wydawnictwo: Czarne
data wydania: 2003
liczba stron: 96
Osiem cztery to
debiut młodego polskiego pisarza, który niestety w 2007 roku popełnił samobójstwo. Do tego czasu stworzył 4 książki, według opisów wszystkie
zawierające psychodeliczne elementy. Dwie z nich mnie nie
zainteresowały, mogłabym przeczytać w przyszłości jeszcze jedynie Niezwykłe przygody Roberta Robura, choć myślę, że jego debiut najbardziej by mi się z nich wszystkich podobał.
Osiem cztery
to dość specyficzna książka. Fabuła kręci się wokół imprezy, na której
jest główny bohater, Olgierd. A w zasadzie wcale nie, kręci się tylko
wokół jarania, picia i grzybienia, czyli głównych zainteresowań postaci
występujących w tej książce. I nie do końca rzecz dzieje się na tej
imprezie, trochę na niej jesteśmy, a trochę nie. Olgierd po prostu dużo
wspomina, dużo też myśli. Są to miejscami bezsensowne myśli,
nieukształtowane, ale z tej masy jakby wyłania się jakiś sens.
W
zamierzeniu książka ma ukazać życie u schyłku komunizmu, młodych ludzi,
którzy czują jakby ich generacja nie miała sensu, bo przecież nie ma
żadnej wojny, PRL obalono, nie ma o co walczyć. Już nie pamiętam czy
przeczytałam to w książce, czy w jakiejś opinii, ale skojarzenie z generacją nic jest natychmiastowe.
Książka ta ukazuje młodych ludzi, których los jeszcze do niedawna
mógłby podzielić każdy nastolatek z małego miasteczka, gdzie po prostu
nie ma co robić, więc młodzież zajmuje się piciem i paleniem. Ba, znam podobnych ludzi, tylko palenie zastąpili sobie grami komputerowymi. Autor Osiem cztery urodził się właśnie w 1984 roku, więc całkiem możliwe, że również znał takich ludzi, a przemyślenia Olgierda są jego własnymi.
Zakończenie... Jest dość specyficzne, na szczęście nie takie urwane, ma
jakiś sens, widać, że autor miał pomysł na książkę. Nie każdemu mogłabym
polecić tę książkę, ponieważ nie do każdego ona trafi. Na LC wielu na
nią narzekało, mnie się ją dobrze czytało. Czy wzbogaciła jakoś mój
umysł, moje życie? Może nie jakoś szczególnie, może mnie nie powaliła ani nie zachwyciła, ale zmusiła do kilku
refleksji, a chyba tego oczekujemy po książkach.
31 sierpnia 2015
25 sierpnia 2015
Krótko i na temat (7)
Norwegian Wood Haruki Murakami
tłumaczenie: Dorota Marczewska, Anna Zielińska-Elliott
wydawnictwo: MUZA
data wydania: 22 lipca 2013
data wydania oryginału: 1987
liczba stron: 320
Jak dotąd czytałam (powiedzmy) dwa twory Murakamiego- pierwszy był zbiór opowiadań Wszystkie boże dzieci tańczą, który pozostawił jakieś mgliste wrażenie; drugi to była powieść Kronika ptaka nakręcacza, ale jej nie dokończyłam, była dość dziwna. Żadna z nich nie przekonała mnie do Murakamiego, ale dałam mu kolejną szansę, w końcu do trzech razy sztuka. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo Norwegian Wood trafiło prosto w serce. Ała!
Główny bohater, Toru Watanabe, wspomina swoją ukochaną Naoko. Tak naprawdę nie są to spisane wspomnienia z nią związane, tylko kilkanaście miesięcy z życia Watanabego, kiedy to nie tylko jest w zażyłych i zawiłych stosunkach z Naoko, ale także poznaje na studiach Midori. Tło dla powieści stanowi życie Watanabego w akademiku i w niewielkim stopniu to co działo się wtedy w Japonii (za opisem z okładki: wolna miłość, protesty na uczelni, itd.).
