Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty

06 kwietnia 2016

"Powrót z gwiazd" Stanisław Lem

data wydania: 1985
data wydania pierwszego: 1961
liczba stron: 276
opis:
Powrót z gwiazd to historia astronauty, który na skutek paradoksu czasowego Einsteina powrócił z wyprawy w Kosmos na Ziemię, gdzie tymczasem minęło półtora stulecia. Astronauta próbuje zrozumieć i zaakceptować ziemską cywilizację, która zrezygnowała z podejmowania ryzyka na rzecz bezpieczeństwa i dostatku. Fascynująca wizja Ziemi jako „obcej planety", na której — by żyć tam dalej - trzeba na nowo doświadczyć na sobie problemów sensu egzystencji, dobra i zła, swobody i zniewolenia, agresji i miłości.  






        Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Lema były Dzienniki gwiazdowe wydane w dwóch tomach, moja opinia o nich tutaj. Krótko mówiąc pierwszy tom mi się nie spodobał, drugi za to wypadł w moich oczach lepiej. Powrót z gwiazd w zasadzie bardziej trafił na mnie niż ja na niego. Kilka dni temu natrafiłam na pochlebną recenzję, akurat tak się złożyło, że zaledwie trzy dni później poszłam do biblioteki i kiedy książki Lema rzuciły mi się w oczy wybór był oczywisty...
Nie będę streszczać fabuły Powrotu, myślę, że dobrze napisany jest tekst powyżej.

        Lem wspaniale przedstawił powrót astronautów. Najpierw wraz z Halem jesteśmy wrzuceni w świat przyszłości, bardzo futurystyczny, taki inny od obecnego, choć zapewne jeszcze bardziej odległy był dla ówczesnych ludzi, bo część nowinek przedstawionych w książce już istnieje bądź jest w planach, choć oczywiście mają inny "kształt".
Klimat Powrotu jest gęsty, Lem od pierwszej strony wrzuca czytelnika w wykreowany przez siebie świat (nadal!) przyszłości, jesteśmy tak samo zdezorientowani jak główny bohater.

        Po tym jak mija pierwszy zawrót głowy, okazuje się, że tamci ludzie nie są takimi "kosmitami" jakimi się wydają na początku, to nadal są ludzie, po prostu ludzie. Jednak człowiek w przyszłości Lema bardzo się zmienił, ludzkość poszła w nieco przerażającym kierunku... Ogarnięta ideą, którą wykreował Lem, osiągnęła coś co pod pewnymi względami jest bardzo dobre, ale pod innymi niestety zgubne.
Myślę, że oni zrobili okropną rzecz. Oni zabili człowieka- w człowieku.
        Bohaterowie Lema, kosmonauci, czują się w tym świecie źle, z początku ich jedyną reakcją jest odrzucenie. Co nie dziwne są zagubieni, nie rozumieją całej masy nowych rzeczy, momentami uważają, że neandertalczyk łatwiej by się wdrożył w cywilizację niż oni. Czują się też jakby byli dzicy.
Olaf, co to jest? Czy my jesteśmy naprawdę dzicy?
        W Powrocie z gwiazd Lem zajmuje się przede wszystkim trzema problemami. Pierwszy z nich to powrót na Ziemię, który pozostanie aktualny bez względu na rozwój techniki, bo ludzie którzy nagle skoczą w przyszłość
o ponad sto lat zawsze będą w pewnym stopniu zdezorientowani zmianami jakie zaszły na naszej planecie. Kolejna to sama podróż i wszystkie niebezpieczeństwa z nią związane, bo to co stworzył człowiek zawsze jest w pewnym stopniu zawodne (nawet jeśli szansa na awarię to jeden na milion), a tego co czeka takich podróżników nikt przewidzieć nie może.
Była to cywilizacja pozbawiona lęku. Wszystko, co istniało, służyło ludziom. Nic nie miało wagi, prócz ich wygody, zaspokojenia potrzeb oczywistych i najbardziej wyszukanych.
Trzecia kwestia to już czysta fantazja Lema, chodzi mi o betryzację. >>dalsze zdania będą zawierać spoilery, czytasz na własną odpowiedzialność<< Wyobraźcie sobie, że możliwe jest wstrzyknięcie substancji, która sprawi, że z ludzi zniknie wszelka agresja. Nie będą mogli zabijać. Nie będą mogli nawet o tym pomyśleć, będzie ich to napawało obrzydzeniem. Brzmi świetnie, prawda? Jednocześnie ludzie przestaną w jakikolwiek sposób ryzykować, nie będą zdolni do wielu rzeczy, jak np. testowanie leków... Znikną namiętności. Człowiek ograniczy się w pewien sposób. W książce nie ma w zasadzie dyskusji pomiędzy osobami, które reprezentują skrajne poglądy na ten temat. Czy warto ryzykować? To już pozostaje do przemyślenia dla czytelnika.
Ta obojętność właśnie najbardziej mnie przerażała, bo była gorsza od bezwzględnego potępienia.
        Początkowo przeszkadzała mi trochę swego rodzaju niedookreśloność. Wydawało mi się, że autor nie do końca opisuje na przykład budynki. Później się przyzwyczaiłam do tej niewielkiej dowolności, autor nie podaje wszystkiego na tacy, więc wyobraźnia czytelnika pracuje na najwyższych obrotach. W zasadzie nie poczytuję tego za jakąś ujmę dla tej powieści.
Lemowi brakło słów :D
Nie oznacza to oczywiście, że cała książka taka jest i że notorycznie pomijane są jakieś fragmenty otoczenia.

