Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

15 listopada 2016

"Me before you" Jojo Moyes i "Zanim się pojawiłeś" Thea Sharrock


data wydania: 2012
data polskiego wydania: 2013
liczba stron: 369
opis:
"Louisa Clark is an ordinary girl living and exceedingly ordinary life - steady boyfriend, close family - who has barely been farther afield than her tiny village. She takes a badly needed job working for ex-Master of the Universe Will Traynor, who is wheelchair-bound after an accident. Will has always lived a huge life - big deals, extreme sports, worldwide travel - and he is not interested in exploring a new one.
Will is acerbic, moody, bossy - but Lou refuses to treat him with kid gloves, and soon his happiness means more to her than she expected. When she learns that Will has shoking plans of his own, Lou sets out to show him that life is still worth living.
Me Before You brings to life two people who couldn't have less in common - a heartbreakingly romantic novel that asks, What do you do when making the person you love happy also means breaking your own heart?
 


Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze.
"

        Facet na wózku w powieści dla kobiet? Idealny motyw do zrobienia taniego romansidła!
Mimo moich uprzedzeń co do książki Jojo Moyes wpadłam w sidła jej romansidła. A czy faktycznie należy przylepiać książce Moyes taką etykietkę?

        Me before you (czyli Zanim się pojawiłeś, ja czytałam w oryginale to będę się mądrzyć, ha. ha.) to w żadnym wypadku nie jest mdłe romansidło, a Moyes swoją książkę opiera nie na tanim chwycie wyciskającym łzy z oczu naiwnych kobiet, a na kwestii, nad którą warto się zastanowić. Moyes stawia przed czytelnikiem szereg bardzo trudnych pytań, dotyczących życia i śmierci. Powstrzymam się przed nazywaniem rzeczy po imieniu, nawet mimo tego że druga część samym swoim tytułem zdradza wszystko (nie śmieszne...).  A że wszystko jest podane w ładnym opakowaniu i szybko się czyta... Czy to źle?

        Było kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły podczas lektury. Po pierwsze, że się wciągnęłam! Jakoś w to wątpiłam, może nawet bym nie przeczytała książki, gdyby nie powstał film z Emilią Clark.
A po drugie wbrew pozorom można nawet powiedzieć, że to dość lekka lektura, bo naprawdę szybko się to czyta (chyba, że ktoś czyta po angielsku i maniakalnie sprawdza wszystkie słowa...). Tu pewnie niektórzy się zdziwią, ale mimo wszystko nie jest aż tak dołująca. Jedynie zakończenie.
Nie będę was zanudzać moimi przemyśleniami na temat podjęty w książce, ale muszę przyznać, że sam fakt ich istnienia w takiej kobiecej książce również mnie zaskoczył. Mam raczej nie najlepsze zdanie o kobiecej literaturze. Nie lubię czytać czegoś po czym nic nie zostanie, żadnego śladu w umyśle, żadnej sceny w pamięci, nie lubię kiedy nie ma chociaż pięknego języka jakim można się zachwycić. Spodziewając się powyższego nie przypuszczałam by Me before you przypadło mi do gustu.

Podsumowując:
  • Me before you to było dla mnie spore zaskoczenie. 
  • Jak już jesteśmy przy angielskim tytule- świetny wybór jeśli chcecie nieco podszlifować angielski/nie stracić kontaktu z językiem/chcecie przeczytać coś w oryginale.
  • Nie jest to książka wybitna, ale jest całkiem niezła.
  • Myślę, że zainteresuje też płeć przeciwną, czemu nie!


Czas trwania: 1 godz 50 min.
Premiera świat: czerwiec 2016
Premiera Polska: czerwiec 2016







        Kiedy oglądałam film moją uwagę przykuwała głównie Emily Clark, odtwórczyni głównej roli. Niestety jej gra mnie bardzo irytowała... Moim zdaniem za bardzo przerysowała swoją postać (mam wrażenie, że w Grze o tron też miała z tym lekki problem), a jej mimika była po prostu komiczna. W miarę oglądania filmu trochę już się przyzwyczaiłam, ale do końca były momenty,
w których prychałam.
Jeśli chodzi o resztę obsady to w sumie nie mam zastrzeżeń, aczkolwiek nie podobało mi się jedynie przedstawienie Willa w momencie jego pierwszego spotkania z Lou- czytając książkę widziałam raczej mroczny pokój i mocno zarośniętego mężczyznę.

        Przedstawiona historia jest na tyle specyficzna, że jednak podobała mi się subtelność i niejaka powolność książki. W filmie oczywiście musieli co nieco pominąć, spłycić. Zupełnie inny obraz rodziców Willa troszkę mi zgrzytał.
Poza tym muszę przyznać, że jest to bardzo dobra ekranizacja. Niektóre dialogi były żywcem wyjęte z książki.
A przedstawienie oryginalności Lou było bardzo dobrze zrealizowane. Także ogólnie film na plus.

        A jeśli nie czytałem/am książki i nie zamierzam?- wspaniała wiadomość: nie widzę przeciwwskazań, aby zainteresować się filmem. Jest dobry, oczywiście jeśli lubi się takie historie :) ALE TYLKO JEŚLI ZDIERŻYCIE DZIWNĄ GRĘ CLARK.

30 października 2016

"Płatki na wietrze" Virginia C. Andrews i "Płatki na wietrze" Karen Moncrieff

tytuł oryginału: Petals on the Wind
tłumaczenie: Elżbieta Podolska
czas trwania: 12 godz. 36 min.
czyta: Kamila Baar
data wydania oryginału: 1980
opis:
"Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy! Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów! Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości."





        Rodzeństwo po ucieczce z Foxworth Hall trafia przypadkiem do domu lekarza, Paula. Ten przygarnia ich
i opiekuje się nimi. Dzięki niemu wracają do zdrowia i normalnego życia.

        Początek bardzo mi się nie podobał. Za dużo fartu, za dużo zbiegów okoliczności, wszystko poszło za łatwo. Aż mi się chciało śmiać z ich rozmów z doktorem. Były źle napisane, jakbym tym razem czytała jakieś tanie czytadło...
A później było tylko gorzej!