W zasadzie nie wiem co napisać o tej książce. Być może oddziałuje ona, tak jak na mnie, tylko na niewielką garstkę ludzi. Mnie bardzo przypadli do gustu niezwykle żywi bohaterowie, i ten nieco ciężki nastrój. Nie polecam czytania jej kiedy jest się w lekkim „dołku”, bo można wpaść w jeszcze większy. No cóż, jak tu nie wpaść kiedy połowa bohaterów Norwegian Wood popełnia samobójstwo…
Jak dla mnie Norwegian Wood to kopalnia ciekawych cytatów, a wręcz całych fragmentów. Dałam sobie spokój ze spisywaniem ich, po prostu zaznaczałam je kolorowymi znacznikami. I tak jak Murakami twierdzi, że Wielkiego Gatsby’ego można otworzyć na jakiejkolwiek stronie i trafić na ciekawy fragment, tak się z nim nie zgodzę, stwierdzam natomiast, że jest tak w przypadku jego książki.
Jest to nieco smutna książka, ale ciekawa, dużo się w niej dzieje, a co najważniejsze dobrze napisana. Polecam każdemu! Choć wiem, że jest specyficzna i nie wszystkich poruszy tak jak mnie.
Kiedy patrzę na ten tekst z perspektywy czasu dostrzegam, że jest nieco chaotyczny i w żaden sposób nie oddaje mojego zachwytu. Ale wiem, że czasem jeśli jakaś książka nas poruszy czy szczególnie się spodoba ciężko o niej napisać.
I wprawdzie nie jest to krótko i na temat, ale jakoś miałam opory przed opublikowaniem tego tekstu osobno.
Piękni dwudziestoletni Marek Hłasko
wydawnictwo: Alfadata wydania: 1989
liczba stron: 176
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Hłasko i trochę tego żałuję. Wszyscy mówią o Pięknych dwudziestoletnich, ale nikt nie zastrzega, że to coś na kształt autobiografii... A jeśli się nie miało wcześniej żadnej styczności z autorem i nic się o nim nie wie, to jednak zły wybór. Choć z tego co zauważyłam niejedna osoba się tak "nacięła".
Piękni dwudziestoletni to dość luźna i chyba w pewnym stopniu przejaskrawiona opowieść Marka o swoim życiu. Przy czym pisząc luźna mam na myśli to, że nie trzyma się on schematu w stylu opowiadanie po kolei wydarzeń ze swojego życia, raczej pisze swoje przemyślenia przy okazji wspominając o różnych sytuacjach, przytacza anegdotki. I choć wspomina Izrael czy inne kraje to pisze głównie o swoim życiu w Polsce. I oczywiście o pięknych dwudziestoletnich.
Wprawdzie czytałam baaardzo stare wydanie, które jeszcze chyba załapało się na cenzurę, jednak o dziwo widać w nim wszelkie absurdy PRLu.
Jeśli mam polecać Pięknych dwudziestoletnich to tylko fanom autora, bo choć czytało się szybko i przyjemnie to ta przyjemność byłaby zapewne większa jeśli bym coś wiedziała o Hłasce. A tak przeczytałam książkę, którą pewnie za niedługo zapomnę, choć niektóre przemyślenia autora zostaną mi w pamięci.
Traktat o łuskaniu fasoli Wiesław Myśliwski
data wydania: 2010 (data przybliżona)
liczba stron: 398
Traktat o łuskaniu fasoli pochłonęłam jednym tchem. Autor oczarował mnie od pierwszych stron, była to świetna literacka podróż napędzana lirycznym językiem i ciekawą historią starszego pana łuskającego fasolę. W połączeniu z dość dynamiczną "akcją" i ciekawymi wspomnieniami była to niezwykle zajmująca lektura. Traktat skłania do przemyśleń i opowiada historie, którymi można by obdzielić kilka istot. Dzięki niemu poznajemy realia polskiej wsi, czasy wojny i losy powstańców, przyglądamy się nauce narratora w specyficznej szkole, budzącą się pasję do muzyki, dowiadujemy się jak wyglądała praca w czasach PRLu i emigracja, a także odczuwamy bolesne echa wojny.
