27 maja 2016

"Kamienna Ćma" Paweł Matuszek


data wydania: 2011
liczba stron: 208
opis: 
"     W szarej wieży na pustkowiu mieszka Beddeos, człowiek, który nie wie, jak się tam znalazł, i nie pamięta, co robił i kim był, zanim trafił do tego miejsca. Wraz z Tyfonem, mechanicznym pomocnikiem, próbuje przeżyć w tych niegościnnych stronach i szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania. Jednakże splot dziwnych wydarzeń i spotkań z niezwykłymi istotami sprawi, że tajemnice powoli same zaczną się wyjaśniać. Ale czy Beddeos rzeczywiście jest gotów zmierzyć się ze swoją przeszłością i z tym, co kryje się głębiej, w bezdennej otchłani umysłu – prawdą o jego człowieczeństwie i świecie, w którym żyje?
     Paweł Matuszek czerpie pełnymi garściami z imaginarium fantastyki, ale pozostaje twórcą całkowicie odrębnym. Bawi się akcesoriami gatunku – zaginionymi rasami, postapokalitycznymi światami, tajemniczymi artefaktami, maszynami ożywianymi mocą umysłu – mnożąc zastawione na czytelnika pułapki. Bo “Kamienna Ćma” nie jest zwykłą baśnią inicjacyjną, mimo że mamy tu zagadkowego bohatera, który wyrusza na poszukiwanie swojej tożsamości. Im bardziej bohater zanurza się w świat, oryginalny, bogaty i wielowarstwowy, tym wyraźniej odsłaniają się kolejne warstwy złudzeń. Złudzeń bohatera, który będzie musiał zakwestionować własne wyobrażenia, i złudzeń czytelnika, który przywykł do epickich konfliktów, walk i wędrówek. Tymczasem Matuszek zaciera w “Kamiennej Ćmie” granicę pomiędzy światem i bohaterem. Nie dekoduje rzeczywistości, nie wyjawia czytelnikowi rządzących nią praw, ale wciąga go w fascynującą, symboliczną opowieść o zmianie, o poznaniu i samoświadomości.
"


        Opisanie wrażeń po lekturze książki Pawła Matuszka było niemal równie ciężkie co jej lektura... Kamienna Ćma to debiut byłego redaktora znanych pism fantastycznych (Nowa Fantastyka oraz Fantasy&Science Fiction (edycja polska)). Słyszałam o niej wiele dobrego, słyszałam, że dość trudna, więc trochę ociągałam się z sięgnięciem po nią, ale w końcu posiadam ją w swoich zbiorach i kiedyś musiał nadejść ten czas. Niestety dla mnie okazała się sporym rozczarowaniem.

        Początek historii był intrygujący. Autor wykreował całkiem nowy, ciekawy świat, poznajemy strażnika zamieszkującego wieżę, który nie wie kim jest i skąd się tam wziął. Towarzyszy mu tylko robot, Tyfon, i od czasu do czasu odwiedzają wędrowcy, aby uzupełnić zapas wody i otrzymać glejt. Strażnik, Beddeos, pilnuje terenu wymarłego cesarstwa, istoty które spotyka nie są ludźmi.

        Początek książki to niepokój, który odczuwamy wraz z strażnikiem i zaciekawienie. Do momentu trafienia do Kolektywu Raziri czytałam z ciekawością. Niestety od tego momentu jest źle, bardzo źle, czytałam byle to już skończyć, ostatnie 60 stron już baaardzo nieuważnie. Nie pomagał mi także główny bohater, który jest kreowany na wybrańca, niby bystry, ale w dialogach okazuje się, że niespecjalnie tą bystrością grzeszy.

