27 grudnia 2016

Krótko i na temat (12) || Riordan, Riordan, Myśliwski

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Morze Potworów Rick Riordan
tytuł oryginału: The Sea of Monsters
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2009
data wydania oryginału: 2006
liczba stron: 280
opis:
"W porywającym, dowcipnym i cieszącym się ogromną popularnością dalszym ciągu opowieści rozpoczętej w Złodzieju pioruna Percy wraz z przyjaciółmi musi udać się w rejs po Morzu Potworów, aby ocalić obóz. Najpierw jednak odkryje szokującą rodzinną tajemnicę, która każe mu się zastanowić, czy to, że Posejdon uznał go za syna, jest zaszczytem czy okrutnym żartem. Siódma klasa była dla Percy’ego Jacksona wyjątkowo spokojna. Żaden potwór nie przedostał się na teren jego nowojorskiej szkoły. Ale kiedy niewinna gra w zbijanego z kolegami z klasy zmienia się w śmiertelną rozgrywkę 
z brutalną bandą olbrzymów-ludożerców… sprawy przyjmują paskudny obrót. Niespodziewana wizyta Annabeth, przyjaciółki Percy’ego, oznacza kolejne złe wieści: magiczna granica broniąca Obozu Herosów została zniszczona przez truciznę podrzuconą przez tajemniczego wroga. Jeśli lekarstwo nie znajdzie się na czas, jedyna bezpieczna przystań dla herosów przestanie istnieć."

        W recenzji pierwszej książki z serii (do przeczytania tutaj) wspominałam, że Percy przypominał mi Harry'ego. Chyba ogarnęła mnie poterrmania, bo znów miałam skojarzenie z HP! Tym razem Annabeth przypominała mi Hermionę. Z tym, że Hermiona zawsze miała odpowiednią książkę, zaś Annabeth odpowiedni przedmiot.
        Seria Riordana nadal mi się podoba, mimo że są to typowe książki dla dzieci, ewentualnie młodszych nastolatków. Tym razem jednak nie odczułam aż tak mocno przewidywalności. Choć w niektórych sytuacjach oczywiście połapałam się znacznie szybciej niż Percy, bo mam podstawową znajomość mitologii (dziwi mnie, że np. na pewnej wyspie-kurorcie Annabeth dała się zrobić w balona, skoro jest taka inteligentna...). Jednak na przykład zaskoczyła mnie końcówka. Szczerze powiem, że druga część wypada znacznie lepiej na tle Złodzieja pioruna. Była po prostu ciekawsza.
        Nadzieja jaką wyraziłam w ostatnim akapicie mojego poprzedniego tekstu o serii Percy Jackson i bogowie olimpijscy na szczęście nie okazała się płonna- Morze Potworów nie było aż tak przewidywalne jak poprzednia książka. Mogę mieć zatem nadzieję (kolejny raz :) ), że następne części będą już tylko lepsze i jak najszybciej sięgnę po tom trzeci, czyli Klątwę Tytana.

Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Klątwa Tytana Rick Riordan
tytuł oryginału: The Titan's Curse
tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
data wydania: 2016
data pierwszego wydania: 2010
data wydania oryginału: 2007
liczba stron: 280
opis:
"Kiedy Percy Jackson dostaje od swojego najlepszego kumpla Grovera pilną wiadomość z prośbą 
o pomoc, natychmiast przygotowuje się do walki. Przyjaciele ruszają na ratunek i odkrywają, że Grover spotkał kogoś wyjątkowego: dwoje potężnych dzieci półkrwi o nieznanym pochodzeniu. Ale to nie wszystko, co ich czeka. Król tytanów Kronos uknuł najbardziej podstępny ze swoich planów, a młodzi herosi mają być jego ofiarami.Nie tylko oni są w niebezpieczeństwie. Przebudził się starożytny potwór zdolny zniszczyć Olimp, a Artemida, jedyna bogini, która potrafi go wytropić, zaginęła. Percy 
i przyjaciele wraz z Łowczyniami Artemidy mają tylko tydzień, żeby odnaleźć porwaną boginię 
i rozwiązać tajemnicę potwora, na którego polowała. A po drodze będą się musieli zmierzyć 
z najniebezpieczniejszym wyzwaniem: mrożącą krew w żyłach klątwą tytana."