Jest to książka wyjątkowa, którą poleciłabym każdemu kto potrafiłby ją docenić, do mnie dotarła niezwykle wyraźnie, wiele spisałam sobie z niej cytatów, na pewno do niej powrócę.
Nagi sad Wiesław Myśliwski
wydawnictwo: Muza
data wydania: 1997 (data przybliżona)
liczba stron: 245
W Nagim sadzie działo się mniej niż w Traktacie. Nigdy jednak nie dyskwalifikuje to dla mnie książki. Także było to coś na kształt opowiadania wspomnień, jednak w tym przypadku jest to wspominanie przez mężczyznę swojego ojca. Zupełnie nie spodobały mi się postacie w tej książce, język zaczarował mnie jak poprzednio, ale w pewnym momencie, przy nieinteresującej mnie akcji i postaciach, i on zaczął jakoś uwierać, sprawiać, że ciężko się czytało. I tak o ile Traktat bardzo mi się spodobał, tak Nagi sad ledwie skończyłam.
Cóż zdarza się, mimo to Myśliwskiego będę czytać dopóki nie przeczytam wszystkich jego książek :)
18 sierpnia 2015
"Wyznania gejszy" Arthur Golden i "Wyznania gejszy" Rob Marshall (2005)
tytuł oryginału: Memoirs of a Geisha
tłumaczenie: Witold Nowakowski
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2008
data wydania oryginału: 1997
liczba stron: 464
Po przeczytaniu tej książki, po zachwycaniu się Japońską kulturą, smakowaniu całej historii, zaczęłam zastanawiać się nad gejszami samymi w sobie. Prostytutkami, jak często są określane, ich nie nazwę, zbyt by to było płytkie i nie o to mi chodzi. Jednak artystkami z czystym sumieniem niestety też nie są. Jak ładnie powiedziano w filmie gejsza jest to "żywe dzieło sztuki", które można podziwiać, przede wszystkim jej talenty. Jednak nie opuszcza mnie myśl, która przyszła po zamknięciu książki: a co z żonami mężczyzn odwiedzających Gion? Chociaż to w zasadzie osobny temat.
Jeszcze z innej strony gejsze, aby stać się tym kim były musiały wiele wycierpieć i wiele poświęcić, a jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie wydawały się dość nieporadne.
Ciężko jednoznacznie ocenić zawód gejszy. Choć moim zdaniem oceniać już nie ma czego ani po co, można za to o nich poczytać.
Fabuły Wyznań przedstawiać nie będę.Krótko mówiąc można rzec, że to niewiele ponad zwykły romans, z jedną różnicą- dzięki tej książce możemy liznąć nieco kultury Japonii i to wyróżnia ten romans na tle innych i sprawia, że historia jest warta poznania.
Arthur Golden otworzył swą książką drzwi do barwnego świata gejsz, wciągnął mnie przy tym niesamowicie, oderwanie się od lektury było trudne. Na dodatek pokazuje on świat gejsz taki jakim jest, nie tylko rozrywkową część. Autentyczności całej historii dodaje fakt, że Sayuri nie wszystko pojmuje i opowiada po swojemu.
Chwilami miałam wrażenie, że takim kwiecistym językiem mogła posługiwać się tylko Japonka... Po czym uświadamiałam sobie, że autorem jest mężczyzna. Po prawdzie książka powstała na podstawie wywiadów z Mineko Iwasaki, więc być może nieco tego kwiecistego języka zaczerpnął dzięki kontaktowi z nią. W każdym razie autorowi nad wyraz lekko przychodziło posługiwanie się takim językiem.
Wyznania gejszy szczerze polecam, głównie kobietom. Jest to wprawdzie głównie romans, ale skłania do przemyśleń, trzeba mieć tylko lekki dystans do gejsz i ich zawodu, aby dać się porwać historii Sayuri.
Film jest dobrą ekranizacją, aczkolwiek kilka faktów zostało zmienionych. Domyślam się dlaczego zmieniona została historia przyjaźni Prezesa i Nobu, ale tego nie akceptuję i lekko mnie to zirytowało.