        Rozpatrzmy dwie kwestie, na których można się skupić oceniając jakąkolwiek książkę. Pierwsza to akcja powieści, co było z nią nie tak? Od wspomnianego wcześniej momentu schemat jest ten sam- Beddeos gdzieś się przenosi i wszystko ROBI SIĘ SAMO. On tylko musi "dać myślom płynąć" i PYK, dzieje się to co trzeba. Nie można powiedzieć by pojawienie się jakichś przeciwności było zwrotem akcji, bo i tak stanie się to co trzeba.
        Beddeos nie musiał już dociekać zasadności swoich działań. Był zbiorem tańczących mocy, pozostających w spontanicznej równowadze. Gdy próbował  je zawłaszczyć, narzucić im kontrolę
i koncepcyjny porządek, natychmiast się buntowały, wchodziły sobie w drogę, stawały się źródłem pomieszania. Jednakże, gdy całkowicie zaniechał wysiłków, zapomniał o celu i pozwolił im tańczyć...
        Usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Czuł błogi przepływ. Był błogim przepływem.
        Nie mamy także za bardzo wglądu w rozważania głównego bohatera, choć to z jego punktu widzenia prowadzona jest akcja (narrator jest w formie trzecioosobowej, jednak zna myśli i uczucia tylko Beddeosa). Czytelnikowi nie dane jest za długo rozważać nad daną sytuacją, bo i bohater nie musi długo się nad czymkolwiek zastanawiać. SAMO SIĘ ROBI. (chciałabym, żeby moja forma się tak sama robiła ;) )
Ale błysk rozumienia w ułamku sekundy połączył wiedzę i działanie. Beddeos przestał się bronić przed huraganem poplątanych myśli. Rozluźnił się. Niech płyną!
Od razu wiedział co robić.
Wszystko jasne!
Rozumiem, że pewne "braki" w fabule nawiązują do drugiej kwestii, którą poruszę, jednak chciałam zaznaczyć jak ja to widzę. Być może prostota fabuły była takim drogowskazem, aby nie skupiać się na niej, jednak dość mnie irytowała taka konstrukcja i musiałam o tym napisać.

        Druga kwestia to przemyślenia. O ile poszukiwanie siebie to jest dobry motyw, o tyle mało tego widzę w Kamiennej ćmie. Trochę boję się to pisać, bo to książka polskiego autora, ale... Dla mnie to bełkot. Lęk przed napisaniem tego budzi także to, że jestem jedną z nielicznych osób z blogosfery, którym ta książka się nie spodobała. Ale cóż, jestem zwykłym czytelnikiem i z takiej perspektywy przedstawiam swoje wrażenia z lektury i nie mam zamiaru kłamać.
Mało miałam do tej pory do czynienia z science-fiction, ba, czytałam w sumie tylko Lema. Ale Lem to zupełnie inna bajka. Czasem miałam wrażenie jakby autor chciał coś przekazać, ale stwierdzał jednak, że to wiedza tajemna, tak po prostu się nie da i w ogóle to DOMYŚLCIE SIĘ. Momentami mógłby pisać po chińsku, efekt byłby ten sam. Z mojego punktu widzenia odbiór utrudnia cała masa niedomówień i dziwna atmosfera wykreowana przez autora.
Podrzucam jednak recenzję tej książki napisaną przez krytyka literackiego: http://www.fandsf.pl/krytyka-walewski-2/
Szczerze powiem, że lepiej mi się czytało recenzję niż omawiany tekst...Generalnie lepiej mi się czytało O tej książce.

        Jestem osobą, która bardzo ceni sobie książki, które niosą ze sobą materiał do przemyśleń i przemycają
w swojej treści jakąś filozofię, dużo problemów do rozważenia. Uwielbiam kiedy po skończonej lekturze rozmyślam o przedstawionych problemach i nie mogę zabrać się za kolejną powieść, uwielbiam kiedy książka pobudza do myślenia, poszukiwania i dyskusji. Może jednak nie potrafię czytać takiego science-fiction? Nie wiem jakie potrafię, ale to jest dla mnie nie do przełknięcia. Kamienna Ćma zupełnie mnie do siebie nie przekonała, pozostawia tylko lekki zamęt w głowie i ulgę, że już ją skończyłam.