        Kolejna część nareszcie przedstawia przyzwoity poziom! Mimo, że poprzednie dwie mi się spodobały to była to raczej sympatia z przymrużeniem oka na większość wad. Tutaj natomiast nie musiałam tego robić.
        Podczas czytania tej części znalazłam nową przyjaciółkę, dałam się całkowicie zaskoczyć Riordanowi, a także przeżyłam na sam koniec szok i stratę.Więcej nie zdradzę, nie chcę spoilerować. Niech fani serii przekonają się sami :)
        Często kolejne części cyklu, a środkowe zwłaszcza, są jednymi z najgorszych. Tutaj jednak tak nie jest, jak na razie obserwuję tendencję zwyżkową- im dalej tym lepiej! Sięgnę więc jak najszybciej po kolejną część!

Pałac Wiesław Myśliwski
data wydania: 1998
data pierwszego wydania: 1970
liczba stron: 288
opis: 
"Świt drugiej wojny światowej. Do wioski zbliża się front. Jakub, pasterz, jest świadkiem ucieczki państwa z miejscowego dworu. Kiedy kierowany ciekawością, przekracza próg pałacu, zagłębia się
w świat arystokracji - na poły realny, na poły utkany z fantazji. Przemierza puste korytarze i zasiada 

w fotelach, wcielając się w rolę arystokraty. Wizje przodków i wyobrażenia o innym życiu przenikają go zwolna, zmieniając jego świadomość. Jakub staje się swoim własnym panem.
Wiesław Myśliwski za pomocą żywego monologu bohatera ukazuje pełną napięć dynamikę ludzkiej świadomości. Jakub wciela się w role, zakłada maski wybierane z rekwizytorium rzeczywistości, w której żyje. Myśl i język pozbawione barier, świat bez granic społecznych - oto pełna wewnętrznej siły pisarska wizja na miarę epoki.
"




        Pióro Wiesława Myśliwskiego poznałam od najlepszej jego książki (jak do tej pory). Niestety kolejne nie zawsze były tak dobre. Na przykład nie podobał mi się Nagi sad, za to Kamień na kamieniu uważam za bardzo ciekawą książkę.
        Pałac to "historia pewnego dworu". Na początku jesteśmy świadkami ucieczki jaśnie państwa z dworu- wybuchła wojna. Jednak narrator jest trochę zdezorientowany, nie wie gdzie ta wojna jest, usłyszał tylko jeden strzał, potem powstał chaos, a w końcu został sam pośród ciszy. Narratorem jest mężczyzna, który pracował we dworze. Ów narrator wchodzi do tytułowego pałacu, a wtedy... Książkę opanowują zjawy, jesteśmy jakby w głowach kolejnych jaśnie panów. Bardzo prawdopodobne, że to tylko wyobrażenia owego pasterza, a może to faktycznie oni, a może...
i to, i to. Książka, którą można interpretować na różne sposoby.
        Muszę przyznać, że Pałac był dla mnie po prostu NUDNY. Lubię wywody Myśliwskiego, ale ta książka składa się z samych takich wywodów, w dodatku w wykonaniu niezbyt przyjemnych typów. Forma jest faktycznie ciężkostrawna- poważnie to same monologi. Nie ma tu jako tako opisów. I chociaż akurat podoba mi się sam pomysł, uważam że jest ciekawy, to niestety wykonanie już nie.
        Było kilka ciekawych momentów, ale to zdecydowanie za mało. Pałac uważam za najsłabszą książkę uwielbianego przeze mnie pisarza i nie będę polecać. 

07 grudnia 2016

"Ósme życie (dla Brilki) tom I" Nino Haratischwili

tytuł oryginału: Das achte Leben
tłumaczenie: Urszula Poprawska
data wydania: 2016
liczba stron: 586
opis:
"Monumentalna, przerażająca i piękna zarazem powieść, rozgrywająca się na tle zmieniającej się Europy XX wieku.