        Cathy Dollanganger zasłużyła u mnie na miano najbardziej irytującej bohaterki literackiej! To co robiła, co myślała, miałam tego dość! Ciągle dokonywała takich wyborów, aby sobie tylko skomplikować życie. Ta jej chęć zemsty, niemożność opanowania gniewu bardzo kontrastowała z tym, że pozwoliła aby traktowano ją jak zwykłą ścierę. Złapała życie w swoje ręce? Nie szkodzi, da sobą kierować, zwłaszcza przez męża, którego nie kocha...
Biorę pod uwagę to, że wpłynęły na nią wydarzenia z dzieciństwa, denerwuje mnie jedynie niekonsekwencja.

        Virginia C. Andrews napisała coś co podchodzi pod erotyk, na początku głównie czytamy o tym, że Cathy ma na kogoś ochotę albo ktoś ma ochotę na Cathy. W jej życiu jest (w zasadzie) jedynie czterech mężczyzn, każdego kocha, z każdym współżyła... Głównie to zaważyło na niskiej ocenie książki Andrews- ta książka jest po prostu nudna. Nie interesują mnie takie płytkie książki o niczym.
No dobrze, w sumie ta książka jest o dążeniu Cathy do spełnienia jej marzenia (co jednak zostaje przyćmione przez te wszystkie romanse) oraz o zemście. Zemsta faktycznie pod koniec wysuwa się na pierwszy plan, ale jest to końcówka książki i po tylu stronach takiej lektury i tak miałam dość.

        Dodatkowo baaardzo niska wiarygodność zdarzeń zwłaszcza pod koniec, dziwne opisy, to wszystko bardzo mnie irytowało. A kiedy opowiadałam o wydarzeniach z książki mojemu ukochanemu on pytał tylko: dlaczego ty to nadal czytasz? 

O ile jeszcze Kwiaty na poddaszu mogłabym polecić, tak Płatki zdecydowanie odradzam!


czas trwania: 1 godz 28 min.
premiera świat: maj 2014






        Podobnie jak książka film mniej mi się podobał, ale było zdecydowanie bardziej znośnie. Filmowcy ograniczyli trochę porcję melodramatu jaką zaserwowała Andrews.
        Widać spore zmiany w obsadzie, co w sumie nie dziwi. Na szczęście nie jest to bardzo widoczne, a obsada drugiej części poradziła sobie dobrze. Nikt mnie nie oczarował, ale też nikt nie zdenerwował.
        Jestem jednak zawiedziona wątkiem kariery Cathy. Rozumiem, że rozwijanie go zabrałoby więcej czasu, ale jej postać dużo na tym straciła.
        Ogólnie jako film ujdzie, choć był moment kiedy byłam zdziwiona tym, że film z tego roku przedstawiał tak niski poziom techniczny (scena w samochodzie i wypadek).
        Dla zainteresowanych poleciłabym jednak bardziej film niż książkę. Rzadko można coś takiego usłyszeć, ale w tym przypadku to mniejsze zło.

06 lipca 2016

"Dobrani" Ally Condie

tytuł oryginału: Matched
tłumaczenie: Janusz Ochab
data wydania: 2011
data wydania oryginału: 2010
liczba stron:
352
opis:
"    Urzekający romans rozgrywający się w świecie, gdzie każdy wybór jest z góry przewidziany, gdzie nawet miłość jest pod kontrolą.
    Cassia zawsze była przekonana, że Społeczeństwo wybiera dla niej to, co najlepsze: co powinna czytać, co oglądać, w co wierzyć.
    Kiedy więc podczas uroczystości Doboru na ekranie pojawia się twarz Xandera, Cassia nie ma żadnych wątpliwości, że to właśnie jest jej idealny partner… do chwili gdy następnego dnia w miejsce Xandera na ekranie wyświetla się przez moment twarz Ky’a Markhama.
     Społeczeństwo mówi jej, że to drobna usterka, odosobniony przypadek, i że powinna się skupić na szczęśliwym życiu, które przyjdzie jej wieść z Xanderem. Lecz Cassia nie może przestać myśleć o Ky’u, a gdy oboje powoli zakochują się w sobie, zaczyna powątpiewać w nieomylność Społeczeństwa i staje przed trudną decyzją: musi wybrać pomiędzy Xanderem i Ky’em, pomiędzy życiem, jakie do tej pory znała, a drogą, którą nikt dotąd nie ośmielił się pójść.
"

        Swego czasu książka Dobrani miała swoje pięć minut w blogosferze, ale widać jest tak przeciętna, że:
  • ani nie miała swego czasu na blogach dłużej (po recenzjach raczej "sponsorowanych"* przez wydawnictwo już nie słyszałam o niej),
  • ani o jej autorce nie trąbią za dużo (u nas czy za granicą), choć niby prawa do Dobranych miały zostać kupione przez Disneya, poza tym napisała przed tą serią 4 książki i nie została chyba za nie wyróżniona (ok, ok, Dobrani była bestsellerem New York Timesa, ale jakoś dla mnie niewiele to znaczy),
  • ani wydawnictwo nie pokusiło się o wydanie kontynuacji (choć Prószyński po kilku takich powieściach chyba z nich zrezygnował).
 Co ja o niej sądzę? Wszystko poniżej :)

        Książka Condie ma potencjał, aczkolwiek tylko pomysł zasługuje na uznanie. Autorka przedstawia nam świat "idealny", w którym Społeczeństwo funkcjonuje jak w zegarku, ludzie dożywają równo do 80, dobierani są
w małżeństwa w sposób niezawodny, tak aby zapewnić jak najlepszych genetycznie ludzi, dostają pracę adekwatną do ich umiejętności. Zapewnione mają pożywienie, dach nad głową oraz bezpieczeństwo i szczęście aż do śmierci.
Tak to widzi czytelnik i tak to widzi bohaterka Dobranych, Cassia Reyes. W pewnym momencie pojawia się jednak rysa na szkle... bunt. (nastoletni ;))

        W pewnym momencie obudziłam się tak jak Cassia, jakby z koszmaru, który wydawał się najsłodszym snem. To się autorce szczególnie udało! Bo początkowo byłam bardzo zaabsorbowana światem, o którym opowiada Cassia i chłonąc te wszystkie informacje jeszcze się nie zastanawiałam, tylko wczuwałam w ten klimat. Poza tym trzeba przyznać, że wszystkie plusy takiego ustroju na chwilę mnie pochłonęły. Ale w pewnym momencie zrozumiałam do czego zmierza autorka i wiedziałam z jakiego powodu Cassi oczy otwierają się szeroko.