21 maja 2016

"Dom" Toni Morrison

tytuł oryginału: Home
tłumaczenie: Jolanta Kozak
data wydania: 2013
data wydania oryginału: 2012
liczba stron:
 144













        Toni Morrison to autorka zupełnie mi nieznana, nawet ze słyszenia, mimo, że jest laureatką Nagrody Nobla
(w 1993), a także wyróżniona Nagrodą Pulitzera za Umiłowaną (na podstawie tej książki nakręcono film o tym samym tytule (w oryginale, bo Polacy przetłumaczyli "Beloved" na "Pokochać") z Oprah Winfrey i Dannym Gloverem). Jak można przeczytać na wikipedii, a także na tylnej okładce Domu: W uzasadnieniu decyzji
o przyznaniu pisarce Nagrody Nobla Szwedzka Akademia napisała: "W powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości Morrison przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości".

Jej książkę kupiłam z bardzo prozaicznego powodu- była tania. Prawdopodobnie też skusił mnie opis, ale raczej go nie czytajcie, chyba że szybko zapominacie.

         Skoro odradzam czytanie opisu wypada napisać coś od siebie. To dość trudne zadanie- jak tu zaciekawić czytelnika nie zdradzając za dużo z fabuły tak krótkiej książki?
Głównym bohaterem Domu jest Frank, weteran wojny koreańskiej. Po powrocie do rasistowskiej Ameryki nie potrafi się odnaleźć, dręczą go wojenne wspomnienia, pamięć o zabitych kolegach. Swoje smutki topi w alkoholu, co, jak można się domyślić, nie kończy się dla niego dobrze. Jednocześnie Frank musi wyruszyć na ratunek swojej siostrze, która popadła w tarapaty. Nie wie tak naprawdę co jej jest, wie tylko, że bardzo z nią źle i go potrzebuje.

        Dom to książka przede wszystkim z klimatem. Autorka ma swój oryginalny styl, który spodobał mi się od początku. Sposób prowadzenia narracji i przedstawienia wydarzeń sprawia, że wczuwamy się w postać Franka
i wydaje się ona bardzo autentyczna. Poza tym cała historia zaczyna się świetnie i jest bardzo dobrze napisana, ciągle utrzymywana jest odrobina tajemnicy. Tak naprawdę do końca książki dowiadujemy się czegoś nowego.

        Książka Toni Morrison porusza także wiele problemów. Oczywiście jednym z nich jest rasizm w Ameryce, trochę jest o wojnach, trochę o problemach rodzinnych. Dodatkowo główny wątek powieści jest sam w sobie jednym z motywów literackich- podróż Franka to nie tylko wyruszenie na ratunek siostrze, mężczyzna wyrusza w podróż
"w głąb siebie". Generalnie wiele się w nim zmienia od czasu kiedy opuszcza swoje rodzinne miasteczko by wyruszyć na wojnę. Ważny jest także tytułowy dom. Kiedyś miejsce znienawidzone, od którego najlepiej uciec.
W końcu jednak zmienia się spojrzenie bohaterów i jest to miejsce nie od którego się ucieka, a gdzie się wraca. Dające nadzieję.

        Mimo ogólnie pozytywnej recenzji uważam, że jest to zbyt krótka książka. Nie do końca jest tak jakbyśmy ujrzeli tylko skrawek historii, trochę inaczej. Nie mogę narzekać, że brak jej zakończenia, jednak całość... po prostu za krótka, jakby czegoś mi jednak brakowało. Po jej skończeniu czułam się jakoś niewyraźnie. Dom oceniam, więc jako taką średnią lekturę, jednak świadoma wszystkich jego plusów ;) Mimo to zdecydowanie jej nie odradzam, a sama chętnie sięgnę po inne książki Morrison.

23 kwietnia 2016

"Sputnik Sweetheart" Haruki Murakami

tytuł oryginału: スプートニクの恋人, Supūtoniku no koibito
tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
data wydania: 2014
data pierwszego wydania: 2003
data wydania oryginału: 1999
liczba stron: 263
opis:
Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany...
To wzruszająca, oniryczna opowieść o samotności. Bohaterowie Murakami są jak sputniki w przestrzeni kosmicznej - każdy wędruje po własnej orbicie.