Początek XX wieku. Mroźna zima. Na świat przychodzi Stazja Jaszi, córka najsłynniejszego w carskiej Rosji gruzińskiego wytwórcy czekolady. Wraz ze Stazją i kolejnymi pokoleniami rodziny Jaszi zanurz się w gąszcz historii najkrwawszego ze stuleci.

Od pierwszej wojny światowej przez rewolucję październikową i drugą wojnę światową do początku XXI wieku. Od gruzińskich wybrzeży Morza Czarnego po Berlin, Paryż i Londyn.

Ósme życie to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie dręczonych przeszłością głosów młodego pokolenia przypominający o wciąż nieodrobionej lekcji historii Europy. Nino Haratischwili stworzyła powieść, na jaką czeka się latami: epicki rozmach, pełnokrwiści bohaterowie, wielkie namiętności i cudowny, plastyczny styl.
"

        Ósme życie to druga książka, którą przeczytałam dzięki akcji Czytaj PL Nie wiem czy sięgnęłabym po nią, gdyby nie ta akcja. Możliwe, że nie i w sumie cieszę się, że miałam taką możliwość, na dodatek za darmo.
Afera Watergate, demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie, rządy czarnych pułkowników w Grecji, kryzys naftowy i kariera Elvisa- to wszystko nie dawało spokoju światu na zachodzie, podczas gdy jego część wschodnia pod rządami Breżniewa pogrążała się w głuchej stagnacji.
        Nino Haratischwili snuje rozległą sagę rodzinną, która swój początek ma sto lat temu. Wszystko pod pretekstem opowiedzenia historii najmłodszej z rodu- Brilce. Historię snuje jedna z młodszych kobiet z rodu. Nie wiemy nic o niej, ani o Brilce, aby się czegoś dowiedzieć o tych dwóch kobietach trzeba sięgnąć po tom drugi. Swoją drogą jest to dobry chwyt, ponieważ choćby dlatego człowiek chce przeczytać kolejny tom- dlaczego ma to pomóc Brilce? Dokąd ona zmierza i po co?


        Generalnie to mam pewien problem z tą książką, sama nie wiem czy bym ją polecała. Może zacznę od tego co mnie denerwowało- język. Momentami aspirował do wzniosłego i poetycznego, ale jak dla mnie wychodziło dziwnie,
a czasem nawet śmiesznie.
Życie ją oszukało czy też ona oszukała życie- wychodziło na to samo.
I jeszcze:
(...) pojęła, że duchy powróciły, że znowu mają wolną drogę, drogę między różnymi momentami w czasie
i wszystkimi możliwymi do wyobrażenia światami.
 Trochę też nagromadzenie tragedii jakie miały miejsce w tej rodzinie było trudne do przełknięcia. Nie lubię takiego skondensowanego melodramatu. W sumie autorka ma na to tłumaczenie, ale cóż, jest ono takie "magiczne"...
Miłość była sączącą się powoli trucizną, była podstępna i fałszywa, była zasłoną rzuconą na nędzę świata, była lepka i ciężka, miłość była lustrem, w którym można było zobaczyć, kim się nie było, miłość była zjawą, która dawała nadzieję temu, komu jej od dawna brakowało, była schronieniem, gdy chciało się znaleźć ucieczkę, a znajdowało tylko siebie samego, była niejasnym wspomnieniem innej miłości, możliwością i tak dalej w tym guście...