        I na tym kończy się też ta piękna bajka, w której to chwalę Dobranych. To nie jest dobra książka. To jest przeciętna młodzieżówka. Młodzieżówka, w której irytowały mnie momentami przemyślenia Cassi, zwłaszcza dotyczące chłopców, bo też i potrafiła w kółko wałkować to samo. Poza tym język jest bardzo prosty, a wśród tych przemyśleń brakuje mi czegoś głębszego. Choć z drugiej strony Cassia to nastolatka wyprodukowana (to określenie bardzo pasuje do tego uniwersum) tak, by nie potrafić samodzielnie myśleć.
Niestety, ale dostrzegłam też kilka błędów. Początkowo coś niecoś pomieszane chyba z czasami (w pisowni), ale nie wiadomo czy to nie wina tłumacza. Ale! Kilka błędów fabularnych, np. puderniczka najpierw jest w kieszeni, potem na półce. To błędy fatalne jak na autorkę z większym stażem. Poza tym aż tak dużo się nie dzieje w Dobranych, żeby przy korekcie pominąć takie błędy, zarówno tej angielskiej jak i polskiej.

        Pomysł, przedstawienie świata- jak najbardziej na plus i ciekawe, jeśli lubicie młodzieżówki to uważam, że
z tego względu mogę wam polecić Dobranych. Ale od ludzi wymagających powieści na dobrym poziomie- nie traćcie czasu.
A ja z chęcią przeczytam następny tom, tym razem w oryginale (sama nie wiem dlaczego ten czytałam po polsku), bo autorka mnie nawet zaciekawiła, poza tym jak na razie po angielsku czytam głównie młodzieżówki.

*sponsorowanych w sensie bloger dostał egzemplarz od wydawnictwa, nie że pisał laurkę za kasę czy coś

26 czerwca 2016

Weekend z Jane Austen. Niedziela: Opactwo Northanger

tytuł oryginału: Northanger Abbey
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015

data wydania oryginału: 1817 (wydanie pośmiertne)
liczba stron: 240
opis:
"Napisana z finezją i humorem parodia popularnych na przełomie XVIII i XIX stulecia powieści gotyckich.
Młoda i przemiła, choć trochę naiwna panna Katarzyna Morland jest zafascynowana powieściami gotyckimi. Gdy poznaje nowych przyjaciół i zostaje przez nich zaproszona do starego opactwa Northanger, ma nadzieję, że uda jej się odkryć jakąś niewyjaśnioną od lat tajemnicę i przeżyć przygodę. Znajduje jednak coś zupełnie innego. Coś, o czym skrycie marzyła…
"






        Moje drugie spotkanie z Jane Austen było o wiele bardziej udane niż poprzednie. Zaczęłam od światowej klasyki romansu i chyba najbardziej znanej powieści- Dumy i uprzedzenia. Niestety nie spodobała mi się. Natomiast
o Opactwie wcześniej nawet nie słyszałam.

        Podejrzewam, że fabuła książek Austen jest bardzo podobna- czyli mamy młodą damę, która zakochuje się
w jakimś mężczyźnie. Nie będę tworzyć własnego opisu, bo trochę to bezcelowe, poza tym nie chciałabym zdradzić żadnych istotnych szczegółów, co nie byłoby takie trudne, ponieważ książka ta liczy niewiele ponad 200 stron.
Warto jednak wspomnieć, że nasza młoda dama, czyli Katarzyna, jest osobą roztrzepaną, naiwną i o czystym sercu i szczerych intencjach. Na dodatek jest to pełnokrwisty mol książkowy, który nie boi się, że zostanie źle osądzona przez to, że czyta tylko powieści.

        Myślę, że na pozytywny odbiór Opactwa miało wpływ zasłyszane stwierdzenie, że książki Austen to przede wszystkim humor. Jedno krótkie stwierdzenie, ale dało mi do myślenia. Wymyśliłam w końcu, że nie ma sensu oczekiwać tego czego oczekiwałam przed lekturą Dumy i uprzedzenia- czyli ochów, achów, wielkiej literatury
i czegoś niesamowitego. Powiedziałam więc sobie wrzuć na luz, i zamiast nadziei na niesamowite doznania literackie nastawiłam się na lekką książkę, romans, oderwanie od rzeczywistości.
Uważam, że z takim właśnie nastawieniem powinniście sięgać po książki Austen, o ile jeszcze żadnej nie czytaliście.

        I jak to się sprawdziło? Znakomicie! Okazało się, że bardzo wciągnęłam się w fabułę i nawet przeżywałam spore emocje- denerwowałam się na niektórych, cieszyłam z główną bohaterką, czułam ogromne zaciekawienie Northanger i bawiły mnie żarty Henry'ego (no, może tylko czasem).
Pomijam już nawet fakt, iż jest to parodia powieści gotyckich, co jest ważną informacją i powinniście to wiedzieć zanim przystąpicie do lektury.
Tak właśnie można wyglądać podczas lektury "Opactwa" :)
Przypuszcza się, iż Opactwo Northanger to książka napisana bardziej "dla rozrywki rodziny, do czytania przy kominku", jednak była to pierwsza książka Austen przygotowana do druku. Niestety nie doszło to do skutku i została wydana dopiero po śmierci autorki.

        Forma powieści jest dość nietypowa- autorka nazywa Katarzynę "naszą heroiną", zwraca się bezpośrednio do czytelnika, a kończy powieść w taki sposób, abyśmy odnieśli wrażenie, iż czytamy opis losów jej przyjaciół.
Tym razem na szczęście nie przeszkadzał mi język, widać wtedy miałam jakiś gorszy czas i zdecydowanie nie powinnam była sięgać po tak starą książkę. A do sposobu prowadzenia dialogów jakoś się już przyzwyczaiłam.
Bohaterowie tej książki to dość barwny korowód, nie będę za wiele zdradzać, abyście mieli tę przyjemność sami odkrywać jakimi osobami się okazują. Napiszę tylko, że główna bohaterka, czyli Katarzyna, jest dość naiwną młodą osobą, momentami może denerwować! Ale są momenty, że jest po prostu urocza. Taka kreacja wynika z faktu iż Opactwo jest parodią. A wybranek jej serca okazuje się mniej bezbarwną postacią niż w większości romansów, jest inteligentny, dowcipny i zadziorny. To chyba pierwszy książkowy amant, na którym mogłabym się zdecydować na dłużej "zawiesić oko" :)

Źródło: wikipedia.
        Sam wątek miłości dwojga ludzi także nie jest typowy, tak naprawdę miłość głównej bohaterki jest trochę na dalszym planie, a jej opis, który serwuje nam Austen jest dość nietypowy. Autorka bowiem pozwala sobie na osądzenie go, a jej osąd bynajmniej nie brzmi on tak cukierkowo jak można się spodziewać po takiej powieści.