 
        Sputnik Sweetheart to opowieść o trójce ludzi. Jak się zapewne domyślacie to książka o miłości. Choć
w zasadzie nie do końca...
 Ta kobieta kochała Sumire. Nie czuła jednak wobec niej pożądania. Sumire kochała tę kobietę i jej pożądała. Ja zaś kochałem Sumire i jej pożądałem. Sumire lubiła mnie, ale nie kochała ani nie pożądała. Ja pożądałem kobiety, która pozostanie anonimowa, ale jej nie kochałem.
        Z opisu książki można wywnioskować, że jest to powieść o homoseksualistach. Niektórych to może odrzucać. Zapewniam jednak, że wcale nie należy się tym sugerować. Owszem, Sumire kocha kobietę, jednak nie jest to typowa książka o takim związku, w zasadzie w miejsce Miu można by nawet podstawić mężczyznę, nie o to w tym wszystkim chodzi (choć jednak ma to pewne implikacje).
Generalnie opis jest według mnie nietrafiony, pomimo to nie pokuszę się o stworzenie własnego. Myślę, że wywnioskujecie z dalszej części tekstu dlaczego.

        Jedno zdanie z opisu oddaje trafnie treść tej książki. A mianowicie: To wzruszająca opowieść o samotności. Bohaterowie Murakami są jak sputniki w przestrzeni kosmicznej- każdy wędruje po swojej orbicie.
Samotne metalowe dusze w niewzruszonym mroku kosmosu spotykają się, mijają i rozstają, by nie zetknąć się już nigdy więcej. Nie pada między nimi ani jedno słowo. Nie muszą dotrzymywać żadnych obietnic.
        Generalnie Sputnik Sweetheart skupia się na samotności, to jest główny motyw tej powieści. Także "oczywiście" niespełniona miłość. Dostrzegłam ten motyw we wszystkich powieściach Murakamiego, które przeczytałam, stąd to oczywiście. Bardzo często opisuje on miłość do kobiety, nieprzemijającą, nie słabnącą przez lata. Aż odniosłam wrażenie, że autor sam kocha jakąś kobietę od lat, bez wzajemności. Powoduje to we mnie
z jednej strony roztkliwienie nad tak mocnym uczuciem jak i głęboki smutek i żal.

        Z jednej strony z początku miałam wrażenie, że ta książka Murakamiego jest podobna do poprzednich, które czytałam, czyli Norwegian Wood oraz Na południe od granicy, na zachód od słońca. Nie wiem dlaczego, być może dlatego, że wszystkie napisane są dość podobnie, mają ten sam klimat. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy aby czasem nie jest to wada, czy nie oznacza to, że Murakami pisze w kółko tę samą historię. Jednocześnie mam takie odczucie, że nie zrozumiałam wszystkiego, nie wyłapałam całego przekazu. Najprawdopodobniej przez to, że według mnie książkę za pierwszym razem czyta się dla fabuły, natomiast każdy kolejny raz to odkrywanie tego co chciał przekazać autor, jakichś głębszych treści. Cóż, nie muszę chyba tłumaczyć, że to cechuje dobrą literaturę, więc moje początkowe wątpliwości w zasadzie się rozwiały.
Zasadniczo książek Murakamiego nie czyta się dla fabuły, jest w nich coś więcej, na czym należy się skupić. 

        Jest jeden jedyny minus, choć wciąż się nad tym zastanawiam. Mianowicie chyba troszkę mnie rozczarowało zakończenie. Ostatnie kilkadziesiąt stron ma taką oniryczną atmosferę, a na sam koniec autor funduje nam skonfundowanie... Sama nie wiem czy mi się to podobało czy nie.

