie niecierpliwiłam się, ponieważ tak wciągnęłam się w książkę, że nie miałam na to czasu (a pochłonęłam ją w dwa dni).
Na końcu tęczy to lekka, pełna humoru, ciepła i miłości powieść, którą czyta się błyskawicznie. Polecam ją przede wszystkim wielbicielom tego typu książek, ale też nie odradzam nikomu. Może akurat się spodoba?
„Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń.”
Oj dlaczego jest taka beznadziejna okładka?
Wydanie angielskie jak polskie mi się nie podoba.
Wydanie angielskie jak polskie mi się nie podoba.
Za to przy nich o wiele lepiej wypada niemieckie.
Francuskie też nie jest takie złe (o dziwo). Choć może odstraszać, bo okładka wygląda jak dla typowej młodzieżówki.
Natomiast na pewno o wiele bardziej postarali się Hiszpanie.
Mnie najbardziej spodobała się hiszpańska ta z prawej i niemiecka. A Wam przypadła jakaś do gustu?
Swoją drogą przeczytałam kawałek po angielsku i nabrałam ochoty na przeczytanie jakiejś książki Ahern w oryginale, bo język nie wymaga otwierania słownika co 5 minut. Teraz tylko znaleźć jej książkę w Polce po angielsku :P
26 kwietnia 2011
"Kwiat pustyni" Waris Dirie; Cathleen Miller i "Kwiat pustyni" Sherry Horman (2009)
tytuł oryginału: Desert Flower
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 2002
pierwsze wydanie: 1998
liczba stron: 254Opis:
"W języku nomadów Waris znaczy kwiat pustyni. Zakwita z rzadka i na krótko na piaskach, kiedy spadają deszcze - takie imię nosi bohaterka tej opowieści. Jej kariera jest naprawdę niewiarygodna i budzi zdumienie, że zdarzyła się naprawdę. Waris urodziła się w Somalii, w plemieniu pustynnych wędrowców, wychowywała się pośród kóz, bydła i wielbłądów, w otoczeniu dzikiej przyrody. W wieku 13 lat dziewczęta z tego plemienia są poddawane rytuałowi obrzezania i wydawane za mąż. Te dwa wydarzenia zaważyły na całym przyszłym życiu Waris. Dziewczyna ucieka z plemienia i rozpoczyna przedziwną wędrówkę, którą po wielu przygodach i drastycznych wydarzeniach kończy w Nowym Jorku. Obecnie występuje jako modelka obok Naomi Campbell oraz Claudii Schiffer. Została wyróżniona tytułem ambasadora Narodów Zjednoczonych jako kobieta, która przeszła rytuał obrzezania; należy do organizacji zwalczających tę brutalną praktykę."
Kwiat pustyni opowiada losy Waris Dirie głównie po tym jak uciekła z domu- jej drogę do sławy i trudności z tym związane. Początkowe rozdziały poświęcone są rodzinie i Afryce, które kocha.
Waris pozostała sobą mimo, że została sławna. Przypomina trochę tą dziewczynkę pasącą kozy na pustyni w dalekiej Somalii. Została niezależna, ale nadal jest prostą kobietą, czasem być może trochę naiwną. Ale przede wszystkim ma silną wolę i własne zdanie dzięki czemu wyrwała się od rodziny, która chciała wydać ją za starca. Nie ma za to do nich żalu, uważała po prostu, że wie co dla niej najlepsze a nie należało do tego z pewnością poślubienie staruszka.
Książka pisana jest lekkim językiem, ogólnie wydała mi się jakoś tak ciepła. Sprawiła takie wrażenie mimo problemu w niej poruszonego, a mianowicie obrzezania kobiet w Afryce. Trochę przypomina mi to niedawno przeczytane Córki hańby- bo podobnie jak młode Azjatki cierpią na całym świecie tak i małe Afrykanki są poddawane temu okrutnemu rytuałowi, np. w Stanach Zjednoczonych. Wstrząsnął mną opis obrzezania pięcioletniej Waris jak i skala tego problemu. Wyobraźcie sobie, że co roku 5 mln dziewczynek w Afryce jest poddawanych tej barbarzyńskiej tradycji! (właściwie te dane były aktualne kiedy Waris pisała tę książkę) Ile z nich przeżywa...? Okropne były też dla mnie powikłania po takim zabiegu...
Mimo wszystko książka ta niesie ze sobą nadzieję, mówi o tym, że są osoby takie jak Waris, które potrafią powalczyć o swoje życie i spełnić marzenia. Obecnie Waris jest ambasadorką ONZ i, podobnie jak Jasvinder Sanghera, walczy z tym problemem. Miejmy nadzieję, że kiedyś przestanie się wykonywać te straszne praktyki...
