Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca 2016

"Ulica Nadbrzeżna", "Cudowny czwartek" John Steinbeck i "Ulica Nadbrzeżna" David S. Ward


tytuł oryginału: Cannery Row, Sweet Thursday
tłumaczenie: Krzysztof Obłucki, Adam Kaska
data wydania: 2012

data wydania oryginału (Ulica Nadbrzeżna): 1945
data wydania oryginału (Cudowny czwartek): 1954

liczba stron: 584
opis:
"Ulica Nadbrzeżna położona w ubogiej dzielnicy portowego miasta Monterey jest domem „dziwek, alfonsów, szulerów”, ale wystarczy spojrzeć z innej perspektywy, by uznać, że to „święte, aniołowie, męczennicy i błogosławieni”. Wśród nich żyją Henry, malarz zbierający kawałki drewna, by zbudować łódź, Lee Chong – właściciel niewielkiego sklepu, w którym jest wszystko, i Doktor z laboratorium biologicznego, doglądający chorych i leczący nieszczęśliwe dusze.
To zaledwie kilka budynków, ale ludzie i historie, które skrywa ulica, emanują miłością, ciepłem, zrozumieniem i przywracają wiarę w proste wartości.
„Cudowny Czwartek” opisuje losy tych samych i nowych mieszkańców dzielnicy tuż po drugiej wojnie światowej."





        John Steinbeck to jeden z najsłynniejszych amerykańskich pisarzy, laureat literackiej Nagrody Nobla "za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych”"1 i Pulitzera. Od pierwszego spotkania zachwycił mnie swoją najsłynniejszą powieścią Na wschód od Edenu. Moje późniejsze spotkania z jego twórczością nie były już tak udane. Książki chociaż dobre (no może poza jedną) nie były już takim strzałem w dziesiątkę.
2
        Ulica Nadbrzeżna oraz Cudowny czwartek są zaliczane do tzw. trylogii o Monterey, pierwsza to Tortilla Flat (opisywana przeze mnie dwa razy). Tematyka jest zbliżona, książki są bardzo do siebie podobne. Steinbeck znów opisuje życie "ludzi marginesu", znowu czytamy o wesołej gromadce pijaków, ale nie tylko. Śledzimy także losy między innymi mieszkańców (a raczej mieszkanek) burdelu oraz pewnego Doktora, który tak naprawdę doktorem nie jest.

        Te dwie powieści Steinbecka są lekkie i szybko się je czyta. Znalazłam w nich mniej aluzji niż w Tortilla Flat,
a więcej komedii. Są to opowiastki, które jednocześnie bawią i zawierają w sobie trochę prawdy o życiu i ludziach, czasem gorzkiej.
Ja sama czytałam je w kolejności powstania (Tortilla Flat->Ulica Nabrzeżna->Cudowny czwartek), ale można pominąć Tortilla Flat. Natomiast nie zalecam czytania najpierw Cudownego czwartku, ponieważ to kontynuacja Ulicy.
Nie mogła już tego dłużej wytrzymać. Jak zrobiłem coś dobrego, zawsze się jakoś popsuło. Jak dałem jej prezent, zawsze było z tym coś nie w porządku. Miała tylko przykrości przeze mnie. Nie mogła tego dłużej wytrzymać. To samo było wszędzie, póki nie zostałem błaznem. Nie potrafię nic innego robić, tylko być błaznem. Żeby ludzie się śmieli.
        Steinbeck pisze o ludziach, którym niewiele do szczęścia potrzeba. Którzy są tacy jak my. Są dość ubodzy, często nieudolni, mają wiele wad, przez innych są określani jako margines społeczeństwa, biedota. Ale czy oni się tym przejmują? Są szczęśliwi z tym co mają. Żyją blisko natury.
2
Fakt, to jest sielanka. Dość nierealna. Ale... Czasem człowiek potrzebuje takiej książki.

        Ulicę Nadbrzeżną czytało mi się średnio. Początkowo mi się podobało, ale wkrótce mnie znużyła (lekka książka, a jednak znużyła...). Natomiast Cudowny czwartek zdecydowanie bardziej mi się spodobał, bardzo polubiłam postać Doktora, a że ta część traktuje głównie o nim, całość przeczytałam z zaciekawieniem. Ta książka jest chyba największym czytadłem z całej trylogii o Monterey i jest najzabawniejsza z nich wszystkich. W zasadzie cała fabuła opiera się na perypetiach miłosnych i swataniu. Doktor choć jest najbardziej "zamożnym" i poważanym człowiekiem, choć z pozoru ma wszystko i prowadzi wygodne życie, odczuwa jakąś pustkę, czegoś mu brak. Ten problem może dotyczyć wielu z nas, dlatego nietrudno się z nim utożsamić.