        Poza tym jest to wciągająca saga, która urzekła mnie swoim klimatem. Głównym jej plusem jest to, że przybliża czytelnikowi realia tamtej strasznej epoki. Mi osobiście przede wszystkim uświadomiła jak rozległy był komunizm. Bo tak naprawdę kiedy słyszę to hasło myślę głównie o Polsce, jeszcze o krajach pomiędzy Polską a Rosją, ale tamte odleglejsze krainy nie przypominają mi się jako jedne z cierpiących przez ten okropny reżim. Uświadomiła mi też rozległość II Wojny Światowej, chociaż skupiła się bardziej na sytuacji w Rosji i generalnie książka jest bardziej
o komunizmie.
Ósme życie pokazuje też brutalność tej epoki i to jak oddziaływała na najzwyklejszych ludzi, którzy nie interesują się tym czy innym ustrojem, chcą tylko normalnie żyć.
(...) i znowu musimy piać hymny na cześć tego wspaniałego państwa. Jak to znieść? Jak z tym żyć? Najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że ta przeklęta wojna uczyniła nas kalekami, zabrała nam przyjaciół, zniszczyła nasze życie, lecz to, że wszystko zalegalizowała. Teraz mówią: patrzcie, nasz wielki Wódz doprowadził nas do zwycięstwa, pokonaliśmy faszystów, przeżyliśmy. Cała ta droga była słuszna. Mówią, że ofiary, które musieliśmy ponieść, były konieczne. A to przecież jest tak straszliwie głupie, tak niesprawiedliwe.
         Nie jestem pewna czy sięgnę po drugi tom. W sumie ten język nie przeszkadzał mi tak bardzo, czytało się szybko, a poza tym pewnie w końcu zatęsknię za klimatem tej książki. Prawdopodobnie prędzej czy później rozejrzę się za kontynuacją.

01 grudnia 2016

"Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX" Ashlee Vance


tytuł oryginału: Elon Musk - Tesla, SpaceX, and the Quest for a Fantastic Future
tłumaczenie: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
data wydania: luty 2016
data wydania oryginału: 2015
liczba stron: 448
opis:
"Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą. Wizjoner, geniusz, nieznośny szef, najbardziej zuchwały przedsiębiorca Doliny Krzemowej, jeden z najbogatszych ludzi na ziemi. Człowiek stawiany w jednym szeregu z Thomasem Edisonem, Henrym Fordem i Stevem Jobsem. Każdy start-up w jego rękach..."







Na okładce czytamy: Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX
Opis zaś krzyczy: Steve Jobs chciał waszych pieniędzy. Mark Zuckerberg pragnie wam pomóc udostępnić zdjęcia bobasów. Elon Musk zamierza uratować świat przed zagładą.
No i jakoś mi się to nie zgodziło podczas lektury...

        O Elonie Musku nigdy do tej pory nie słyszałam. Przyznam, że skusił mnie po prostu opis, a książkę przeczytałam dzięki akcji czytajPL!, teraz żałuję, bo mogłam się zabrać jednak za jakieś tomiszcze- do akcji dołączyłam w ostatniej chwili i myślałam po prostu, że nie zdążę.

        Początek tej biografii był w porządku, tak mniej więcej do momentu pierwszego start-upu Elona. Autor opisywał z początku swoje dążenia do tego by książka powstała oraz obecną postać Muska, to było takie wprowadzenie. Następne rozdziały poświęcone są jego dzieciństwu, Elonowi jako nastolatkowi, krótko o jego epizodzie w Kanadzie. Następnie opisane są po kolei firmy Elona i muszę przyznać, że momentami się okrutnie wynudziłam. Były podawane szczegóły, mało interesujące. Było trochę od strony technicznej, jeśli chodzi o finanse to to mnie nie interesowało, ale już w rozdziale z rakietą było ciekawiej. Także w rozdziale o Tesli. Tylko mam wrażenie, że autor nie za bardzo wypośrodkował pomijanie niektórych faktów i podawanie innych w najdrobniejszych szczegółach. Widać było pewną dysproporcję.