Podobnie jak przy Córkach hańby uważam, że uświadamianie takich problemów jest potrzebne.
Książkę polecam, bo nie tylko mówi o problemie jaki dotyczy afrykańskie dziewczynki, ale też opowiada o życiu Waris, która walczyła o swoje marzenia. Jak pisałam język powieści jest lekki, więc nie spodziewajcie się cudów czy nagłych zwrotów akcji. Nie da się takich książek oceniać jak inne. Bo to historia pisana przez życie...
Opis:
"Powstały w oparciu o bestsellerową powieść "Kwiat pustyni", film jest autobiografią Waris Dirie. Urodzona w Somalii, w jednej z koczowniczych osad, w wieku 5 lat zostaje poddana rytualnemu obrzezaniu, w wieku 13 lat sprzedana mężczyźnie za żonę, by w końcu zostać amerykańską supermodelką. Obecnie ma 44 lata i pracując jako rzeczniczka Organizacji Narodów Zjednoczonych, przeciwdziała praktykom obrzezania na całym świecie."
(opis z filmwebu)
Jako film- w porządku, jako ekranizacja- totalna klapa.
W sumie można obejrzeć przed czytaniem książki, uważam, że nie ma znaczenia czy się najpierw ogląda czy czyta, bo to właściwie dwie odrębne historie.
Nie wiem dlaczego określa się ten film mianem ekranizacji (a określa się w ogóle?), bo właściwie niewiele jest tam faktów z życia Waris. Nawet nazwiska poprzekręcali. A co najgorsze zniekształcili postać Waris jak i niektóre jej poglądy, na dodatek dodali kilka wydarzeń kłócących się z rzeczywistością.
Film wydaje się być pogodny, a właściwie początek. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie go odbieram jak i w pewnym stopniu książkę. Może dlatego, że niesie nadzieję, że los afrykańskich dziewczynek się zmieni, polepszy.
Oprócz tego, że, jak książka, uświadamia ludziom o okrutnej praktyce jaką jest obrzezanie małych dziewczynek (z tym, że tutaj jest to mocno wyolbrzymione, bo w filmie Waris ma 3 lata) to opowiada drogę do sławy Waris co jest momentami zabawne. Więc jest to film z przesłaniem, ale nie dramat.
Oczywiście jest historia miłosna, dość przewidywalna.
Ogólnie jednak bez szału, oglądnąć można, ale nie jest to jakaś konieczność.
03 grudnia 2010
"Na wschód od Edenu" John Steinbeck
Po przeczytaniu tej książki nasuwało mi się tyle myśli, że nie wiedziałam jak zacząć recenzję. Może od zdania: To trzeba przeczytać.
Opis:"Chociaż "Na wschód od Edenu" zaczął Steinbeck pisać jako opowieść o dziejach własnej rodziny, w ostatecznej wersji jego przodkowie, Steinbeckowie i Hamiltonowie, pojawiają się tylko jako postacie drugoplanowe, a na planie pierwszym rozgrywa się dramatyczna historia fikcyjnej rodziny Trasków, przybyłej pod koniec XIX stulecia z farmy w Connecticut do doliny Salinas.
W swej warstwie fabularnej jest więc ten "najambitniejszy utwór Steinbecka" - jak go określił jeden z krytyków amerykańskich - realistyczną sagą rodziny kalifornijskich ranczerów, doprowadzoną do końca pierwszej wojny światowej, jednakże w swej istotnej warstwie filozoficznej jest równocześnie alegoryczną przypowieścią o walce dobra i zła w człowieku, nowoczesną wersją biblijnego mitu o Kainie i Ablu. Stąd tytuł, albowiem według Starego Testamentu do krainy "na wschód od Edenu" wygnał Bóg występnego Kaina. "
Tę książkę polecała mi niejedna osoba. Może dlatego początkowo podchodziłam do niej sceptycznie (nie dziwi mnie to, byłam świeżo po Grze anioła Zafona, na której się zawiodłam), ale 800 stron i treść tej książki pomogły mi o sceptycyzmie zapomnieć.
Na wschód od Edenu to współczesna opowieść o Kainie i Ablu, o walce dobra ze złem. Rozgrywa się ona na przestrzeni pokoleń. To ta odwieczna walka, której każdy z nas doświadcza w mniejszym czy większym stopniu. To okrutna opowieść, ale zarazem wspaniała. Dzięki niej uświadomiłam sobie kilka rzeczy. Dała mi do myślenia. Ogólnie dostarcza wiele tematów do przemyślenia. Z niektórymi zmagam się na co dzień, inne są mniej oczywiste.