        Piszę o tych utworach dość lekceważąco, mimo że, jak to u Steinbecka, pewne przesłanie oczywiście jest
w nich zawarte. Dodatkowo klimat jaki wyczarował zasługuje na wzmiankę. Momentami czułam jakbym sama mieszkała w nadmorskiej miejscowości, jakbym sama przechadzała się po plaży. To ja słyszałam gwar ulicy Nadbrzeżnej i czułam zapach sosnowego lasu.
2

        Czy polecam? W zasadzie tak, nawet jeżeli któraś z tych książek (bo nie musicie przecież czytać od razu tego wydania) nie do końca się spodoba to czyta się je na tyle lekko, że nie sposób żałować zmarnowanego czasu. Nie jest to najambitniejsza lektura, nie oczekujcie zachwytów, możecie co najwyżej oczekiwać lekkiej książki na dobrym poziomie. To bardzo dobry wybór jeśli chodzi o lektury na wakacje.


Pisałam o tym przy okazji innego zbioru książek, ale się powtórzę- BŁĘDY! To jest książka z największą  ilością błędów jaką kiedykolwiek czytałam. Wydanie piękne, ale coś tu nie gra...


1. źródło cytatu: https://pl.wikipedia.org/wiki/John_Steinbeck
2. kryptoreklama Instagrama ^^


Czas trwania: 2 godz.
Premiera świat: 12 lutego 1982



        Zaczynam od rzeczy oczywiście najważniejszej :) Ten film to dość wierna ekranizacja książek. Czerpie głównie z fabuły Cudownego czwartku. Oczywiście wiele wątków pomija i skupia się głównie na owym miłosnym. Bardzo spodobał mi się wątek dodany, czyli ten z jasnowidzem, urozmaicił fabułę w subtelny sposób, fani Steinbecka powinni jedynie być zadowoleni, że filmowcy ich czymś zaskoczyli!

        Film ma specyficzny klimat, wszystko jest utrzymane w dość zabawnym tonie. Nie wiem czy spodobał by mi się gdybym nie czytała książek, zapewne mniej.

        Niemniej historia jest dość dobrze przedstawiona, film raczej bawi i odpręża niż zmusza do refleksji. Wątek Suzy jest przedstawiony bardziej dosadnie, możliwe, że z powodu innych czasów w jakich był nakręcony.


        Bardzo spodobała mi się gra Debry Winger, nie dość, że była prześliczna to jeszcze zagrała Suzy właśnie tak jak trzeba- z pazurem. Oddała jej charakterek znakomicie. Jakoś nieszczególnie zapadła mi w pamięci kreacja Nicka Nolte'a, raczej został przyćmiony przez Winger.

        Niekoniecznie poleciłabym Ulicę Nadbrzeżną komuś kto nie czytał książek. Chociaż... może warto spróbować :)

21 maja 2016

"Dom" Toni Morrison

tytuł oryginału: Home
tłumaczenie: Jolanta Kozak
data wydania: 2013
data wydania oryginału: 2012
liczba stron:
 144













        Toni Morrison to autorka zupełnie mi nieznana, nawet ze słyszenia, mimo, że jest laureatką Nagrody Nobla
(w 1993), a także wyróżniona Nagrodą Pulitzera za Umiłowaną (na podstawie tej książki nakręcono film o tym samym tytule (w oryginale, bo Polacy przetłumaczyli "Beloved" na "Pokochać") z Oprah Winfrey i Dannym Gloverem). Jak można przeczytać na wikipedii, a także na tylnej okładce Domu: W uzasadnieniu decyzji
o przyznaniu pisarce Nagrody Nobla Szwedzka Akademia napisała: "W powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości Morrison przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości".

Jej książkę kupiłam z bardzo prozaicznego powodu- była tania. Prawdopodobnie też skusił mnie opis, ale raczej go nie czytajcie, chyba że szybko zapominacie.

         Skoro odradzam czytanie opisu wypada napisać coś od siebie. To dość trudne zadanie- jak tu zaciekawić czytelnika nie zdradzając za dużo z fabuły tak krótkiej książki?
Głównym bohaterem Domu jest Frank, weteran wojny koreańskiej. Po powrocie do rasistowskiej Ameryki nie potrafi się odnaleźć, dręczą go wojenne wspomnienia, pamięć o zabitych kolegach. Swoje smutki topi w alkoholu, co, jak można się domyślić, nie kończy się dla niego dobrze. Jednocześnie Frank musi wyruszyć na ratunek swojej siostrze, która popadła w tarapaty. Nie wie tak naprawdę co jej jest, wie tylko, że bardzo z nią źle i go potrzebuje.

        Dom to książka przede wszystkim z klimatem. Autorka ma swój oryginalny styl, który spodobał mi się od początku. Sposób prowadzenia narracji i przedstawienia wydarzeń sprawia, że wczuwamy się w postać Franka
i wydaje się ona bardzo autentyczna. Poza tym cała historia zaczyna się świetnie i jest bardzo dobrze napisana, ciągle utrzymywana jest odrobina tajemnicy. Tak naprawdę do końca książki dowiadujemy się czegoś nowego.

        Książka Toni Morrison porusza także wiele problemów. Oczywiście jednym z nich jest rasizm w Ameryce, trochę jest o wojnach, trochę o problemach rodzinnych. Dodatkowo główny wątek powieści jest sam w sobie jednym z motywów literackich- podróż Franka to nie tylko wyruszenie na ratunek siostrze, mężczyzna wyrusza w podróż
"w głąb siebie". Generalnie wiele się w nim zmienia od czasu kiedy opuszcza swoje rodzinne miasteczko by wyruszyć na wojnę. Ważny jest także tytułowy dom. Kiedyś miejsce znienawidzone, od którego najlepiej uciec.
W końcu jednak zmienia się spojrzenie bohaterów i jest to miejsce nie od którego się ucieka, a gdzie się wraca. Dające nadzieję.