To, czy Musk był założycielem Tesli w ścisłym znaczeniu tego słowa, jest w tym momencie nieistotne.*
        Wspominałam na początku, że coś mi się nie zgadzało. O ile Elona można jeszcze okrzyknąć jako twórcę PayPala to mówienie o nim jako o twórcy Tesli to trochę niedopowiedzenie. Elon był inwestorem. Wszystko nadzorował, kierował całą firmą, starał się popularyzować elektryczne auta itd. Jednak pomysł nie był jego. Fakt, że poświęcił firmie siebie i majątek, i nie dopuścił do jej bankructwa tym, że włożył w nią wszystkie pieniądze i namawiał ludzi do inwestowania. Ale jednak sprawa wymaga tutaj wyjaśnień i takie dumne TWÓRCA w momencie kiedy na początku tchnął w nią tylko pieniądze jest dla mnie nieco niewygodne. Nie chciałabym w tym momencie umniejszać jego wkładu w firmę, mam nadzieję, że nie zostałam źle zrozumiana.
W tym momencie ktoś może powiedzieć czepiasz się. Jednak "kłuje" mnie to tym bardziej, że wiem o wyrzuceniu
z firmy faktycznego współtwórcy, jednego z dwóch pomysłodawców... Zgadnijcie kto doprowadził do wyrzucenia go.
Dodatkowo biografia to też pewne niedopowiedzenie... To bardziej biografia tych firm niż Muska. Do czasów kanadyjskich to jest biografia Elona Muska, ale potem to opowieść o tych firmach. Owszem Musk jest w tych rozdziałach opisywany, dowiadujemy się jak nimi kieruje. Ale to by było na tyle.

        Poza tym cała ta gadka o zbawianiu świata. Ktoś kto przeczytał tę książkę może mi teraz wytknąć, że zachowuję się jak krytycy Elona lata temu, że go wyśmiewam, podczas gdy on zagrał wszystkim na nosie urzeczywistniając swoje wizje. Wcale tak nie jest. A już tłumaczę o co chodzi. Elon twierdzi, że ludzkość przetrwa tylko jeśli stanie się gatunkiem międzyplanetarnym. On sam ma zamiar doprowadzić albo chociaż podłożyć podwaliny pod kolonię na Marsie. Choć w tym momencie to przekracza moje pojęcie i uważam, że mamy niedostateczną wiedzę o warunkach na tej planecie, to jednak pragnę zwrócić uwagę na inny aspekt. Moim zdaniem ludzkość powinna szanować planetę, na której powstała, powinna wyzbyć się tej zachłanności i skłonności do destrukcji. Wtedy przetrwa. A nie niszcząc wszystkie planety, na których się znajdzie.
Moim zdaniem to jest raczej marzenie, o którym Musk lubi opowiadać. Lubi się chwalić swoją wizją, bo lubi być uważanym za wizjonera.

        Nie jestem zadowolona z lektury tej książki. Nie czytało jej się zbyt gładko, nie pozostawiła po sobie miłego wrażenia. Elon Musk mnie nie zainspirował, raczej pozostawił po sobie swoją postacią zniesmaczenie. Człowiek, który wyciska z ludzi siódme poty i często każe im pracować po 16 godzin dziennie, tak, dziennie, jednocześnie potrafi ich wywalić z pracy za byle co i płaci im mało. To zabawne, ale momentami miałam wrażenie, że to całe cięcie kosztów produkcji było też w odczuwalnym stopniu osiągnięte dzięki niskim pensjom. Generalnie mam wrażenie, że ludzie szanują go za jego sukcesy i jeśli działa na nich jego urok. Wyobraźcie sobie, że dostajecie maila o treści: Jestem głęboko rozczarowany. Powinieneś przemyśleć swoje priorytety. Zmieniamy świat i piszemy na nowo historię, a ty albo okazujesz swoje oddanie sprawie, albo nie. ponieważ nie przyszliście na imprezę związaną z urodzinami dziecka swojego szefa...
Generalnie Elon Musk jest dla mnie człowiekiem pełnym sprzeczności. Nie jest człowiekiem, na którego się kreuje, przynajmniej jeśli popatrzy się z boku na jego czyny. Z jednej strony jest genialnym biznesmenem z inżynierskim umysłem, a z drugiej potrafi mieć dość ograniczone horyzonty. Zabawne stwierdzenie skoro gość myśli o dokonaniu rzeczy, o których inni nawet nie marzyli, ale takie odniosłam wrażenie.
Przykładowo zabawną ironią jest to, że każe swoim genialnym inżynierom pracować po 16 godzin, odbiera im jakiekolwiek życie poza pracą i głosi poglądy tego typu: (...) generacje inteligentnych ludzi mają mniej dzieci, to prawdopodobnie też jest niekorzystne. 