        Opactwo Northanger to lekka książka, przy której łatwo się zrelaksujecie. Polecam ją, ale pamiętajcie z jakim nastawieniem :)


reżyseria: Jon Jones
czas trwania: 1 godz. 30 min.
premiera świat: 2007





        Również ekranizacja bardziej mi się podobała od Dumy i uprzedzenia. Przede wszystkim wynika to z tego, iż bardziej przypadła mi do gustu historia
z powieści.
        Dodatkowo moim zdaniem aktorzy o wiele lepiej się spisali. Felicity Jones (główna bohaterka, Katarzyna) jest śliczna i zagrała całkiem dobrze, jedyne co mi przeszkadzało to to, że ciągle rozdziawiała usta, ta mina była irytująca. Chyba inspirowała się grą Katharine Schlesinger z ekranizacji z roku 1986, to nie był dobry pomysł. John Feild (główny bohater, Henryk) był doprawdy uroczy, Liam Cunningham, jego filmowy ojciec, odegrał swoją rolę ponurego
i przerażającego generała. A William Beck sprawdził się w roli podstępnego i nieco wężowego (nie mogę znaleźć innego określenia! dodatkowo stale kojarzył mi się z serialowym Theonem Greyjoyem) rywala, który czyha tylko na bogatą (potencjalną) małżonkę.
        Całość była przyjemna dla oka i ucha- całkiem ładne widoki i nieźle dobrana muzyka.
Fabuła została naprawdę dobrze przedstawiona, zredukowano niewiele wątków, a nawet coś dodano. Film jest bowiem przetykany wstawkami z marzeń i snów Katarzyny. Nie do końca mi się to spodobało, ale przeżyłam ;) Nie było to oryginalne, ponieważ Jon Jones zwyczajnie powielił pomysł Gilesa Fostera, reżysera adaptacji z roku 1986. Na ten film jedynie zerknęłam, w zasadzie go sobie przewinęłam. Nie spodobała mi się gra Schlesinger, pozostali aktorzy też mnie jakoś zniechęcili, do tego wyglądali dość zabawnie. Nie wiem, która ekranizacja jest pod względem strojów i fryzur bliższa prawdy, ale zdecydowanie milsza dla oka jest ta z 2007 roku.
        Raczej poleciłabym tym, którzy czytali książkę, ale myślę, że i bez tego możecie czerpać przyjemność
z seansu, trzeba tylko lubić takie historie.


25 czerwca 2016

Weekend z Jane Austen. Sobota: Duma i uprzedzenie

 tytuł oryginału: Pride and Prejudice
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 1813
liczba stron: 368 
opis:
Rzecz dzieje się na angielskiej prowincji na przełomie XVIII i XIX wieku. Niezbyt zamożni państwo Bennetowie mają nie lada kłopot – nadeszła pora, by wydać za mąż ich pięć dorosłych córek. Sęk w tym, że niełatwo jest znaleźć odpowiedniego męża na prowincji. Pojawia się jednak iskierka nadziei, bo oto posiadłość po sąsiedzku postanawia dzierżawić pewien młody człowiek, przystojny i bogaty... 







Mała uwaga: ten tekst napisałam po przeczytaniu książki (a było to pod koniec marca), nie pojawił się od razu na blogu z uwagi na to, że planowałam obejrzeć więcej ekranizacji, a nawet serial. Niestety nie wyszło.

        Pisząc o tej książce muszę wspomnieć, że nie trafiła na najlepszy dla siebie czas. Okazało się, że nie bardzo mam ochotę na romans. Generalnie raczej rzadko miewam ochotę, bo nie przepadam za tym gatunkiem, już prędzej obejrzę komedię romatyczną. Ale to szeroko pojęta klasyka, więc wiedziałam, że kiedyś wreszcie musiał nadejść ten dzień, w którym po nią sięgnę.

        Nie będę pisać szerzej o czym jest Duma i uprzedzenie, nie widzę takiej potrzeby. Zresztą gdybym zdradziła więcej z fabuły to w zasadzie nie byłoby sensu, abyście po nią sięgali. Książka Jane Austen nie zachwyciła mnie ani trochę, momentami śmieszyła, więc jako takiej rozrywki dostarczyła, ale w zasadzie przeczytałam ją, bo przeczytałam, bez większych emocji. To takie czytadło, tylko że nie czytało mi się jej tak lekko jak zazwyczaj w takich przypadkach. Niestety, ale język bywał dla mnie jako współczesnego czytelnika nieco toporny. Czasem też nie wiedziałam czy do końca rozumiem co dana postać ma na myśli, ale też zapewne była to wina tego, że czasem wypowiedzi były zawoalowane.

        Nie podobał mi się sposób prowadzenia dialogów, to że czasem bywały nagle urywane i tylko streszczone. Trochę mnie to momentami denerwowało, bo sprawiało, że lektura była dość monotonna, co jest zapewne ironią, bo przypuszczam, że zabieg ten miał właśnie przyśpieszyć akcję i nie zanudzać czytelnika oczywistościami (mnie i tak nudziły momentami inne rozmowy, także...). Jakoś nie pasowało mi takie streszczanie wypowiedzi, jakbym nie mogła przez to lepiej poznać bohaterów. Choć ten fragment na zdjęciu powyżej jeszcze nie jest najgorszym przykład, bywały takie momenty, które bardziej mnie denerwowały, bo byłam ciekawa jak by coś takiego powiedziała dana postać, albo co dokładnie by powiedziała.
Rodzina Bennetów – ilustracja do "Dumy i uprzedzenia". Źródło: wikipedia
        Także przedstawienie postaci pobocznych było zrealizowane dość niefortunnie. Liczyli się tylko główni bohaterowie, o reszcie autorka nie miała za wiele do powiedzenia, albo zbywała je zdawkowym zdaniem, albo
w ogóle nie poświęcała im miejsca, co najwyżej zajęła się ich ubiorem czy zachowaniem w danej chwili. Tak jak poniżej- większość pobocznych postaci nie odznaczała się w ogóle niczym...
Również irytowało mnie pisanie hrabstwo X, pułkownik X, miasteczko X. Nie rozumiem czemu to miało służyć. Austen inspirowała się prawdziwymi wydarzeniami i nie mogła niektórych nazw zdradzić czy zabrakło jej fantazji?