        Mam lekki problem z tą książką, bo z jednej strony oczekiwałam zachwytu, trzęsienia ziemi, Bóg jeden wie czego, ale z drugiej strony nie rozczarowałam się, ba, pierwsze strony tak mnie wciągnęły i oczarowały, że nie mogłam się oderwać od czytania. Więc jest tak- to nie będzie dla mnie odkrycie roku, ale jest to ciekawa powieść, którą na pewno jeszcze przeczytam. Z jednej strony otrzymałam "starego dobrego Murakamiego", jednak z drugiej chyba oczekiwałam czegoś świeższego. Na pewno mnie to jednak nie odstraszy od jego powieści, z przyjemnością będę sięgać po kolejne. I szczerze polecam każdemu, zarówno fanom Murakamiego, jak i tym którzy dopiero chcą zapoznać się z jego twórczością!

06 kwietnia 2016

"Powrót z gwiazd" Stanisław Lem

data wydania: 1985
data wydania pierwszego: 1961
liczba stron: 276
opis:
Powrót z gwiazd to historia astronauty, który na skutek paradoksu czasowego Einsteina powrócił z wyprawy w Kosmos na Ziemię, gdzie tymczasem minęło półtora stulecia. Astronauta próbuje zrozumieć i zaakceptować ziemską cywilizację, która zrezygnowała z podejmowania ryzyka na rzecz bezpieczeństwa i dostatku. Fascynująca wizja Ziemi jako „obcej planety", na której — by żyć tam dalej - trzeba na nowo doświadczyć na sobie problemów sensu egzystencji, dobra i zła, swobody i zniewolenia, agresji i miłości.  






        Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Lema były Dzienniki gwiazdowe wydane w dwóch tomach, moja opinia o nich tutaj. Krótko mówiąc pierwszy tom mi się nie spodobał, drugi za to wypadł w moich oczach lepiej. Powrót z gwiazd w zasadzie bardziej trafił na mnie niż ja na niego. Kilka dni temu natrafiłam na pochlebną recenzję, akurat tak się złożyło, że zaledwie trzy dni później poszłam do biblioteki i kiedy książki Lema rzuciły mi się w oczy wybór był oczywisty...
Nie będę streszczać fabuły Powrotu, myślę, że dobrze napisany jest tekst powyżej.

        Lem wspaniale przedstawił powrót astronautów. Najpierw wraz z Halem jesteśmy wrzuceni w świat przyszłości, bardzo futurystyczny, taki inny od obecnego, choć zapewne jeszcze bardziej odległy był dla ówczesnych ludzi, bo część nowinek przedstawionych w książce już istnieje bądź jest w planach, choć oczywiście mają inny "kształt".
Klimat Powrotu jest gęsty, Lem od pierwszej strony wrzuca czytelnika w wykreowany przez siebie świat (nadal!) przyszłości, jesteśmy tak samo zdezorientowani jak główny bohater.