Kolejnym rozczarowaniem były kimona. Ja wiem, że pewnie niemożliwe było zdobycie tych prawdziwych, które wręcz są dziełem sztuki. Jednak po barwnie opisywanych książkowych kimonach, te filmowe wydały mi się oszukańcze i tanie. Musicie bowiem wiedzieć, że w książce kimona były jak obraz, w mojej wyobraźni były znacznie piękniejsze niż te które zobaczyłam na ekranie.
Generalnie książka jakoś mocno oddziaływała na moją wyobraźnię, szkoda, że film nie sprostał moim oczekiwaniom.
Mimo wszystko jest to ciekawy film. Oglądałam go już przed przeczytaniem książki i bardzo mi się podobał. W porównaniu do książki jest nieco płytki, ale poleciłabym każdemu.
Aktorka grająca Sayuri przykuwała oczywiście wzrok dzięki swoim niebieskim (soczewkom) oczom ;)
Ale mnie szczególnie spodobała się gra Li Gong, która wcieliła się w postać Hatsumomo. Choć zabrakło mi jednak trochę furii i złości jaką przejawiał jej książkowy pierwowzór, za to świetnie wypadła zwłaszcza w scenach z Koichim.
Natomiast tych, którzy odróżniają Azjatki może denerwować fakt, że Japonki zagrały Chinki, mnie to jakoś nie raziło, bo niezbyt odróżniam kobiety tej narodowości. Za to czymś co kłuje w USZY to to, że aktorzy mówili po angielsku... Z bardzo śmiesznym akcentem.
tłumaczenie: Witold Nowakowski
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2008
data wydania oryginału: 1997
liczba stron: 464
Po przeczytaniu tej książki, po zachwycaniu się Japońską kulturą, smakowaniu całej historii, zaczęłam zastanawiać się nad gejszami samymi w sobie. Prostytutkami, jak często są określane, ich nie nazwę, zbyt by to było płytkie i nie o to mi chodzi. Jednak artystkami z czystym sumieniem niestety też nie są. Jak ładnie powiedziano w filmie gejsza jest to "żywe dzieło sztuki", które można podziwiać, przede wszystkim jej talenty. Jednak nie opuszcza mnie myśl, która przyszła po zamknięciu książki: a co z żonami mężczyzn odwiedzających Gion? Chociaż to w zasadzie osobny temat.
Jeszcze z innej strony gejsze, aby stać się tym kim były musiały wiele wycierpieć i wiele poświęcić, a jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie wydawały się dość nieporadne.
Ciężko jednoznacznie ocenić zawód gejszy. Choć moim zdaniem oceniać już nie ma czego ani po co, można za to o nich poczytać.
Fabuły Wyznań przedstawiać nie będę.Krótko mówiąc można rzec, że to niewiele ponad zwykły romans, z jedną różnicą- dzięki tej książce możemy liznąć nieco kultury Japonii i to wyróżnia ten romans na tle innych i sprawia, że historia jest warta poznania.
Arthur Golden otworzył swą książką drzwi do barwnego świata gejsz, wciągnął mnie przy tym niesamowicie, oderwanie się od lektury było trudne. Na dodatek pokazuje on świat gejsz taki jakim jest, nie tylko rozrywkową część. Autentyczności całej historii dodaje fakt, że Sayuri nie wszystko pojmuje i opowiada po swojemu.
Chwilami miałam wrażenie, że takim kwiecistym językiem mogła posługiwać się tylko Japonka... Po czym uświadamiałam sobie, że autorem jest mężczyzna. Po prawdzie książka powstała na podstawie wywiadów z Mineko Iwasaki, więc być może nieco tego kwiecistego języka zaczerpnął dzięki kontaktowi z nią. W każdym razie autorowi nad wyraz lekko przychodziło posługiwanie się takim językiem.
Wyznania gejszy szczerze polecam, głównie kobietom. Jest to wprawdzie głównie romans, ale skłania do przemyśleń, trzeba mieć tylko lekki dystans do gejsz i ich zawodu, aby dać się porwać historii Sayuri.
Film jest dobrą ekranizacją, aczkolwiek kilka faktów zostało zmienionych. Domyślam się dlaczego zmieniona została historia przyjaźni Prezesa i Nobu, ale tego nie akceptuję i lekko mnie to zirytowało.