        Jeszcze taka mała dygresja. Myślę, że niektórzy pomijają to w jakiej epoce Duma i uprzedzenie została napisana i w jakich czasach rozgrywa się akcja. Widać to na przykład przy krytyce pana Darcy'ego. Ludzie lubią wyśmiewać literackie wzorce kobiet, ale nie wezmą pod uwagę pewnych okoliczności. Tutaj zanim się coś napisze naprawdę należy wziąć pod uwagę tło historyczne. 

        Generalnie nie jest to książka, którą będę gorąco polecała, nie spodobał mi się styl Austen, Duma i uprzedzenie nie porwała mnie jakoś szczególnie, choć nie powiem, że całość była mi zupełnie obojętna. Momentami byłam ciekawa co wydarzy się dalej, niestety były też takie fragmenty, które mnie znudziły. Mimo, że ja jako tako nie polecam, to myślę, że warto wziąć ją pod uwagę, właśnie z uwagi na status klasyki, chociażby dlatego, że warto wiedzieć o czym mówią inni.
Drzeworyt z 1815 roku. Źródło: wikipedia


Czas trwania: 2 godz. 7 min.
Premiera świat: 25 lipca 2005
Premiera Polska: 13 stycznia 2006





        Film jest dość wierną ekranizacją książki i jako taki nawet mi się spodobał. Wszystko zostało dobrze oddane na dużym ekranie. Niestety jakoś, albo może przez to, że to taka wierna ekranizacja, nie spodobał mi się, nie porwał mnie. Niewiele mogę o nim napisać, bo to taka lekka historyjka, do obejrzenia tylko raz.
        Jeśli chodzi o aktorów to żadne z głównych bohaterów mi się nie spodobało. Keira Knightley zagrała... dziwnie. Te jej uśmiechy i chichy były tylko powodem do szyderczych parsknięć, zwłaszcza, że śmiała się też
w mało zrozumiałych momentach (a przynajmniej dla mnie). Matthew Macfadyen zagrał tak jakby naprawdę bolał nad tym, że musi w czymś takim wystąpić, aby zdobyć pieniądze...
Wiem, że ostro! Ale takie były moje wrażenia po seansie :)

23 kwietnia 2016

"Sputnik Sweetheart" Haruki Murakami

tytuł oryginału: スプートニクの恋人, Supūtoniku no koibito
tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
data wydania: 2014
data pierwszego wydania: 2003
data wydania oryginału: 1999
liczba stron: 263
opis:
Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany...
To wzruszająca, oniryczna opowieść o samotności. Bohaterowie Murakami są jak sputniki w przestrzeni kosmicznej - każdy wędruje po własnej orbicie.

 
        Sputnik Sweetheart to opowieść o trójce ludzi. Jak się zapewne domyślacie to książka o miłości. Choć
w zasadzie nie do końca...
 Ta kobieta kochała Sumire. Nie czuła jednak wobec niej pożądania. Sumire kochała tę kobietę i jej pożądała. Ja zaś kochałem Sumire i jej pożądałem. Sumire lubiła mnie, ale nie kochała ani nie pożądała. Ja pożądałem kobiety, która pozostanie anonimowa, ale jej nie kochałem.
        Z opisu książki można wywnioskować, że jest to powieść o homoseksualistach. Niektórych to może odrzucać. Zapewniam jednak, że wcale nie należy się tym sugerować. Owszem, Sumire kocha kobietę, jednak nie jest to typowa książka o takim związku, w zasadzie w miejsce Miu można by nawet podstawić mężczyznę, nie o to w tym wszystkim chodzi (choć jednak ma to pewne implikacje).
Generalnie opis jest według mnie nietrafiony, pomimo to nie pokuszę się o stworzenie własnego. Myślę, że wywnioskujecie z dalszej części tekstu dlaczego.

        Jedno zdanie z opisu oddaje trafnie treść tej książki. A mianowicie: To wzruszająca opowieść o samotności. Bohaterowie Murakami są jak sputniki w przestrzeni kosmicznej- każdy wędruje po swojej orbicie.
Samotne metalowe dusze w niewzruszonym mroku kosmosu spotykają się, mijają i rozstają, by nie zetknąć się już nigdy więcej. Nie pada między nimi ani jedno słowo. Nie muszą dotrzymywać żadnych obietnic.
        Generalnie Sputnik Sweetheart skupia się na samotności, to jest główny motyw tej powieści. Także "oczywiście" niespełniona miłość. Dostrzegłam ten motyw we wszystkich powieściach Murakamiego, które przeczytałam, stąd to oczywiście. Bardzo często opisuje on miłość do kobiety, nieprzemijającą, nie słabnącą przez lata. Aż odniosłam wrażenie, że autor sam kocha jakąś kobietę od lat, bez wzajemności. Powoduje to we mnie
z jednej strony roztkliwienie nad tak mocnym uczuciem jak i głęboki smutek i żal.

        Z jednej strony z początku miałam wrażenie, że ta książka Murakamiego jest podobna do poprzednich, które czytałam, czyli Norwegian Wood oraz Na południe od granicy, na zachód od słońca. Nie wiem dlaczego, być może dlatego, że wszystkie napisane są dość podobnie, mają ten sam klimat. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy aby czasem nie jest to wada, czy nie oznacza to, że Murakami pisze w kółko tę samą historię. Jednocześnie mam takie odczucie, że nie zrozumiałam wszystkiego, nie wyłapałam całego przekazu. Najprawdopodobniej przez to, że według mnie książkę za pierwszym razem czyta się dla fabuły, natomiast każdy kolejny raz to odkrywanie tego co chciał przekazać autor, jakichś głębszych treści. Cóż, nie muszę chyba tłumaczyć, że to cechuje dobrą literaturę, więc moje początkowe wątpliwości w zasadzie się rozwiały.
Zasadniczo książek Murakamiego nie czyta się dla fabuły, jest w nich coś więcej, na czym należy się skupić. 