        Mimo ogólnie pozytywnej recenzji uważam, że jest to zbyt krótka książka. Nie do końca jest tak jakbyśmy ujrzeli tylko skrawek historii, trochę inaczej. Nie mogę narzekać, że brak jej zakończenia, jednak całość... po prostu za krótka, jakby czegoś mi jednak brakowało. Po jej skończeniu czułam się jakoś niewyraźnie. Dom oceniam, więc jako taką średnią lekturę, jednak świadoma wszystkich jego plusów ;) Mimo to zdecydowanie jej nie odradzam, a sama chętnie sięgnę po inne książki Morrison.

30 grudnia 2015

Krótko i na temat (9)

Opowiastki Hjalmar Söderberg
tytuł oryginału: Historietter
tłumaczenie: Paweł Pollak
data wydania: 2003
data wydania oryginału: 1898
liczba stron: 104








       Kiedy zobaczyłam na LC, że zaledwie garstka ludzi przeczytała Opowiastki- a dokładnie 15 osób- postanowiłam, że jednak coś o nich napiszę, choć nie za bardzo przypadły mi do gustu.
       Tytuł tego zbioru powinien raczej brzmieć "Przypowiastki", albowiem książka Söderberga to zbiór krótkich opowieści, które bardzo przypominają właśnie przypowieści- niektóre są zaskakujące inne zabawne, część jest "moralizatorska".
       Jak już napisałam niezbyt przypadła mi do gustu pierwsza książka Hjalmara Söderberga, którą przeczytałam. Nie zawsze wyłapałam sens opowieści, nie zawsze wydawały się sensowne czy warte przeczytania. Nie potrafię napisać wiele więcej, ponieważ na podstawie takich krótkich tekstów zawsze trudno mi ocenić kunszt pisarski autora, sposób kreowania świata czy postaci. Opowiastki nie wyróżniały się także klimatem, ot coś lekkiego do przeczytania w trakcie lektury jakiejś "cegiełki".
      Niezbyt dobrze wybrałam pierwsze "spotkanie" z Söderbergiem. Mimo to wiem, że nie będzie to ostatnia jego książka jaka trafi w moje ręce, bo nie przepadam za opowiadaniami i chcę mu dać jeszcze jedną "szansę".

 Rzecz o mych smutnych dziwkach Gabriel García Márquez
tytuł oryginału: Memoria de mis putas tristes
tłumaczenie: Carlos Marrodan Casas
data wydania: 2005
data wydania oryginału:
2004
liczba stron: 112 












       Rzecz o mych smutnych dziwkach to specyficzna książka. Powiedziałabym, że Marquez ma styl typowy dla autorów hiszpańskich, z ameryki łacińskiej i japońskich, wszyscy oni tworzą tego typu powieści- momentami zabawne, czasem absurdalne i z jakimś przesłaniem. Wydarzenia w takich książkach są często odrealnione, a ludzie jakby z innej rzeczywistości. Mimo, że nie uważam takich powieści za arcydzieła i raczej nie trafiają do ulubionych, to bardzo lubię je czytać.
       Powieść Marqueza kojarzyła mi się trochę z Lolitą, traktuje bowiem o miłości dziewięćdziesięciolatka do nastoletniej dziewczynki. Jednak miłość starszego mężczyzny do dziecka to jedyne skojarzenie.
Jest to zarazem moje pierwsze spotkanie z tym autorem i jego ostatnia książka, być może będę teraz czytać poprzednią i tak do najstarszej ;)
       Książka nie spodobała mi się jakoś szczególnie, ale dobrze mi się ją czytało, toteż gdyby ktoś mnie zapytał czy warto spróbować, powiedziałabym: jasne, czemu nie, szybko się ją czyta i jest cienka, więc grzechem byłoby tego nie zrobić.

 _____________________________________________________________________________________________

To ostatni post z opiniami w tym roku. Krótkie podsumowanie roku pojawi się pierwszego stycznia. Czujecie już 2016? Ja się nie mogę doczekać, ale tylko jeśli chodzi o podsumowania :P
Jest coś o czym chciałabym napisać wcześniej niż w podsumowaniu. W tym roku minęło 5 lat od kiedy zaczęłam blogować. Nadal sprawia mi to frajdę i mam nadzieję, że będę to robić jeszcze długo. Poza tym zabawnie jest spojrzeć na swoje posty na przestrzeni tylu lat. Są tu takie, które najchętniej bym usunęła, są też opinie, z którymi obecnie bym się nie zgodziła- być może zacznę pisać ponowne opinie na temat książek już czytanych (oczywiście wybranych), to by było ciekawe doświadczenie :)
Raczej nie obchodziłam żadnych rocznic, ale ta jest okrągła, wręcz "uderzyło" mnie to, że minęło aż pięć lat! Z tej okazji chciałabym obdarować kogoś książką :) Wystarczy zgłosić się pod postem- wybrać książkę z poniższego stosiku i podać maila. Zwycięzcę wylosuję 6 stycznia.