Kolejnym rozczarowaniem były kimona. Ja wiem, że pewnie niemożliwe było zdobycie tych prawdziwych, które wręcz są dziełem sztuki. Jednak po barwnie opisywanych książkowych kimonach, te filmowe wydały mi się oszukańcze i tanie. Musicie bowiem wiedzieć, że w książce kimona były jak obraz, w mojej wyobraźni były znacznie piękniejsze niż te które zobaczyłam na ekranie.
Generalnie książka jakoś mocno oddziaływała na moją wyobraźnię, szkoda, że film nie sprostał moim oczekiwaniom.
Mimo wszystko jest to ciekawy film. Oglądałam go już przed przeczytaniem książki i bardzo mi się podobał. W porównaniu do książki jest nieco płytki, ale poleciłabym każdemu.
Aktorka grająca Sayuri przykuwała oczywiście wzrok dzięki swoim niebieskim (soczewkom) oczom ;)
Ale mnie szczególnie spodobała się gra Li Gong, która wcieliła się w postać Hatsumomo. Choć zabrakło mi jednak trochę furii i złości jaką przejawiał jej książkowy pierwowzór, za to świetnie wypadła zwłaszcza w scenach z Koichim.
Natomiast tych, którzy odróżniają Azjatki może denerwować fakt, że Japonki zagrały Chinki, mnie to jakoś nie raziło, bo niezbyt odróżniam kobiety tej narodowości. Za to czymś co kłuje w USZY to to, że aktorzy mówili po angielsku... Z bardzo śmiesznym akcentem.
04 marca 2015
"Jeden dzień" David Nicholls i "Jedeń dzień" Lone Scherfig (2011)
tłumaczenie: Małgorzata Miłosz
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 2011
data wydania oryginału: 2009
liczba stron: 448
Kiedyś było głośno o tej książce, zwłaszcza kiedy pojawiła się ekranizacja. Moje pytanie brzmi: o co ten szum? Tę książkę wyróżnia jedynie forma- ciekawa, bo losy Dextera i Emmy opisywane są rok po roku, zawsze opisywany jest tytułowy jeden dzień, czyli 15 lipca, a na jego tle to co wydarzyło się w ciągu minionego roku. Może jeszcze broni się jednym wydarzeniem z końcówki. Poza tym jest to dość schematyczna obyczajówka. Nawet nie romans, nie znajdziecie tu momentów, podczas których kobiety będą zbiorowo wzdychać.
Skłamałabym jednak gdybym napisała, że jest to książka całkowicie do kitu. Początek mi się podobał. Poznajemy Emmę, zagubioną dwudziestokilkulatkę, której brakuje pewności siebie i nie wie co zrobić ze swoim życiem- trochę się z nią utożsamiałam, jak zapewne wielu innych młodych ludzi. Jako przeciwieństwo mamy Dextera- bogaty, przystojny, pewny siebie, odnoszący sukcesy, niemal zawsze mający to co chce.
Jednak dalsza część Jednego dnia mi się nie spodobała. Postacie Emmy i Dextera nie zaskarbiły sobie mojej sympatii, poza tym wydarzenia i dialogi wydały mi się jakieś odrealnione. Na dodatek brakowało postaci drugoplanowych, były może ze 3, którym autor poświęcił więcej uwagi.
Nie trafiła do mnie ta książka zupełnie. Oczekiwałam romansu, a dostałam coś co pretenduje do miana bardziej ambitnej książki, ale mnie nie przekonuje. I w zasadzie autor niby stara się coś przekazać, ale ja nic z tej książki nie wyciągnęłam.
Jeden dzień to książka jakich wiele, zwykła obyczajówka. Moja niska ocena wynika z tego, że zwyczajnie się z nią nie zgrałam, bo niezbyt podobał mi się styl autora, a bohaterowie to już w ogóle.
Książki nie krytykuję, ale też nie polecam.
Ogólnie dało się to obejrzeć, ale nie poleciłabym go nikomu, już lepiej przeczytać książkę.