        Jest jeden jedyny minus, choć wciąż się nad tym zastanawiam. Mianowicie chyba troszkę mnie rozczarowało zakończenie. Ostatnie kilkadziesiąt stron ma taką oniryczną atmosferę, a na sam koniec autor funduje nam skonfundowanie... Sama nie wiem czy mi się to podobało czy nie.

        Mam lekki problem z tą książką, bo z jednej strony oczekiwałam zachwytu, trzęsienia ziemi, Bóg jeden wie czego, ale z drugiej strony nie rozczarowałam się, ba, pierwsze strony tak mnie wciągnęły i oczarowały, że nie mogłam się oderwać od czytania. Więc jest tak- to nie będzie dla mnie odkrycie roku, ale jest to ciekawa powieść, którą na pewno jeszcze przeczytam. Z jednej strony otrzymałam "starego dobrego Murakamiego", jednak z drugiej chyba oczekiwałam czegoś świeższego. Na pewno mnie to jednak nie odstraszy od jego powieści, z przyjemnością będę sięgać po kolejne. I szczerze polecam każdemu, zarówno fanom Murakamiego, jak i tym którzy dopiero chcą zapoznać się z jego twórczością!

13 marca 2016

"Król, dama, walet" Vladimir Nabokov

tytuł oryginału: King, queen, knave
tłumaczenie: Leszek Engelking
data wydania: 2013
data wydania wersji angielskiej: 1968
data wydania wersji rosyjskiej: 1928
liczba stron: 320











        Moje trzecie spotkanie z twórczością Nabokova z początku wydawało się nieudane. Powieści tego autora ceniłam przede wszystkim za język, bo nawet jeśli fabuła mnie nie porwała, to czytanie jego dzieła było przyjemnością samą w sobie. A tutaj? Poczułam się niemal tak jakbym nie czytała Nabokova. Może to kwestia tego, że Król, dama, walet to były początki? Może polskiego przekładu? Może tego, że książka była tłumaczona najpierw na angielski?
Nie wiem, ale na początku szło mi jak po grudzie...

        Król, dama, walet jak sugeruje tytuł to historia miłosnego trójkąta. W tym momencie w zasadzie nie powinnam nic więcej pisać na temat fabuły, aby nie popsuć wam przyjemności z lektury. Historia niby banalna, niby motyw oklepany, ale szczerze powiem, że się nie zawiodłam.
Nota bene to nie jest oryginalna książka. Pierwsza wersja została napisana w języku rosyjskim w 1928 roku, później została przetłumaczona na angielski przez syna Nabokova i w zasadzie całkowicie zmieniona przez autora w 1968.

        W pewnym momencie po prostu wpadłam w świat wykreowany przez Nabokova. Od tego momentu już tylko pochłaniałam kolejne strony, kiedy tylko mogłam. Mimo, że autor nie bawił się słowami jak chociażby w Lolicie czy Patrz na te arlekiny! to i tak pisał na tyle plastycznie, że niektóre sceny z powieści mam niemal przed oczami, mieszają mi się ze snami. Czy ci którzy są po lekturze nadal czasem siedzą w łódce, czują jej kołysanie, zimny wiatr, deszcz, widzą przed sobą plecy Dreyera, czują uniesienie Marty?

        Myślę, że autor świetnie przedstawił bohaterów. Niektórzy twierdzą, że są to postacie papierowe, jak karty
z plakatu w jednej ze scen, jednak ich przedstawieniu nie można nic zarzucić. Czy można powiedzieć, że jako ludzie są papierowi? Moim zdaniem nie. Dreyer to osoba pełna energii, optymista i marzyciel. Marta to kobieta pełna pasji, jedynie Franz może tu lekko odstawać i przez jego bierność można powiedzieć, że jest papierową postacią. Ponadto to właśnie na postaciach najbardziej skupia się czytelnik, no bo główna oś akcji powieści to trójkąt miłosny.
Ta książka to również swoiste studium charakterów morderców, mamy ich tutaj dwa typy. Z zainteresowaniem śledziłam zmiany jakie zachodziły w tych postaciach.

        W Królu, damie i walecie Nabokov dobrze buduje nastrój i napięcie. Czytałam dość zachłannie, ciągle myśląc "No kiedy TO się wreszcie stanie!". Jest to dla mnie jedna z tych książek, od których trudno się oderwać. Z ciężkim sercem ją odkładałam i wracałam do czytania, kiedy tylko mogłam.

        Pochłonęłam ją dość szybko, jednocześnie nie jest to tzw. czytadło, nie jest to książka, która poza fabułą nie ma nic do zaoferowania. Dlatego uważam, że jeśli tylko zachęcił was opis, bądź moja opinia- nie ma co zwlekać, należy zabrać się za książkę jednego z najsłynniejszych autorów naszych czasów, który po raz kolejny udowodnił mi, że zasłużył na miano wybitnego pisarza.

26 lutego 2016

Krótko i na temat (10) || Harrison, Berne, Thewlis

Focza dama Kathryn Harrison

tytuł oryginału: The Seal Wife
tłumaczenie: Mariusz Ferek
data wydania: 2003
data wydania oryginału: 2002
liczba stron: 213
opis:
"Focza dama to olśniewająca, hipnotyzująca, oszczędna i po mistrzowsku napisana nowa powieść Kathryn Harrison. Osadzona w realiach Alaski z roku 1915, opowiada historię nieposkromionej miłości młodego naukowca do kobiety znanej jako Aleutka, kobiety, która nigdy się nie odzywa, nie ujawnia nawet swojego imienia. Autorka błyskotliwie odtwarza pogranicze Alaski z czasów I wojny światowej, jak i przywołuje pierwsze próby sporządzania map pogody, odsłania wewnętrzną domenę psychiki oraz emocji ludzki krajobraz, który w swojej wspaniałości i grozie stanowi niesamowitą reminiscencję zmarzniętej granicy i sztormów atakujących klif."