        Niewątpliwie mocną stroną twórczości Lema jest refleksyjność, rozważania nad ludzkością. Wiemy na pewno, że lektura jego powieści dostarczy nam materiału do rozmyślań, bo ciężko zostać obojętnym na roztaczane przed nami wizje. Czasem podczas lektury aż ciarki przechodziły, takie Lem roztaczał przed czytelnikiem wizje przyszłości, tego dokąd dąży ludzkość... Sięgnęłam po Powrót w zasadzie bez namysłu i nie zawiodłam się, na pewno będę sukcesywnie odhaczać kolejne książki Stanisława Lema i mam nadzieję, że będę je równie gorąco polecać!

29 stycznia 2016

"Łowca snów" Stephen King

tytuł oryginału: The Dreamcatcher
tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
data wydania: 2011 (pierwsze polskie wydanie: 2001)
data wydania oryginału: 2001
liczba stron: 608












        Początek Łowcy snów wywoływał u mnie ambiwalentne uczucia- z jednej strony był obrzydliwy i ciężko było
o tym czytać, z drugiej wywoływał jakiś niepokój, dreszczyk emocji, czyli powinnam stwierdzić, że był dobry. Obrzydliwie dobry.

        Generalnie fabuła obraca się wokół inwazji obcych. W samym środku tej inwazji znajduje się czterech przyjaciół, którzy od kiedy byli nastolatkami spędzają jeden weekend w ciągu sezonu polowań w chacie w środku lasu należącej do jednego z nich.
W zasadzie niewiele więcej musicie wiedzieć, bo cała reszta odarłaby książkę z otoczki tajemnicy i nie mielibyście frajdy z czytania tych wszystkich retrospekcji. Dlatego NIE CZYTAJCIE OPISU. Nie mogę uwierzyć, że to kolejny opis zdradzający całą fabułę książki na jaki natknęłam się w ostatnim czasie, tego na szczęście nie przeczytałam przed lekturą.

        Paradoksalnie jedna z nielicznych książek Kinga, a może jedyna, która wywołała u mnie coś na kształt strachu nie podobała mi się! Początek był dobry, naprawdę dobry, w zasadzie sama inwazja obcych, jej przebieg
i przedstawienie kosmitów- to wszystko było bardzo ciekawe i takie inne! Ale gdzieś w połowie akcja straciła rozpęd i szczerze mówiąc mało mnie interesowała, może dlatego, że wiadomo było jak książka się skończy. Kosmici owszem byli ciekawi, jednak ja skończyłam Łowcę snów bardziej z przymusu (bo jeśli się da to kończę każdą książkę), myślałam sobie: no niech to się wreszcie skończy... Nie było to oczywiście spowodowane tym, że książka była tragiczna i nie mogłam wytrzymać do końca- po prostu mnie znudziła.
Dodatkowo nie podobał mi się wątek łowcy snów, jakby King miał fajny tytuł i czuł przymus wciśnięcia go na siłę
w fabułę książki. Być może przez swoje znudzenie i pobieżne czytanie już samej końcówki nie zrozumiałam o co dokładnie chodziło z tym łowcą. King na końcu pisze, że jego żonie tytuł pierwotny się nie podobał i niejako wymusiła na nim zmianę. Może dopisywał ten cały wątek na szybko...?

        Podczas czytania miałam takie przemyślenia- ile jest dziś Kinga w Kingu?
Czy to on pisze coraz gorzej? O ile się dobrze orientuję wydaje średnio jedną książkę rocznie, to mi pachnie niedopracowaniem i rzemiosłem niż procesem twórczym, w wyniku którego powstaje świetna lektura. A może to ja zaczynam czytać "lepsze" książki i dostrzegam niedociągnięcia i banały w powieściach autora, który zalicza się do grona moich ulubionych?
Podczas czytania natknęłam się na zakładkę, którą zostawiła w niej moja siostra... Ona nie dotrwała do końca.

         Zdecydowanie nie poleciłabym Łowcy snów na początek przygody z twórczością Kinga. Czy poleciłabym fanom? Myślę, że mimo wszystko tak, być może kogoś innego nie zacznie nudzić.