06 lutego 2015
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
wydawnictwo: Agora
data wydania: październik 2010
liczba stron: 216
Trochę nie wiedziałam czy o Listach napisać w ogóle (nad tym czy w osobnym poście czy w Krótko i na temat już nie wspomnę). Bo zazwyczaj jeśli w jakimś bohaterze odnajdę w jakiś szczególny, bolesny sposób trochę siebie to ciężko mi pisać o takiej książce (dlatego właśnie nie ma na blogu opinii o świetnym Norwegian Wood...). Ale jak powiedział Jeremi Przybora kiedy przekazywał listy od Agnieszki Osieckiej, że "literatura polska by nam tego nie wybaczyła", tak ja bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie wspomniała o nich na blogu. I dodam, że po prostu trzeba taką książkę polecić niezdecydowanym, a nieświadomym napisać o jej istnieniu.
Listy poznawałam po kawałeczku, dzięki także ciekawej (ileż tu dziś zachwalania!) stronie na facebooku o wdzięcznej nazwie: Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń- wzruszenie ramion.
Co jakiś czas czytałam fragment i myślałam "jakże oni się musieli kochać!", i po cichu planowałam, że sama się z nimi (listami oczywiście) zapoznam, w całości.
Kiedy już zapoznawać się zaczęłam to nie czytałam a słuchałam. Ale audiobook jakoś mi nie szedł. Zapomniałam o nich na jakiś czas, aż ujrzałam je w antykwariacie...
Dość będzie jeśli napiszę, że przepadłam na dwa dni. I powiem wam jedno- nie zadowalajcie się audio-, e- czy jakimś tam innym bookiem! Tylko prawdziwa książka! Wydanie naprawdę ładne, opatrzone dodatkowymi komentarzami i zdjęciami, czego w audiobooku oczywiście nie było.
Różnie można spojrzeć na tę książkę. Niektórzy ledwie dowiedzą się o czym (kogo) jest, a od razu odpowiadają kąśliwą uwagą, że Jeremi wtedy był żonaty. Ja spojrzałam na same listy, nie stricte na osoby, które je pisały, bo nawet nie kojarzyłam Agnieszki czy Jeremiego zanim poznałam fragmenty ich listów.
Jeśli już o autorach mowa- z początku Agnieszka ani trochę mnie nie interesowała, czytałam (słuchałam) dla pięknych słów jakie wyszły spod pióra Jeremiego, pięknie pisał o miłości, a Listy to dobre źródło cytatów. Później jednak w miarę jak Agnieszka odkrywała się przed swym ukochanym (chociaż to listy, więc części rzeczy, o których nie piszą musimy się domyślać) zaczęła mnie interesować jej osobowość i doszłam do wniosku, że może nawet przeczytam coś o niej/jej.
Co zabawne jakoś o ich uczuciu czy może raczej romansie mało dziś słychać. Agnieszka Osiecka kojarzona jest raczej z Markiem Hłasko. I może to wszystko było takim wielkim uczuciem tylko na papierze... Mimo wszystko naprawdę przyjemnie się to czyta i przegląda. I cytuje :)
Listy na wyczerpanym papierze polecam raczej kobietom, bo jednak mało się znajdzie mężczyzn, których ta książka może zaciekawić.
Jeśli chodzi o Listy to oczarowana jestem zarówno wyglądem jak i treścią. I mimo, że niewiele tak naprawdę napisałam o książce, to cieszę się, że się przemogłam i napisałam cokolwiek.
Aczkolwiek dodam, że troszkę brakowało mi jakiegoś dokończenia tej historii, zwłaszcza, że ostatnie z listów są dość dziwne (te notatki Agnieszki). Choć z drugiej strony coś tam wspomniano w przedmowie, a szczegółowo opisywać jednak "nie przystoi"... Bo i tak dość odarto Jeremiego i Agnieszkę z prywatności (mimo, że Jeremi sam przekazał listy od Agnieszki).