        Nie polecam tej książki, chyba, że ktoś jest zafiksowany na punkcie SpaceX lub Tesli. O Musku jako człowieku,
o jego życiu prywatnym i o tym jakim człowiekiem jest naprawdę niewiele się dowiecie. Dodatkowo autor wydaje mi się mocno zafascynowany osobą Elona, nie powinno to być odczuwalne w biografii...

I żeby kogoś nie zmylił ton tego tekstu. Bardzo szanuję sukcesy Muska i podziwiam to, że znacząco ruszył pewne dziedziny przemysłu do przodu. Być może dzięki niemu już my będziemy pokoleniem, które będzie jeździło autami elektrycznymi. Pewnie doczekamy się tego dopiero na starość, ale jednak. Mimo to będę pamiętać jakim jest człowiekiem i jakie warunki panują w jego firmach.

A i jeszcze jedna zabawna kwestia- Elon Musk kreowany na człowieka, który wyrzuca marketingowców za literówki, a maila z raportem potrafi przez to nie przeczytać (czy też za przecinki), doczekał się biografii wydanej z literówkami :D Oczywiście na pewno amerykańskie wydanie jest bez zarzutu, ale w polskim znalazło się kilka błędów.

*cytat z książki

25 listopada 2016

"Oko" Vladimir Nabokov

tytuł oryginału: The Eye
tłumaczenie (na podstawie tekstu angielskiego): Anna Kołyszko
z rosyjskiego przełożył Dmitrij Nabokov, we współpracy z ojcem
data wydania: wrzesień 2015
data pierwszego wydania: 1994
data wydania oryginału: 1930 (pod pseudonimem W. Sirin, opowieść była zatytułowana Sogladataj)
liczba stron: 140
opis:
"Krótka, ale smakowita powieść Vladimira Nabokova (1899-1977) "Oko", napisana na przełomie roku 1929 i 1930, jest bardzo ważna w dorobku pisarza jako pierwsze pojawienie się pewnych istotnych dla jego twórczości tematów, zabiegów i tendencji.

To najwcześniejsza Nabokovowska powieść, w której narracja prowadzona jest nie w trzeciej, ale w pierwszej osobie. To także najwcześniejsza jego powieść, w której pojawiają się jako problemy pierwszoplanowe zagadnienia solipsyzmu i tożsamości.
" 

 
        Vladimir Nabokov zasłynął dzięki kontrowersyjnej Lolicie. Była to pierwsze powieść napisana przez rosyjskiego pisarza, którą przeczytałam. I jak na razie najlepsza. Jednak Nabokov to mistrz słowa, książki spod jego pióra czyta się z prawdziwą przyjemnością. Jeśli tylko potrafi się docenić piękny język, charakterystyczną zabawę słowami. Dlatego każda z jego książek zostawiła po sobie przyjemne wrażenie.

        Nie inaczej było z Okiem. Jest to niestety krótka opowiastka, tzw. mikropowieść. Liczy sobie około 80 stron. Aż żal to pisać... Jednocześnie rozumiem dlaczego jest tak krótka, musiała być dość dynamiczna, musiała przytrzymać czytelnika przy sobie dopóki nie przewrócił ostatniej strony, musiała nabrać...