Tymczasem życzę Wam udanej zabawy sylwestrowej! :)

21 września 2015

"Ciotka Julia i skryba" Mario Vargas Llosa

tytuł oryginału: La tía Julia y el escribidor
tłumaczenie: Danuta Rycerz
data wydania: kwiecień 2008
data wydania oryginału: 1977
liczba stron: 473













    Mario Vargas Llosa potrafił zaciekawić mnie opowieścią tylko przez pierwsze 2/3 powieści, potem było już tylko brnięcie do końca. Takie pierwsze zdanie zapewne sprawi, że stwierdzicie, że nie musicie czytać reszty opinii i macie rację, nic odkrywczego nie napiszę.

    Moje rozczarowanie wynika przede wszystkim z tego, że nie lubię opowieści tylko i wyłącznie dla opowieści albo po prostu nie zainteresowała mnie historia Maria. Może trochę brutalny jest zwrot, że jest to "opowieść dla opowieści", jednak jakoś brakowało mi w tej książce akcji, bo wszystko toczy się wokół romansu Maria z własną (daleką bo daleką) ciotką, który kończy się tak jak z góry przewidziałam. Poetycko opisane momenty ich miłości są może ze dwa, nie ma wydarzeń, które by czytelnika jakoś poruszyły, wszystko toczy się do pewnego punktu. Może i końcowe perypetie na chwilę przykuwają uwagę, ale jednak gdyby ktoś mnie zapytał w trakcie czytania twardo obstawałabym przy swojej wersji zakończenia.

    Książka urozmaicana jest fragmentami opowieści radiowych autorstwa tytułowego skryby. Niektórych zapewne ten co drugi rozdział bawił, na pewno wielu pokusiło się o odnajdywanie w nich fragmentów życia Pedra, mnie jednak w połowie książki zaczęły one niesamowicie nużyć, ponieważ nie dążyły do niczego, a rozdział był objętościowo taki sam jak rozdział o Mario i Julii. Gdyby je usunąć książka byłaby o połowę cieńsza i moim zdaniem nic by nie straciła. Może nieco z ewentualnej końcowej konsternacji czytelnika co do postaci Pedra Camacho.

    Ciotka Julia i skryba to powieść zawierająca elementy autobiograficzne, więc zapewne zagorzali fani pisarza będą zachwyceni. Myślę, że to ciekawa sprawa napisać książkę o swoim romansie urozmaicając ją Pedrem Camacho i jego opowieściami. Dokładnie tak: ciekawa sprawa! Mnie jednak książka Maria nie przypadła do gustu.




Niestety filmu na podstawie książki nie udało mi się obejrzeć, może kiedyś.

29 grudnia 2012

Krótko i na temat (3)

Dziś wyjątkowo nie oceniam żadnej książki :)
 
 Hańba J. M. Coetzee

tytuł oryginału: Disgrace
tłumaczenie: Michał Kłobukowski
wydawnictwo: Znak
data wydania: 2006 
data wydania oryginału: 1999
liczba stron: 268
opis:
"Trudno uwierzyć, że koneser kobiecych wdzięków i wielbiciel poezji romantycznej częściej doświadcza nudy niż miłości. David Lurie, dwukrotnie rozwiedziony pięćdziesięciodwuletni profesor literatury na uniwersytecie w Kapsztadzie, świadomie burzy swój święty spokój. Nawiązuje romans z młodziutką studentką i wkrótce potem, zaskarżony przez nią, traci pracę i szacunek otoczenia. Wizyta u córki Lucy i zmiana trybu życia ujawniają, że nie potrafi znaleźć wspólnego języka z innymi. Nie radzi sobie też z poczuciem winy za tragedię, która spotkała Lucy. W końcu każde z nich będzie musiało znaleźć własny sposób na to, jak żyć z piętnem hańby."







 Przeczytałam tę książkę jeszcze na wakacjach. Przeczytałam i zapomniałam. Bynajmniej nie o niej, ale o tym by coś o niej skrobnąć. Nie wiedziałam co o niej myśleć, więc zwlekałam, zwlekałam, a niedawno sobie przypomniałam, że miałam coś o niej napisać.
 Pierwsza część, czyli romans Luriego mnie mocno wciągnęła i zainteresowała, dopóki nie wyjechał z Kapsztadu oceniałam tę książkę na co najmniej dobrą. Jednak później zaczęła mi się coraz mniej podobać. Nie wiem czym to było spowodowane. Być może nie rozumiałam niektórych decyzji bohaterów, ich motywacji. Ale też ich historia zaczęła mnie coraz mniej interesować. Nie wiem... Po prostu zupełnie do mnie nie dotarła ta książka.
Było to moje pierwsze spotkanie z Coetzeem i sama nie wiem czy nie ostatnie. Boję się, że nie zrozumiem reszty jego książek. W każdym razie na dzień dzisiejszy pasuję.
Pozostawiam bez oceny, ani nie polecam, ani nie zniechęcam.

