wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 1996
data wydania oryginału: 1995
liczba stron: 352ocena: 1.5/6
Opis:
"W spokojny, śnieżny poranek dziewczynka i jej koń dostają się pod koła czterdziestotonowej ciężarówki. Zarówno Grace, jak i Pielgrzym uchodzą z życiem, jednak wypadek ma destrukcyjny wpływ na losy osób z nimi związanych. Matka Grace, Annie, nie zgadza się na uśpienie konia, bo czuje, że wówczas w Grace również coś umrze. Przejeżdża pół Ameryki szukając człowieka, który potrafi oddziaływać na psychikę koni."
Stanowczo stwierdzam, że nie podobała mi się ta książka, a skoro tak to i nie będę się za bardzo rozpisywać, a notka będzie krótka.
Zaklinacza koni zaczęłam czytać z wielkim zainteresowaniem. Po pierwsze magiczny tytuł, po drugie konie mnie fascynują i mimo, że nie umiem jeździć (ale chciałabym się nauczyć) i właściwie nie mam z nimi styczności (jedynie w dzieciństwie u dziadka) to nie potrafię się im oprzeć, są piękne, tajemnicze i niezwykłe. Toteż zaczęłam czytać z dość dużym zapałem, aczkolwiek wcześniej nie czytałam opinii o tej książce- nie miałam, więc jakichś wygórowanych wymagań.
Książka mnie rozczarowała. Konie to tylko dodatek, a Zaklinacza koni można spokojnie określić mianem romansidła. Bardzo szybko się znudziłam, a ostatnie 150 stron głównie przewracałam.
Jedyne co mnie zdenerwowało to postać Annie- chociaż to można jeszcze jakoś wytłumaczyć, obraniając autora. Nie można natomiast wytłumaczyć relacji między postaciami- np. małżeństwo jest jakieś takie chłodne, córka mówi do rodziców po imieniu (ok, to się zdarza, ale non-stop?), małżonkowie też, później Annie zachowuje się jak nastolatka rodem ze Zmierzchu. Poza tym kreacja bohaterów- są jacyś tacy mdli, bladzi. No i wybielanie na siłę każdego- małżeństwo Annie i Roberta jest wspaniałe, kochają się, to po cholerę ona ogląda się za innym!?
No i jeszcze to zakończenie... Według mnie beznadziejne, nie wiem może kogoś to wzrusza, ja tylko przewróciłam oczami i pomyślałam "Ah Ci Amerykanie i ta ich dramatyczność".
Zdecydowanie Zaklinacz koni mi się nie podobał, był nudny, przewidywalny i mdły. W tej sytuacji raczej nie sięgnę więcej po twórczość Evansa.
Do filmowej wersji jako ekranizacji nic nie mam, dobra robota.
Natomiast jest taka jak książka. Nie będę się powtarzać wszystko już napisałam powyżej. Chociaż film chyba bardziej mdły niż książka, jakiś taki bezpłciowy, mało wyrazisty.
Zapewne wielbicielom książki się spodoba i wcale się nie dziwię, ale jako, że mnie książka się nie spodobała- film także.