W Przedmowie napisanej przez Nabokova czytamy:
Struktura tej historii imituje strukturę powieści detektywistycznej, chociaż w istocie autor zaprzecza, jakoby chciał nabierać, zaskakiwać, zwodzić lub w jakikolwiek inny sposób oszukiwać czytelnika. Ten tylko bowiem czytelnik, który od razu złapie, w czym rzecz, wyniesie z "Oka" prawdziwą satysfakcję. Nie chce mi się wierzyć, żeby nawet najbardziej łatwowiernemu, lecz uważnemu odbiorcy tej migoczącej opowiastki zabrało dużo czasu na rozszyfrowanie, kim jest Smurow. Sprawdziłem to na pewnej starszej pani z Anglii, dwóch magistrantach, trenerze hokejowym, lekarzu oraz dwunastoletnim dziecku sąsiadki. Dziecko chwyciło najprędzej, sąsiadka- najpóźniej.
        I od tej pory skupiamy się tylko na tym. Musimy dowiedzieć się jak najszybciej kim jest Smurow. W pewnym sensie to mylące i przeszkadzające.
Przyznam, że dałam się podejść jak... no cóż w obliczu powyższych słów nie mogę napisać, że jak dziecko... Jak sąsiadka ;) Zorientowałam się dopiero pod koniec, mimo że Nabokov wyraźnie podaje kim jest ów Smurow.

        Smurow to obsesja głównego bohatera. Cała ta książka to jego "pogoń" za obrazem tego człowieka. Obrazem jaki stworzyli inni. Chce wiedzieć kim jest Smurow dla ludzi w jego otoczeniu, co o nim myślą znajomi. Kiedy wychodzi na jaw kim tak naprawdę jest ta postać, okazuje się, że autor zastosował bardzo ciekawy zabieg. Naprawdę bardzo ciekawy. Korci mnie, żeby napisać o co chodzi, ale wtedy popsułabym zabawę.
Bo przecież po to, żeby żyć szczęśliwie, człowiek musi od czasu do czasu zaznać kilku chwil idealnej pustki. Ja natomiast zawsze byłem obnażony, zawsze czujny; nawet we śnie nie przestawałem się pilnować, nie rozumiejąc nic a nic z własnego istnienia, odchodząc od zmysłów na myśl, że mógłbym nie móc przestać być świadomym siebie, i zazdroszcząc wszystkim tym prostym ludziom- urzędnikom, rewolucjonistom, sprzedawcom- którzy, z ufnością i skupieniem, krzątają się przy swych poślednich pracach.
Nabokov w swojej książce ukazuje także postać z zaburzeniami psychicznymi (to akurat jest dla niego dość typowe), zajmuje się zagadnieniem tożsamości, a także snuje ciekawe rozważania na temat rzeczywistości. Za każdym razem kiedy się z takimi stwierdzeniami, jak u Nabokova, spotykam, zastanawiam się czy autor nie żartuje. Mimo to często takie rozważania wywołują dziwne uczucie, swędzenie z tyłu głowy, nieokreślony niepokój.

        Oko to bardzo ciekawa powieść i jest na tyle krótka, że mogę ją polecić każdemu, kto ma ochotę zapoznać się z twórczością Vladimira Nabokova. Ja go uwielbiam!

15 listopada 2016

"Me before you" Jojo Moyes i "Zanim się pojawiłeś" Thea Sharrock


data wydania: 2012
data polskiego wydania: 2013
liczba stron: 369
opis:
"Louisa Clark is an ordinary girl living and exceedingly ordinary life - steady boyfriend, close family - who has barely been farther afield than her tiny village. She takes a badly needed job working for ex-Master of the Universe Will Traynor, who is wheelchair-bound after an accident. Will has always lived a huge life - big deals, extreme sports, worldwide travel - and he is not interested in exploring a new one.
Will is acerbic, moody, bossy - but Lou refuses to treat him with kid gloves, and soon his happiness means more to her than she expected. When she learns that Will has shoking plans of his own, Lou sets out to show him that life is still worth living.
Me Before You brings to life two people who couldn't have less in common - a heartbreakingly romantic novel that asks, What do you do when making the person you love happy also means breaking your own heart?
 


Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze.
"

        Facet na wózku w powieści dla kobiet? Idealny motyw do zrobienia taniego romansidła!
Mimo moich uprzedzeń co do książki Jojo Moyes wpadłam w sidła jej romansidła. A czy faktycznie należy przylepiać książce Moyes taką etykietkę?