 Córka krwawych Anne Bishop

tytuł oryginału: The Black Jewels Trilogy: Daughter of the Blood
tłumaczenie: Jakub Szacki
seria/cykl wydawniczy: Trylogia Czarnych Kamieni tom 1
wydawnictwo: INITIUM
data wydania: październik 2008
data wydania oryginału: 1998
liczba stron: 366
opis:
"W świecie Mrocznego Królestwa, przepełnionego zdradą i korupcją, zasady ustalają Krwawi a rasa czarownic i czarnoksiężników, których moc określają magiczne kamienie...Przed ponad 700 laty, czarownica sabatów Klepsydry, ujrzała spełniającą się starożytną przepowiednię a nadejście najpotężniejszej Królowej w historii Krwawych a żywego mitu, Czarownicy, która posiadać będzie więcej mocy, niż sam Wielki Lord Piekła. Do walki o względy młodej Jaenelle staną trzej odwieczni wrogowie, którzy wiedzą jak wielka moc kryje się za błękitnymi oczami niewinnej dziewczyny.Bezlitosna gra, w której główną bronią są magia, miłość i nienawiść właśnie się rozpoczęła." 


Nie wiem co o niej napisać. Bardzo mało mnie w niej ciekawiło, ale jednak coś. Zbyt wiele tajemnic, które nie zostały ujawnione. Chyba to mi najbardziej przeszkadzało- że często bohaterowie uśmiechali się do siebie konspiracyjnie, a ja mogłam się tylko domyślać o co chodzi, czułam się wykluczona. I tak do końca. To może się wydawać ciekawe na początku, ale po jakimś czasie nuży.
A do tego denerwowali mnie bohaterowie. Zupełnie mi nie podeszła ta książka.
Język książki nie był zły, dlatego można to uznać za w miarę dobre czytadło. Cóż trzeba spróbować, może się komuś spodoba.

Pięćdziesiąt twarzy Grey'a E. L. James
 
tytuł oryginału: Fifty Shades of Grey
tłumaczenie:
Monika Wiśniewska
seria/cykl wydawniczy: 50 odcieni tom 1
wydawnictwo: Sonia Draga
data wydania: wrzesień 2012
liczba stron: 608












Książka ta wywołała burzę nie tylko w internecie, ale ogólnie na świecie. Ach nie, przepraszam, głównie szum wywołany był zapowiedziami i reklamą. Sama książka nie powoduje większych emocji.
Setnie się ubawiłam czytając niektóre recenzje i w sumie wystarczyłoby gdybym napisała, że ubawiłam się lepiej niż podczas czytania książki.
Nie mam zamiaru się nad nią znęcać, wielu już napisało na jej temat mądre i zabawne rzeczy. Ale... jak u licha to coś może się podobać, że tak powiem szanowanym czytelnikom? Mam tu na myśli takich którzy czytają znacznie więcej niż 3 książki w ciągu roku. Jak?
To chyba pozostanie dla mnie zagadką do końca życia ;)

Niestety sama przyczyniłam się do promocji tego literackiego ścierwa. Moje dwie koleżanki, które nie czytają książek ją baaardzo polubiły. Ktoś powiedziałby, że lepsze to niż nic. Ja mówię, że nie! Zdecydowanie nie. Na swoją obronę dodam, że ja się z niej tylko wyśmiewałam...

A jeśli chcecie sobie poczytać coś "kontrowersyjnego" i zarazem erotycznego to polecam opowiadania erotyczne jakich cała masa w internecie. Są zupełnie za darmo, w jednym jest więcej pomysłów niż we wszystkich 50 twarzach pana Greya i mają większą wartość "literacką". I tu sensacja- występują w nich zdania złożone!

Co może zaskoczyć po takich słowach- czekam na film. Koniecznie z ładnymi aktorami, może na ekranie zobaczymy jakieś naprawdę pikantne lub kontrowersyjne sceny seksu i ogólnie może uratuje chociaż trochę całą historię.

Ogólnie to dodam jeszcze, że nie tknęłabym tego kijem z odległości 2 km gdyby nie oburzenie czytelniczek dotyczące "sceny z tamponem". Z bólem do niej doszłam i co? Wielkie nic... Nie wiem co w tej scenie było takie okropnego... :P

19 października 2011

"Miasto i psy" Mario Vargas Llosa

tytuł oryginału: La ciudad y los perros
tłumaczenie: Kazimierz Piekarec
wydawnictwo: Muza
data wydania: 1997
data wydania oryginału: 1963
liczba stron: 432
ocena: 5.5/6










Tyle już mądrych słów napisano o tej książce Llosy, że równie dobrze mogłabym wkleić tutaj kilka cytatów. Jednak postaram się napisać coś od siebie.

Miasto i psy to debiut Mario Vargas Llosy. Był to jeden z najgłośniejszych debiutów w literaturze iberoamerykańskiej, wstrząsnął nie tylko całą resztą rynku wydawniczego, który zaczął interesować się literaturą iberoamerykańską, ale także światem wojskowych:
Llosa stał się ulubieńcem czytelników, ale ściągnął na siebie gniew armii. Oficerowie oskarżyli pisarza o fałszowanie stosunków panujących w wojsku i brak patriotyzmu. Rozwścieczeni żołnierze spalili tysiące egzemplarzy książki, co – jak wspomina pisarz – zapewniło powieści darmową reklamę.