Jeszcze jeśli chodzi o audiobook- głos Piotra Machalicy mi się podobał, za to Magda Umer niestety według mnie czytała jakby jej się nie chciało... I być może po części to mnie tak zastopowało w słuchaniu Listów.
data wydania: październik 2010
liczba stron: 216
Trochę nie wiedziałam czy o Listach napisać w ogóle (nad tym czy w osobnym poście czy w Krótko i na temat już nie wspomnę). Bo zazwyczaj jeśli w jakimś bohaterze odnajdę w jakiś szczególny, bolesny sposób trochę siebie to ciężko mi pisać o takiej książce (dlatego właśnie nie ma na blogu opinii o świetnym Norwegian Wood...). Ale jak powiedział Jeremi Przybora kiedy przekazywał listy od Agnieszki Osieckiej, że "literatura polska by nam tego nie wybaczyła", tak ja bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie wspomniała o nich na blogu. I dodam, że po prostu trzeba taką książkę polecić niezdecydowanym, a nieświadomym napisać o jej istnieniu.
Listy poznawałam po kawałeczku, dzięki także ciekawej (ileż tu dziś zachwalania!) stronie na facebooku o wdzięcznej nazwie: Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń- wzruszenie ramion.
Co jakiś czas czytałam fragment i myślałam "jakże oni się musieli kochać!", i po cichu planowałam, że sama się z nimi (listami oczywiście) zapoznam, w całości.
Kiedy już zapoznawać się zaczęłam to nie czytałam a słuchałam. Ale audiobook jakoś mi nie szedł. Zapomniałam o nich na jakiś czas, aż ujrzałam je w antykwariacie...
Dość będzie jeśli napiszę, że przepadłam na dwa dni. I powiem wam jedno- nie zadowalajcie się audio-, e- czy jakimś tam innym bookiem! Tylko prawdziwa książka! Wydanie naprawdę ładne, opatrzone dodatkowymi komentarzami i zdjęciami, czego w audiobooku oczywiście nie było.
Różnie można spojrzeć na tę książkę. Niektórzy ledwie dowiedzą się o czym (kogo) jest, a od razu odpowiadają kąśliwą uwagą, że Jeremi wtedy był żonaty. Ja spojrzałam na same listy, nie stricte na osoby, które je pisały, bo nawet nie kojarzyłam Agnieszki czy Jeremiego zanim poznałam fragmenty ich listów.
Jeśli już o autorach mowa- z początku Agnieszka ani trochę mnie nie interesowała, czytałam (słuchałam) dla pięknych słów jakie wyszły spod pióra Jeremiego, pięknie pisał o miłości, a Listy to dobre źródło cytatów. Później jednak w miarę jak Agnieszka odkrywała się przed swym ukochanym (chociaż to listy, więc części rzeczy, o których nie piszą musimy się domyślać) zaczęła mnie interesować jej osobowość i doszłam do wniosku, że może nawet przeczytam coś o niej/jej.
Co zabawne jakoś o ich uczuciu czy może raczej romansie mało dziś słychać. Agnieszka Osiecka kojarzona jest raczej z Markiem Hłasko. I może to wszystko było takim wielkim uczuciem tylko na papierze... Mimo wszystko naprawdę przyjemnie się to czyta i przegląda. I cytuje :)
Listy na wyczerpanym papierze polecam raczej kobietom, bo jednak mało się znajdzie mężczyzn, których ta książka może zaciekawić.
Jeśli chodzi o Listy to oczarowana jestem zarówno wyglądem jak i treścią. I mimo, że niewiele tak naprawdę napisałam o książce, to cieszę się, że się przemogłam i napisałam cokolwiek.
Aczkolwiek dodam, że troszkę brakowało mi jakiegoś dokończenia tej historii, zwłaszcza, że ostatnie z listów są dość dziwne (te notatki Agnieszki). Choć z drugiej strony coś tam wspomniano w przedmowie, a szczegółowo opisywać jednak "nie przystoi"... Bo i tak dość odarto Jeremiego i Agnieszkę z prywatności (mimo, że Jeremi sam przekazał listy od Agnieszki).
Jeszcze jeśli chodzi o audiobook- głos Piotra Machalicy mi się podobał, za to Magda Umer niestety według mnie czytała jakby jej się nie chciało... I być może po części to mnie tak zastopowało w słuchaniu Listów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