        Ciężko mi cokolwiek napisać o Foczej damie, bo nawet nie wiem co o niej myśleć. Generalnie jest to historia zakochanego szaleńczo meteorologa "zesłanego" na Alaskę. Jesteśmy świadkami jego codziennego życia, niemal walki o przetrwanie oraz jego miłostek, w zasadzie nic więcej się nie dzieje i niewiele z książki wynika.
         Foczej damie przede wszystkim brakuje zakończenia, jakiejś puenty, wyjaśnienia czegokolwiek. Postać meteorologa jest dość... hmmm oryginalna, aczkolwiek jeszcze jakoś się broni, natomiast obiekt jego westchnień jest dla mnie totalnie niezrozumiały i niestety autorka nic a nic nie pomaga w jej zrozumieniu. Do końca nie wiadomo o co chodzi z tajemniczą milczącą Aleutką.
        Niestety raczej nie jest to książka, którą będę polecała.



W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich Eric Berne
 
tytuł oryginału: Games People Play. The Psychology of Human Relationships
tłumaczenie: Paweł Izdebski
data wydania: 2004
data wydania oryginału: 1964
liczba stron: 159












        Książka o psychologii to coś zupełnie nowego wśród przeczytanych przeze mnie książek, nigdy nie czytałam nic tego typu. Jestem też zupełnie zielona w tym temacie, nie mam żadnych edukacyjnych podstaw na tym polu. Kiedy sięgałam po tę książkę miałam nadzieję na doedukowanie się i choć odrobinę większe zrozumienie stosunków międzyludzkich, nic więcej.
        Niestety Eric Berne mnie rozczarował. W co grają ludzie to jedynie przedstawienie gier, w które każdy z nas gra w swoim życiu. W zasadzie brak tu jakiejś analizy, wytłumaczenia dlaczego ludzie robią pewne rzeczy, są to opisy gier i jakieś tam sposoby wprowadzania gry, która by im przeciwdziałała. Wszystko to jest dość skąpe, każdy podrozdział to niewiele treści.
Dodatkowo książka napisana jest doprawdy zabawnym językiem, szczególnie przykłady dialogów pomiędzy ludźmi są komiczne. Być może odbieram to tak, bo od czasu jej publikacji minęło ponad 50 lat.
        Nie mogę powiedzieć bym cokolwiek nowego wyniosła z lektury tej książki, samo opisanie gier to niestety, jak dla mnie, za mało.

Pośmiertna sława Hectora Kiplinga David Thewlis

tytuł oryginału: The late Hector Kipling
tłumaczenie: Anna Maria Nowak
data wydania: 2009
data wydania oryginału: 2007
liczba stron: 368
opis:
"Przewrotny, inteligentny i dowcipny debiut znanego aktora Davida Thewlisa, opowieść o życiu, miłości, sztuce oraz o nieprzezwyciężonej pokusie zdrady.Hector Kipling jest znanym artystą. Nie dorównuje jednak popularnością swojemu przyjacielowi Lenny emu Snookowi. Pewnego popołudnia, gdy obaj stoją w galerii Tate, życie Hectora zaczyna się walić. Jak przystało na malarza, jego kryzys egzystencjalny zaczyna się tam, gdzie rodzi się wielka sztuka."





        Książka Davida Thewlisa rozpoczyna się dość niewinnie, ot zabawna historia, ale już na początku coś mi w niej zgrzytało, coś wyczuwałam.
        Nie wiem czy powinnam to pisać, bo być może popsuję wam przyjemność czytania, także lojalnie ostrzegam, że ten akapit to spoiler; ale z drugiej strony ciężko cokolwiek napisać o tej powieści bez napisania tego. Mianowicie Pośmiertna sława Hectora Kiplinga to historia człowieka popadającego w szaleństwo. To śmiały pomysł, dość często wykorzystywany w literaturze.
        David Thewlis napisał całkiem dobrą powieść. Pośmiertna sława Hectora Kiplinga wydała mi się w sumie dziwna, ale myślę, że pochwała się jednak należy. Jest napisana lekkim językiem, więc szybko się ją czyta, nie dziwne więc, że dałam się porwać akcji, a pod koniec zastanawiałam się dokąd to u licha zmierza, a po zamknięciu książki- o co tam chodziło... Nie porwała mnie, nie spodobała mi się zbytnio. Nie będę jej szczególnie polecać, ale nie jest zła, więc nie zamierzam też odradzać.


Wygooglujcie sobie Thewlisa, chyba, że kojarzycie to nazwisko ;) Przyznam, że ja nie skojarzyłam, dowiedziałam się przypadkiem, po skończeniu powieści, kim jest.

12 lutego 2016

"Królowa Margot" Aleksander Dumas i "Królowa Margot" Patrice Chéreau

tytuł oryginału: La Reine Margot
tłumaczenie: ???
data wydania: 2009
data wydania oryginału: 1845
liczba stron: 600






 
        Z książkami Dumasa (ojca) miałam już do czynienia przy okazji lektury Hrabiego Monte Christo. Ta powieść pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Mam na swojej półeczce Trzech muszkieterów, jednak z jakiegoś powodu nie potrafię po nich sięgnąć, natomiast Królowa Margot nie musiała tak długo czekać.

        Fabuła powieści Dumasa skupia się wokół intryg knutych na dworze francuskim, a jest ich naprawdę sporo. Wręcz intryga goni intrygę, przygoda przygodę i to napędza akcję Królowej Margot. Powieść jest oparta na prawdziwych wydarzeniach.
Głównym bohaterem jest Henryk Burbon, który dopiero co poślubił tytułową Małgorzatę, siostrę obecnego króla. Królowa-matka, Katarzyna de Medici, obawia się o to, że Henryk tylko czyha na tron francuski i próbuje wyeliminować znienawidzonego szwagra. Spiskuje także sam król, Karol IX, jego brat, książę Franciszek d‘Alencon, a i Henryk
z żoną nie pozostają im dłużni.
W sieć intryg zostają także wplątani dwaj szlachcice- Lerac de La Mole i Annibal de Coconnas. Akcja rozciągnięta jest na ponad dwa lata.
Jest to typowa powieść płaszcza i szpady.

        Sam początek książki wywarł na mnie bardzo złe wrażenie. Oto przypatrujemy się rzezi hugenotów, dosyć osobliwie opisanej, a już po tych słowach naszła mnie jedna refleksja...