Miasto i psy rozpoczynamy towarzysząc jednemu z bohaterów podczas kradzieży tematów egzaminacyjnych. Jak się okazuje w szkole wojskowej im. Leoncia Prado ten proceder jest całkowicie normalny, tak samo jak zakazane palenie, picie czy uprawianie hazardu. Jako młoda osoba doskonale rozumiem, że te wszystkie zakazy i nakazy narzucone przez dorosłych i tak będą łamane, nawet jeśli pozornie wydaje się, że dana grupa sprawuje się znakomicie to i tak pod płaszczykiem grzeczności kryje się druga strona owej grupy, która za nic ma wszelkie regulaminy. Być może dla niektórych to nie do pomyślenia, ale żadna grupa, zwłaszcza złożona z młodzieży nie podporządkuje się całkowicie, a jedynie na tyle na ile to konieczne. Także na tym polu nie zamierzam w żadnym razie potępiać kadetów.
Jednak jeśli chodzi o tzw. wojskową falę... Cóż fala była i będzie. Oczywiście jej nie pochwalam. Czy można coś na to poradzić? Nie. Nie? Na pewno? Otóż okazuje się, że pewien rocznik jednak dał radę stawić czoło fali. Zbuntowali się, założyli tajną organizację- Koło- i sami zaczęli atakować starszych kadetów.

Książka Llosy dosłownie mówi o wojsku, ale można ją także odczytać w przenośni- jako nieakceptowanie odmienności, przymus wtopienia się w tłum, walka o lepsze życie. Bo każda z postaci uosabia inną postawę, inny sposób radzenia sobie w życiu i to działa nie tylko w wojsku, ale też ogólnie w społeczeństwie.

Oprócz życia wojskowego poznajemy także cywilne historie bohaterów książki Miasto i psy. Ciekawe jest połączenie narracji trzecioosobowej, pierwszoosobowej, opowiadania danego wątku z punktu widzenia jednego bohatera i relacji jeszcze innego, czasem sprawiającej wrażenie jakby ktoś się do niej wtrącał (przynosi to na myśl jakby ten kadet siedział na łóżku w otoczeniu innych kadetów i opowiadał o danym wydarzeniu, a od czasu do czasu ktoś coś wtrącał).

Gdybym miała określić smak książki Llosy to byłby to- gorzki. Bo taka właśnie jest- opisuje życie brutalne, w którym szacunek trzeba sobie wypracować siłą albo skazać się na wieczną poniewierkę. W którym za uczciwość dostaje się figę z makiem, a najlepiej milczeć i udawać kogoś innego.
Kolejny raz polecam twórczość Llosy! Jest to kawałek świetnej literatury. I wcale nie odniosłam wrażenia, że nie da się jej czytać dla relaksu. Owszem to trudna książka i trzeba jej poświęcić trochę więcej czasu, ale można rzec, że czyta się ją przyjemnie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję ją przeczytać, na pewno wyciągnę z niej więcej niż za pierwszym razem.



Co do mojego konta na LC i nowej skali ocen- choć podniesiono skalę ocen w miarę rozsądnie to przydałoby się dopasować stare opinie do obecnej skali, jednak jest tego tyle, że zwyczajnie mi się nie chce :P Także właściwe oceny będą wystawiane od dziś.

28 września 2011

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa

tytuł oryginału: Travesuras de la niña mala
wydawnictwo: Znak
data wydania: 2007 (data przybliżona)
data wydania oryginału: 2006
tłumaczenie: Marzena Chrobak
liczba stron: 384
ocena: 5,5/6

opis:
"Życie Ricarda wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby jako nastolatek nie poznał niegrzecznej dziewczynki. Od pierwszego spotkania przez niemal pięćdziesiąt lat ukochana będzie bez uprzedzenia pojawiać się i równie niespodziewanie znikać z jego życia. Każdy jej powrót - w Limie, Paryżu, Londynie, Tokio i Madrycie - zbiegnie się z odsłoną kolejnej sceny w dziejach najnowszej historii świata. Femme fatale jak tajemniczy demiurg decyduje o życiu Ricarda, jest wszystkimi kobietami na raz, pozostając jednocześnie tylko niegrzeczną dziewczynką.
Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki to historia miłości, inspirującej, toksycznej i perwersyjnej, która nadaje życiu sens, a zarazem bezlitośnie go odbiera.
"


Ostatnio na blogach można było zauważyć swego rodzaju modę na twórczość Llosy i Murakamiego. O ile Murakami mnie oczarował, ale czegoś w jego powieściach mi brakowało, o tyle wiem, że na pewno sięgnę po więcej książek Llosy.

Po pierwsze dlatego, że Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki wzbudziły we mnie ogromne emocje. Dobra książka powinna „ruszyć” czytelnika, tak że nie wie on potem do końca czy mu się podobała czy nie, tak że musi on chwilę pomyśleć zanim się o niej wypowie.