Dla Steinbecka ważne jest to słowo "możesz". Właściwie do tego sprowadza się sedno książki. Człowiek może zapanowac nad grzechem, może wybrać dobro. Może także wybrac zło. Może. To tkwi w nim.
(cytat dotyczy rozmowy na temat tego co zostało zapisane w Biblii- co Bóg powiedział Kainowi)
"Amerykańskie tłumaczenie n a k a z u j e ludziom tryumfować nad grzechem, a grzech można nazwać niewiedzą. Przekład króla Jakuba daje obiednicę w słowie "będziesz", co oznacza, że ludzie z całą pewnością nad grzechem zatryumfują. Natomiast słowo hebrajskie, wyraz 'timszel' - "możesz" - daje prawo wyboru. Kto wie, czy to nie najważniejsze słowo na świecie. Mówi ono, że droga jest otwarta. Przenosi odpowiedzialność na człowieka. Bo jeśli "możesz", to znaczy również, że "możesz nie"."
(s. 408)
Widzę, że nie tylko ja wracałam często do tego fragmentu, łatwo na niego trafić, ponieważ książka jest w tym miejscu pozaginana na grzbiecie.
Żal mi Kala. Wręcz czułam jak ciężko mu się zmienić, jak ciężko być dobrym.
Początkowo to była dla mnie jakby daleka historia, nie wciągnęłam się, po prostu stałam obok. Później zaczęła mnie interesować, a pod koniec przeżywałam wszystko wraz z bohaterami. Myślę, że do czytania i zrozumienia tej książki potrzebna jest empatia.
Na wchód od Edenu ma wiele postaci. Są pomiędzy nimi kontrasty- jedne są wyraziste, złe lub dobre, charakteru innych nie jesteśmy pewni, niby nie wyrządzają zła, wydają się być dobre, ale w ich postępowaniu wyczuwamy coś złego (mam tu na myśli Adama). To sprawia, że ta książka jest wiarygodna.
Podobała mi się mnogość opisów. Niektórych to odrzuca, mnie jednak przypadło do gustu. Owszem sprawia to, że czytanie zajmuje więcej czasu, ale spostrzegamy wtedy jak autor dba o swe dzieło.
Książka ma klimat Ameryki przełomu XIX i XX wieku. Widać tę Amerykę jeszcze nienaruszoną i tę zmieniającą się, przyjmującą cuda techniczne.
Kiedy tak patrzę na swoje notatki z pierwszej połowy książki to ogarnia mnie śmiech. Są zbyt powierzchowne, i pomyśleć, że mogłabym po połowie książki ocenić ją na marną i oddać do biblioteki. A może i ta historia taka była na początku? Może błądziła pod powierzchnią, przedstawiała bohaterów, żeby w drugiej części ukształtować się na "tę właściwą", ukazać swe groźne piękno. Do czego zmierzam- nie należy się zniechęcać i odrzucać Na wschód od Edenu po przeczytaniu połowy, warto przeczytać całą książkę.
Ja już mam ochotę jeszcze raz ją przeczytać. W każdym razie na pewno kiedyś jeszcze raz po nią sięgnę.
Ocena: 6.
Cytaty:
"Chełpić się można każdą rzeczą, jeżeli jest ona wszystkim, co mamy. Możliwe, że im mniej mamy, tym więcej musimy się chełpić."
"Nie powinieneś się spodziewać, iż stwierdzisz, że ludzie rozumieją, co czynią."
"Dziękuję ci, żeś chciał zaszczycić mnie prawdą. Może to i nie sprytne, ale trwalsze."
"-Myślisz, że to zabawne być taką poważną, kiedy nawet jeszcze się nie skończyło gimnazjum? - zapytała.
-Nie widzę sposobu, żeby było inaczej.-odparł Li.- Śmiech przychodzi później, tak jak zęby mądrości, a śmiech z samego siebie- na końcu, w szaleńczym wyścigu ze śmiercią. I bywa, ze nie zdąży na czas."
"Bogactwa najwyraźniej przypadają w udziale tym, co są ubodzy duchem, ubodzy w zainteresowania i radość. Mówiąc po prostu, ludzie bogaci to garść biednych durniów. Zastanowił się czy to prawda. Tak w każdym razie czasem postępują."
The Last Goodnight- Push me away
P.S.:
Początkowo miałam zamiar nic na razie nie czytać, pozostać przy tej książce jeszcze chwilę. Ale rano przeraziło mnie moje pragnienie pójścia do biblioteki. To już nałóg! Ale bezpieczny :)
(Niestety biblioteka dzisiaj zamknięta, coś remontują :P)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