Później już w miarę zatraciłam się w powieści (ta cała rzeź z początku mi to oczywiście uniemożliwiła), ale nadal byłam niezadowolona. Jednak w końcu zrozumiałam, że to jest książka z pierwszej połowy XIX wieku i należy na nią patrzeć w zupełnie oddzielnych kategoriach. Wtedy z kolei zaczęłam ją traktować jako zabawną opowiastkę... Zdaję sobie sprawę, że było to dość niepoważne jak na wydarzenia się w niej rozgrywające, zwłaszcza pod koniec.

         Także zupełnie dystansując się do książki- jest to całkiem zajmująca powieść, która zapewni rozrywkę na kilka ładnych godzin i nie znudzi. Nie ma czasu na nudę, ponieważ ciągle coś się dzieje. Mamy tutaj pojedynki na śmierć
i życie, miłosne wyznania, knowania, trucicieli, spiski i tajemnice. Coś co cechuje dobrą przygodówkę. Są to cechy, które sprawią, że na pewno spodoba się miłośnikom gatunku i niejednego wciągnie.

        Niestety muszę przyznać, że nie spodobała mi się Królowa Margot. Jednak, mimo że nie czytałam jej
z przyjemnością, nie mogę znowuż stwierdzić, że była beznadziejna. Po prostu książka wydała mi się bardziej zabawna niż przejmująca, do tego do bólu przewidywalna, a także po prostu zbyt grzeczna... ;)

        W tym samym czasie La Mole tłumaczył z Małgorzatą idyllę Teokryta, a Coconnas,
udając, że jest Grekiem, pił z Henrietą syrakuzańskie wino.
-schadzka kochanków


Tu oczywiście biorę pod uwagę z jakich czasów pochodzi owa książka i że romans królowej sam w sobie wywoływał zapewne wypieki na policzkach wielu panien, a co dopiero gorące miłosne wyznania.
        Ba, przewidywalność to jedno zmartwienie, drugie to naiwność i naciąganie, bo coraz to nowe niebezpieczeństwa czyhają na postacie z książki, ale trzeba ciągnąć akcję dalej, wciąż z tymi samymi bohaterami. Chociaż Dumas i tak trochę mnie zaskoczył na końcu, jednak do ostatnich stron spodziewałam się, że bohaterowie powstaną z grobu- taki właśnie klimat!

        Królową Margot potraktowałam podczas lektury z przymrużeniem oka, niemal jako komedyjkę... Moja postawa wzięła się zapewne stąd, że jeśli bym jej tak nie potraktowała to pewnie pożałowałabym czasu jaki straciłam na przeczytanie.
Rozważałam przez chwilę ponowną lekturę, być może odebrałabym ją wtedy inaczej... Ale monotonność akcji skutecznie mnie zniechęca, nie sądzę bym ujrzała nagle wartość tej książki. Jak już pisałam jeśli miałabym polecić to jedynie fanom przygodówek z tych czasów i oczywiście fanom Dumasa.



Oczywiście ponarzekam sobie na wydanie, bo mam na co. Generalnie nie o samo wydanie chodzi, bo to samo w sobie jest świetne, ale o treść- ILE TAM JEST BŁĘDÓW! Wstyd!

Czas trwania: 2 godz. 42 min.
Premiera świat: 11 maja 1994





        Podczas oglądania filmu nie mogłam przestać porównywać go z książką,
a także ciągle zastanawiałam się jakie były prawdziwe wydarzenia.
Postanowiłam więc pod tym kątem przejrzeć Internet, aczkolwiek zrobiłam to dość pobieżnie. Na duży plus zarówno filmu jak i książki jest to, że zainteresowałam się prawdziwą historią postaci w nich przedstawionych i chętnie przeczytałabym coś rzetelnego na ten temat. Może coś polecicie?

        Film miał dla mnie zupełnie inną wymowę. Nie traktowałam go jako przygodówkę, ale jako dramat. Przede wszystkim przez sposób pokazania wydarzeń, wypaczenie do granic rodziny królewskiej, sugestywną muzykę tworzącą niezapomniany klimat oraz sama "kolorystyka" filmu- bardzo często występował kolor niebieski, szarawy, przygnębiający wręcz (przypuszczam, że ten zabieg ma jakąś swoją specjalistyczną nazwę, ale nie mam pojęcia jaką, więc określam to jako kolorystykę).

        Królową Margot można w zasadzie potraktować nie tylko jako dramat historyczny, ale i romans, aczkolwiek
w żadnym razie nie romansidło, nie jest to ckliwy twór, wręcz przeciwnie- jest to brudny, brudny film, w którym znajdziemy takie elementy jak trucicielstwo, morderstwa, rzeź wręcz, zdrady, przypadkowy seks i kazirodztwo. Mogłabym wymieniać dalej, ale najlepiej samemu się przekonać.

        Muszę także wspomnieć o aktorach. Myślę, że większość z nich odwaliła kawał dobrej roboty, wspomnę o tych, których gra podobała mi się najbardziej. Po pierwsze Vincent Perez, który wykreował charyzmatyczną postać Leraca de La Môle, dalej Virna Lisi, snująca się po ekranie niczym sama śmierć, słynna trucicielka Katarzyna Medycejska.
A na końcu prześliczna Isabelle Adjani, od której ciężko było oderwać wzrok.
Czy komuś się udało? Mnie nie, chłonęłam każdą scenę z jej udziałem. Dodatkowo jako ciekawostkę dodam, że ta pani wygląda bardzo młodo jak na swój wiek, kiedy grała Margot miała 39 lat! A wygląda na młodziutką kobietę.

        Po zachwytach czas na to co mi się nie podobało. To w zasadzie jedna rzecz, a mianowicie traktowanie rodziny królewskiej. Sceny ślubu i wesela, które wyglądały bardziej na zabawę pospólstwa niż monarchów, a także np. scena kiedy Margot zostaje przewrócona na ulicy przez księcia! Sceny w mojej opinii zupełnie niepotrzebne, wręcz nie na miejscu.

        Generalnie dla pełnej oceny tego filmu musiałabym go obejrzeć jeszcze raz, bo na razie odbiór przyćmiewała mi lektura książki Dumasa. Aczkolwiek to co mogę powiedzieć na dzień dzisiejszy- to jest zła ekranizacja, ale film jest zdecydowanie lepszy od książki!
Niezależnie czy czytaliście książkę czy nie polecam wam ten film.