Co mnie tak poruszyło? Oczywiście postępowanie niegrzecznej dziewczynki. W kilku recenzjach widziałam swego rodzaju bierność, obojętność co do jej postaci. Mnie pod koniec książki wręcz roznosiło. I mogę to szczerze powiedzieć- nie lubię niegrzecznej dziewczynki! I, co może się niektórym wydać brutalne, nie żałuję jej za to co ją spotkało. Mogła wybrać życie z mężczyzną, który ją kochał całą swą duszą. Ale dla niej Ricardito był tylko grzecznym chłopczykiem, który plótł banały, był przerywnikiem między kolejnymi podbojami bogatych mężczyzn. Cóż znaczy nudne życie u boku oddanego mężczyzny, gdy można podróżować i mieć męża, który spełni wszystkie zachcianki? No to masz za swoje, niegrzeczna dziewczynko.
Oczywiście można ją usprawiedliwiać, że była niespokojnym duchem, że w uporządkowanym życiu Ricardita nie potrafiła się odnaleźć. Ale czy to naprawdę usprawiedliwi łamanie serca, doprowadzanie do szaleństwa mężczyzny, dla którego była miłością życia?
 
Nie ukrywam, że jest to romans. Ale romans napisany po prostu świetnie. Romans przemyślany, napisany dobrze (pod względem technicznym), wyłamujący się z wszelkich konwencji- mamy tutaj mężczyznę oddanego ciałem i duszą, zakochanego w prawdziwej femme fatale, która raz po raz porzuca go i łamie mu serce.
Na dodatek mamy jeszcze wątki polityczne- przyglądamy się przemianom nastającym w Peru i Francji. Nie jest to, więc typowa romantyczna opowieść przesycona frazesami, słodkimi opisami czy banałami. Przeciwnie- czasem wręcz brutalna.

Polecam każdemu kto jeszcze nie przeczytał! A polecam każdemu, bez względu na to czy lubi romanse czy nie. Jest to świetna, solidna i wciągająca książka, która większości czytelników powinna przypaść do gustu.

12 kwietnia 2011

"Oddział chorych na raka" Aleksander Sołżenicyn

tytuł oryginału: Раковый корпус
wydawnictwo: Czytelnik
data wydania:1992
wydanie pierwsze: 1968
liczba stron: 444
ocena: 6














Opisu chyba nie muszę dodawać, tytuł mówi sam za siebie.
Choć wiele myśli kłębi mi się w głowie sama nie wiem co mam napisać...
Książka ta jest taka subtelna, spokojna, smutna, prosta...
I niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny.



Sołżenicyn ukazuje nam historię różnych ludzi. Cieszyło mnie to, że nie pominął także lekarzy, pielęgniarek, a także tego zwykłego personelu szpitalnego- sprzątaczek. Na pierwszym planie są oczywiście pacjenci. Nie jest to opis szczegółowy, ale książka zawiera w sobie wiele historii. Nie wiem czy można mieć pewność, które z nich są prawdziwe, a które nie, czy w ogóle jakiekolwiek są prawdziwe, ale wydaje mi się, że przedstawiają podobne historie wielu innych ludzi.
W Oddziale chorych na raka autor ukazuje nam postrzeganie życia i śmierci, a także choroby przez różnych ludzi. Przede wszystkim pokazuje jak nieuchronna jest śmierć, że dotyka zarówno tych "lepszych", wysoko postawionych, których nie powinna w żadnym wypadku dosięgnąć, jak i tych uczciwych, doświadczonych przez życie czy wręcz ówczesnego "marginesu społeczeństwa".


Wiele się mówi o alegoryczności tej książki. Że ukazuje ona państwo totalitarne i jego zepsucie, że jest jego krytyką. Było tam wiele rozmów czy rozmyślań dotyczących komunizmu, ukazanie myśli ludzi "omotanych" przez system. Byłam szczerze zdumiona jak zdołali im wyprać mózgi i to tak żeby z przekonaniem powtarzali te wszystkie hasła i w razie potrzeby "nawracali" tych, którzy myśleli "niewłaściwie" (czasem miałam wrażenie, że jeśli już myśleli to było coś "nie w porządku"). Odniosłam wrażenie, że te wykłady o wyższości komunizmu są niezrozumiale nie tylko dla mnie, ale także dla bohaterów tej książki.


Podczas czytania tej książki wpadłam w melancholijny nastrój. Bije z niej szczególny spokojny smutek. Nawet pogoda nie była wesoła- kiedy czytałam za oknem stale towarzyszyły mi ciężkie, szare chmury, nierzadko także postukiwanie deszczu o szybę.
Nie potrafię zdefiniować tego smutku, ale jest on taki szczególny... Na początku napisałam, że Oddział chorych na raka jest subtelny. Z jednej strony tak, ale z drugiej Sołżenicyn nie owija w bawełnę. I tu objawia się prostota. Nie spodziewajcie się górnolotnych słów, cytatów czy haseł. Autor opowiada o wszystkim z rozbrajającą prostotą i to sprawia, że przekaz jest wyraźniejszy, dociera brutalniej, ale dokładniej.

Bohaterzy są różni. Spotykamy ludzi dobrych i złych, uczciwych i niegodziwych, są ludzie prości i bogaci, naiwni, osamotnieni, zmęczeni, doświadczeni przez życie... I niemal każdy ma jakąś historię, a autor stara się im wszystkimi poświecić choćby chwilkę.