        Po tym jak mija pierwszy zawrót głowy, okazuje się, że tamci ludzie nie są takimi "kosmitami" jakimi się wydają na początku, to nadal są ludzie, po prostu ludzie. Jednak człowiek w przyszłości Lema bardzo się zmienił, ludzkość poszła w nieco przerażającym kierunku... Ogarnięta ideą, którą wykreował Lem, osiągnęła coś co pod pewnymi względami jest bardzo dobre, ale pod innymi niestety zgubne.
Myślę, że oni zrobili okropną rzecz. Oni zabili człowieka- w człowieku.
        Bohaterowie Lema, kosmonauci, czują się w tym świecie źle, z początku ich jedyną reakcją jest odrzucenie. Co nie dziwne są zagubieni, nie rozumieją całej masy nowych rzeczy, momentami uważają, że neandertalczyk łatwiej by się wdrożył w cywilizację niż oni. Czują się też jakby byli dzicy.
Olaf, co to jest? Czy my jesteśmy naprawdę dzicy?
        W Powrocie z gwiazd Lem zajmuje się przede wszystkim trzema problemami. Pierwszy z nich to powrót na Ziemię, który pozostanie aktualny bez względu na rozwój techniki, bo ludzie którzy nagle skoczą w przyszłość
o ponad sto lat zawsze będą w pewnym stopniu zdezorientowani zmianami jakie zaszły na naszej planecie. Kolejna to sama podróż i wszystkie niebezpieczeństwa z nią związane, bo to co stworzył człowiek zawsze jest w pewnym stopniu zawodne (nawet jeśli szansa na awarię to jeden na milion), a tego co czeka takich podróżników nikt przewidzieć nie może.
Była to cywilizacja pozbawiona lęku. Wszystko, co istniało, służyło ludziom. Nic nie miało wagi, prócz ich wygody, zaspokojenia potrzeb oczywistych i najbardziej wyszukanych.
Trzecia kwestia to już czysta fantazja Lema, chodzi mi o betryzację. >>dalsze zdania będą zawierać spoilery, czytasz na własną odpowiedzialność<< Wyobraźcie sobie, że możliwe jest wstrzyknięcie substancji, która sprawi, że z ludzi zniknie wszelka agresja. Nie będą mogli zabijać. Nie będą mogli nawet o tym pomyśleć, będzie ich to napawało obrzydzeniem. Brzmi świetnie, prawda? Jednocześnie ludzie przestaną w jakikolwiek sposób ryzykować, nie będą zdolni do wielu rzeczy, jak np. testowanie leków... Znikną namiętności. Człowiek ograniczy się w pewien sposób. W książce nie ma w zasadzie dyskusji pomiędzy osobami, które reprezentują skrajne poglądy na ten temat. Czy warto ryzykować? To już pozostaje do przemyślenia dla czytelnika.
Ta obojętność właśnie najbardziej mnie przerażała, bo była gorsza od bezwzględnego potępienia.
        Początkowo przeszkadzała mi trochę swego rodzaju niedookreśloność. Wydawało mi się, że autor nie do końca opisuje na przykład budynki. Później się przyzwyczaiłam do tej niewielkiej dowolności, autor nie podaje wszystkiego na tacy, więc wyobraźnia czytelnika pracuje na najwyższych obrotach. W zasadzie nie poczytuję tego za jakąś ujmę dla tej powieści.
Lemowi brakło słów :D
Nie oznacza to oczywiście, że cała książka taka jest i że notorycznie pomijane są jakieś fragmenty otoczenia.

        Niewątpliwie mocną stroną twórczości Lema jest refleksyjność, rozważania nad ludzkością. Wiemy na pewno, że lektura jego powieści dostarczy nam materiału do rozmyślań, bo ciężko zostać obojętnym na roztaczane przed nami wizje. Czasem podczas lektury aż ciarki przechodziły, takie Lem roztaczał przed czytelnikiem wizje przyszłości, tego dokąd dąży ludzkość... Sięgnęłam po Powrót w zasadzie bez namysłu i nie zawiodłam się, na pewno będę sukcesywnie odhaczać kolejne książki Stanisława Lema i mam nadzieję, że będę je równie gorąco polecać!

29 marca 2016

"180 000 kilometrów przygody" Tony Halik

data wydania: 2006
data pierwszego wydania: 1975 (wybór z: Con cámara y rifle a través del Mato Grosso, 180 000 kilometros de aventuras; tłum. z hiszpańskiego Zofia Wasitowa)
liczba stron: 303













        Tony Halik to znany podróżnik, którego książki należą do kanonu książek podróżniczych. Oczywiście musiałam w końcu po którąś sięgnąć, bo uwielbiam ten gatunek, a jeśli już to musiała pochodzić z serii Biblioteka "Poznaj Świat"Cenię sobie książki z tej serii, jak do tej pory zawsze zawierały ciekawą treść i piękne zdjęcia, wydania na najwyższym poziomie.

 W naszym jeepie znajdował się mały schowek na pamiątkowe przedmioty. (...) Każdy z tych skarbów przypominał nam jakąś przygodę.
Na stronach tej książki wysypuję zawartość schowka z pamiątkami i opisuję przeżycia z nimi związane.