        Me before you (czyli Zanim się pojawiłeś, ja czytałam w oryginale to będę się mądrzyć, ha. ha.) to w żadnym wypadku nie jest mdłe romansidło, a Moyes swoją książkę opiera nie na tanim chwycie wyciskającym łzy z oczu naiwnych kobiet, a na kwestii, nad którą warto się zastanowić. Moyes stawia przed czytelnikiem szereg bardzo trudnych pytań, dotyczących życia i śmierci. Powstrzymam się przed nazywaniem rzeczy po imieniu, nawet mimo tego że druga część samym swoim tytułem zdradza wszystko (nie śmieszne...).  A że wszystko jest podane w ładnym opakowaniu i szybko się czyta... Czy to źle?

        Było kilka rzeczy, które mnie zaskoczyły podczas lektury. Po pierwsze, że się wciągnęłam! Jakoś w to wątpiłam, może nawet bym nie przeczytała książki, gdyby nie powstał film z Emilią Clark.
A po drugie wbrew pozorom można nawet powiedzieć, że to dość lekka lektura, bo naprawdę szybko się to czyta (chyba, że ktoś czyta po angielsku i maniakalnie sprawdza wszystkie słowa...). Tu pewnie niektórzy się zdziwią, ale mimo wszystko nie jest aż tak dołująca. Jedynie zakończenie.
Nie będę was zanudzać moimi przemyśleniami na temat podjęty w książce, ale muszę przyznać, że sam fakt ich istnienia w takiej kobiecej książce również mnie zaskoczył. Mam raczej nie najlepsze zdanie o kobiecej literaturze. Nie lubię czytać czegoś po czym nic nie zostanie, żadnego śladu w umyśle, żadnej sceny w pamięci, nie lubię kiedy nie ma chociaż pięknego języka jakim można się zachwycić. Spodziewając się powyższego nie przypuszczałam by Me before you przypadło mi do gustu.

Podsumowując:
  • Me before you to było dla mnie spore zaskoczenie. 
  • Jak już jesteśmy przy angielskim tytule- świetny wybór jeśli chcecie nieco podszlifować angielski/nie stracić kontaktu z językiem/chcecie przeczytać coś w oryginale.
  • Nie jest to książka wybitna, ale jest całkiem niezła.
  • Myślę, że zainteresuje też płeć przeciwną, czemu nie!


Czas trwania: 1 godz 50 min.
Premiera świat: czerwiec 2016
Premiera Polska: czerwiec 2016







        Kiedy oglądałam film moją uwagę przykuwała głównie Emily Clark, odtwórczyni głównej roli. Niestety jej gra mnie bardzo irytowała... Moim zdaniem za bardzo przerysowała swoją postać (mam wrażenie, że w Grze o tron też miała z tym lekki problem), a jej mimika była po prostu komiczna. W miarę oglądania filmu trochę już się przyzwyczaiłam, ale do końca były momenty,
w których prychałam.
Jeśli chodzi o resztę obsady to w sumie nie mam zastrzeżeń, aczkolwiek nie podobało mi się jedynie przedstawienie Willa w momencie jego pierwszego spotkania z Lou- czytając książkę widziałam raczej mroczny pokój i mocno zarośniętego mężczyznę.

        Przedstawiona historia jest na tyle specyficzna, że jednak podobała mi się subtelność i niejaka powolność książki. W filmie oczywiście musieli co nieco pominąć, spłycić. Zupełnie inny obraz rodziców Willa troszkę mi zgrzytał.
Poza tym muszę przyznać, że jest to bardzo dobra ekranizacja. Niektóre dialogi były żywcem wyjęte z książki.
A przedstawienie oryginalności Lou było bardzo dobrze zrealizowane. Także ogólnie film na plus.

        A jeśli nie czytałem/am książki i nie zamierzam?- wspaniała wiadomość: nie widzę przeciwwskazań, aby zainteresować się filmem. Jest dobry, oczywiście jeśli lubi się takie historie :) ALE TYLKO JEŚLI ZDIERŻYCIE DZIWNĄ GRĘ CLARK.