18 stycznia 2016

"Dzienniki gwiazdowe" Stanisław Lem

data wydania: 1994
liczba stron I tomu: 368
liczba stron II tomu: 326

opis:
Żaden z Lemowych cykli nie powstawał tak długo! Pierwsze odcinki "Dzienników gwiazdowych" datują się na początek lat pięćdziesiątych, ostatni - "Pożytek ze smoka" powstał w roku 1983, a więc dzieli je trzydzieści lat, podczas których na świecie "wszystko się zmienia", jeden tylko Ijon Tichy pozostał taki, jaki był. Nic nie wiemy o jego życiu rodzinnym; jeśli do domu (na Ziemię) wpada, to tylko po to, aby za chwilę znowu gdzieś polecieć, jeśli ma jakąś biografię, to tylko w kawałeczkach - takich, które się nadadzą jako materiał do anegdoty. Podróżując z Tichym porzucamy grozę, jaką budzić może obcość Wszechświata: kosmiczny wędrowiec wszędzie jest bowiem zadomowiony, nic nie narusza na dłużej jego pewności siebie, a niezmożony praktycyzm, jaki ujawnia w każdej sytuacji, pokonuje wszelkie przeszkody.  




        Pierwszy tom Dzienników gwiazdowych niezbyt przypadł mi do gustu. Wzięłam go, bodajże w czasie sesji, jako coś lekkiego do poczytania, a okazało się, że opowiadania Lema są dla mnie ciężkie i ledwie przez nie przebrnęłam. W takim razie nie tykałam tomu drugiego. Czekał aż rok na to, żebym w końcu się zmusiła, aby po niego sięgnąć. Dlatego też do tej pory nie napisałam o tomie pierwszym.

        Druga część Dzienników zatytułowana Ze wspomnień Ijona Tichego jest, w moim odczuciu, zupełnie inna. Zmieniła się forma- to już nie są podróże Ijona Tichego, a opisy spotkanych ludzi, wydarzenia podczas kongresu futurologicznego, list o faunie i florze pewnej planety... Trochę inna tematyka, napisane moim zdaniem bardziej lekko.
I nic dziwnego, że dostrzegam różnice pomiędzy tomami- Dzienniki gwiazdowe były pisane przez ponad 30 lat! (od początku lat pięćdziesiątych do 1983) Jak pisze Jerzy Jarzębski w posłowiu: "dzieli je trzydzieści lat, podczas których na świecie 'wszystko się zmieniło'".

        Podczas czytania pierwszego tomu jako pierwsza przyszła refleksja: czy autor faktycznie napisał science-fiction, czy chciał tylko sprytnie ukryć prawdziwe treści, a cała ta otoczka to po prostu ściema?
Lem nieszczególnie dużo uwagi poświęcił Ziemi Ijona, mamy tylko kilka "nowinek", jak np. roboty, powszechna turystyka kosmiczna itd. Za wizje przyszłości bierze się na przykład dopiero przy Kongresie futurologicznym.
Dlaczego pisałam o ściemie? A dlatego, że jak pisze Jarzębski: "Lem napisał swe Dzienniki z niebywałą zręcznością. Trzeba było ostatecznie zmylić cenzora (...) i napisać coś, co dałoby się odczytywać na dwa sposoby". Wydaje mi się, że przy Podróżach Ijona Tichego autor faktycznie przekazywał ukryte treści i wyśmiewał komunizm (oczywiście nie w każdym opowiadaniu), a Ze wspomnień Ijona Tichego to już nieco inna bajka.
Być może właśnie dlatego tom II bardziej mi się spodobał. W pierwszym tomie są pewne echa czasów w jakich przyszło żyć autorowi, może właśnie dlatego tak mnie znużyły relacje z podróży Ijona- czułam, że autor nawiązuje do komunizmu i że może nie łapię wszystkiego co chciał przekazać, trochę mnie ta świadomość męczyła.

        W drugim tomie Dzienników gwiazdowych mamy stawiane przed oczami różne wizje przyszłości
i obserwacje na temat rozwijającej się cywilizacji, ale szczególnie niepokojące jest opowiadanie Kongres futurologiczny, a zwłaszcza jego ostatnia część. Ta halucynacja Ijona jakoś szczególnie na mnie podziałała, niemal wywoływała ciarki na plecach. Wizja ta skojarzyła mi się trochę z Incepcją Nolana.
Poza tym opowiadaniem, żadne inne jakoś szczególnie na mnie nie podziałało, choć były one ciekawe i dobrze się je czytało. Co się Lemowi udało, nie udało się wielu autorom przed nim- nie nudził mnie, nie miałam wrażenia, że sam nie wie co chce przekazać czy że dane opowiadanie jest jakieś niepełne, a to są powody, dla których zazwyczaj omijam opowiadania szerokim łukiem.

         Jeśli ktoś nie zna Lema, tak jak ja do tej pory, myślę że może spokojnie zacząć od Dzienników gwiazdowych. Uważam, że oba tomy można traktować niezależnie i jeśli czujecie, że macie ochotę najpierw zapoznać się
z częścią drugą to zupełnie nic się nie stanie. Jego dzieło to taka słodko gorzka mieszanka, jest dużo absurdów
i powody do śmiania się, jednak w pewnym momencie możemy nagle przestać się śmiać i zastanowić się głębiej nad czytanymi słowami.
Polecam! Dobrze się czyta, a poza tym wstyd nie znać takiego klasyka.