        Bardzo podobała mi się forma tej książki, ponieważ dużo było w niej poświęcone kulturze i historii Indian. Została także opisana historia wielu miejsc. Tego nie oferuje większość książek podróżniczych i to wyróżnia 180 000 kilometrów przygody. Z drugiej strony niestety, bo podróż, z której pochodzą te historie, trwała cztery lata, a ta książka to jedynie niewielka zawartość schowka. Wyprawa Tony'ego i jego żony Pierrette zaczęła się w Buenos Aires, a jej celem była Alaska, wyruszyli razem z psem Wallym, a wrócili z dodatkowym pasażerem... Bardzo chciałabym dowiedzieć się o wiele, wiele więcej, ale gdyby Halik chciał wszystko opisywać zapewne wyszłaby mu kilkaset stronicowa księga. Cała moja nadzieja w tym, że Jeep. Moja wielka przygoda, książka o drugiej części wyprawy (po Ameryce Północnej), zaspokoi moją ciekawość i odpowie na większość pytań, które zrodziły się w mojej głowie kiedy czytałam przedmowę autora.


        Książka Halika uświadomiła mi jak wiele jest jeszcze zadziwiających miejsc na świecie. Jak wiele dzikich
i niedostępnych terytoriów, ludów, które od wieków żyją tak samo (żyły? było?). Choć wszędobylskość i mentalność białego człowieka zapewne zniszczyła już większość z nich.

Na ósmym piętrze Banku Republiki w Bogocie jest specjalny pokój- prawdziwa mała twierdza, w której przechowywane są szmaragdy. (...) Pośrodku, naprzeciwko drzwi, stoi drugi stół, pokryty cienkim zielonym suknem. Siedzi tu śliczna młoda dziewczyna. To urzędniczka banku. Jej praca polega na sprzedawaniu szmaragdów. (...) Rozmawiając w trzech językach, uśmiechnięta dwudziestoparolatka sprzedaje kamienie warte ogromny majątek. (...)
- Podobają się pani szmaragdy? - spytałem.

- Ponieważ nie jest pan kupcem, powiem panu prawdę - odparła. - Dla mnie te kamienie są niczym. Wiele kobiet dałoby wszystko, żeby je mieć. Podobno szmaragdy przynoszą szczęście... Ja, mam kochającą rodzinę i narzeczonego, czegóż mogę chcieć jeszcze?

        Nie dość, że Halik pisze ciekawie o miejscach, o których niejednokrotnie nie mógł do tej pory napisać dziennikarz, to jeszcze w jego książce możemy podziwiać naprawdę wspaniałe fotografie, które są świetnym dowodem na to, że aby zrobić dobre zdjęcie nie trzeba mieć wypasionego sprzętu, a prawdziwy talent objawia się tym, że autor fotografii potrafi uchwycić wydarzenie w odpowiednim momencie lub uwydatnić cechy człowieka na portrecie. Zamieszczone tutaj zdjęcia są czarno-białe, jednak w książce jest ich mniej więcej pół na pół fotografiami kolorowymi.


        180 000 kilometrów przygody będzie jedną z moich ulubionych książek i z pewnością sięgnę po kolejne książki Tony'ego Halika. Halik świetnie oddał klimat opisywanych miejsc i momentami czułam się jakbym nie czytała o czasach współczesnych, ale o dawnych zamierzchłych czasach, kiedy w selwie nie postała stopa białego człowieka. Książkę pochłonęłam w przeciągu doby, więc z chęcią jeszcze do niej wrócę. Gorąco polecam!


Po lekturze zastanawia mnie tylko jedno. O panu Cejrowskim często się mówi, że strasznie zmyśla i pokazuje w swoich programach niby miejsca niedostępne
i dzikie, które już dawno zostały "ucywilizowane". Czy aby nie było podobnie w przypadku Halika? Przyznam, że niektóre jego przygody były wręcz nieprawdopodobne. Pocieszam się jednak tym, że odbywały się w czasach kiedy część z tych miejsc musiała być jeszcze dzika i niedostępna, poza tym o Haliku nie słyszałam takich informacji jak o wyżej wspomnianym. Jeśli jednak ktoś ma jakieś ciekawe informacje- zapraszam do dyskusji!