Poświęca także trochę uwagi łagrom, a trochę więcej sytuacji ludzi ogólnie po wojnie. 
Opisuje po trosze system leczenia i sytuację pacjentów z punktu widzenia lekarskiego. Byłam przerażona. Dezinformacja, zbyt wielka ilość pacjentów, za mało lekarzy, a same metody leczenia... Fakt gdzieniegdzie w Polsce jest podobnie, ale, mam przynajmniej taką nadzieję, że z leczeniem nowotworów radzimy sobie lepiej.

Kiedy czytałam Oddział chorych na raka czułam się jakbym sama była w tym szpitalu. Mało tego jakbym słuchała opowieści jednego z pacjentów. Może Kostogłotowa? Pacjent ten był początkowo normalny, później stawał się coraz bardziej przygnębiony, potem towarzyszył mu już tylko ten spokojny smutek, znużenie, poczucie bezradności... A ja odczuwałam wszystko razem z nim.
Pozycja ta wzbudziła we mnie wiele emocji.

Mogłabym tak pisać i pisać, powoli przechodząc do konkretnych sytuacji i mimo, że czuję się jakbym o wielu ważnych sprawach nie napisała, uważam, iż tutaj powinnam skończyć. Mogłabym tak pisać całą noc, ale nie sądzę, żebym napisała dlaczego tak naprawdę Oddział tak mnie poruszył, co zdarza się nielicznym książkom.
Jednocześnie dziwię się, że niektórym się nie spodobał i tym, którzy się nudzili podczas czytania. Fakt nie ma tam wartkiej akcji, ale muszę przyznać- ja wciągnęłam się w czytanie niesamowicie a los pacjentów nie był mi obojętny i mimo, że niektórzy nie byli dobrzy... czy zasługują na całkowite potępienie, wyrzuty w takiej sytuacji?


Oczywiście pozycję gorąco polecam, dodaje do ulubionych i
już wiem jaka będzie następna kupiona przeze mnie książka, bo jestem pewna- będę do niej wracać jeszcze nie raz, a Archipelag Gułag niezwłocznie dopisuję na listę.




Cytaty:
"- A było to tak. Rozdawał Allah życie i dawał wszystkim zwierzętom po pięćdziesiąt lat, że niby wystarczy. A człowiek przyszedł ostatni i Allah miał dla niego już tylko dwadzieścia pięć. (...) Obraził się człowiek: mało! Allah powiada: wystarczy. A człowiek swoje: mało! No to idź, mówi Allah, i poproś, może ci kto odda ze swoich. Poszedł człowiek, spotkał konia. "Słuchaj - mówi - dostałem za krótkie życie. Odstąp mi trochę lat." - "Proszę, weź sobie dwadzieścia pięć." Poszedł dalej, spotkał psa. "Ty, pies, odstąp mi trochę lat życia!" - "Proszę, weź sobie dwadzieścia pięć." Poszedł dalej. Małpa. Ona też odstąpiła mu dwadzieścia pięć. Wrócił do Allaha. A Allah mówi tak: "Sam zadecydowałeś. Przez pierwsze dwadzieścia pięć lat życia będziesz żyć jak człowiek. Drugie dwadzieścia pięć będziesz harować jak koń. Trzecie dwadzieścia pięć będziesz szczekać jak pies. A przez ostatnie dwadzieścia pięć lat będą się z ciebie śmiać jak z małpy...""
Historyjka opowiadana przez pacjenta pacjentowi. Niby taka prosta dla prostych ludzi, ale przemówiła do mnie jakoś szczególnie i nie dała o sobie zapomnieć od początku lektury.


"Żyje się po to, żeby być szczęśliwym."
Niby taka prosta prawda, a taka trudna do zrealizowana. A ludzie, którzy przeżyli łagry byli szczęśliwi z tego, że żyją. Po prostu.

"To nie dobrobyt czyni nas szczęśliwymi, lecz dobroć i sposób widzenia własnego życia. I jedno, i drugie zawsze zależy od nas samych: człowiek zawsze może być szczęśliwy, jeśli tylko tego zechce, i nikt nie jest w stanie mu przeszkodzić."

"Miłość do zwierząt nie warta jest w dzisiejszym świecie ani grosza,a już przywiązanie do kotów wywołuje śmiech.Ale gdy przestajemy lubić zwierzęta,czy nie powoduje to,że następnie przestajemy lubić także ludzi?"

"Któż to jest optymista? To człowiek, który mówi: wszystko idzie źle, wszędzie jest jeszcze gorzej, ale mnie się udało, mnie jest dobrze. I cieszy się tym, co ma.
A pesymista? Pesymista powiada: wszystko idzie wspaniale, wszędzie jest dobrze, tylko mnie się nie udało, mnie jest źle. I bezustannie zadręcza się swoją ciężką dolą.
"

"Życie na pozór nie dostarczyło jej żadnych radości, żadnych jaśniejszych chwil- praca i zmartwienia, praca i zmartwienia- a teraz okazywało się, jak cudowne było to życie, jak rozpaczliwie nie chciało się go utracić!"

"Od dwóch tysięcy lat wiadomo, że mieć oczy- nie znaczy widzieć."