tytuł oryginału: La tía Julia y el escribidor
tłumaczenie: Danuta Rycerz
data wydania: kwiecień 2008
data wydania oryginału: 1977
liczba stron: 473
Mario Vargas Llosa potrafił zaciekawić mnie opowieścią tylko przez pierwsze 2/3 powieści, potem było już tylko brnięcie do końca. Takie pierwsze zdanie zapewne sprawi, że stwierdzicie, że nie musicie czytać reszty opinii i macie rację, nic odkrywczego nie napiszę.
Moje rozczarowanie wynika przede wszystkim z tego, że nie lubię opowieści tylko i wyłącznie dla opowieści albo po prostu nie zainteresowała mnie historia Maria. Może trochę brutalny jest zwrot, że jest to "opowieść dla opowieści", jednak jakoś brakowało mi w tej książce akcji, bo wszystko toczy się wokół romansu Maria z własną (daleką bo daleką) ciotką, który kończy się tak jak z góry przewidziałam. Poetycko opisane momenty ich miłości są może ze dwa, nie ma wydarzeń, które by czytelnika jakoś poruszyły, wszystko toczy się do pewnego punktu. Może i końcowe perypetie na chwilę przykuwają uwagę, ale jednak gdyby ktoś mnie zapytał w trakcie czytania twardo obstawałabym przy swojej wersji zakończenia.
Książka urozmaicana jest fragmentami opowieści radiowych autorstwa tytułowego skryby. Niektórych zapewne ten co drugi rozdział bawił, na pewno wielu pokusiło się o odnajdywanie w nich fragmentów życia Pedra, mnie jednak w połowie książki zaczęły one niesamowicie nużyć, ponieważ nie dążyły do niczego, a rozdział był objętościowo taki sam jak rozdział o Mario i Julii. Gdyby je usunąć książka byłaby o połowę cieńsza i moim zdaniem nic by nie straciła. Może nieco z ewentualnej końcowej konsternacji czytelnika co do postaci Pedra Camacho.
Ciotka Julia i skryba to powieść zawierająca elementy autobiograficzne, więc zapewne zagorzali fani pisarza będą zachwyceni. Myślę, że to ciekawa sprawa napisać książkę o swoim romansie urozmaicając ją Pedrem Camacho i jego opowieściami. Dokładnie tak: ciekawa sprawa! Mnie jednak książka Maria nie przypadła do gustu.
Niestety filmu na podstawie książki nie udało mi się obejrzeć, może kiedyś.
21 września 2015
11 września 2015
"Zabić drozda" Harper Lee i "Zabić drozda" Robert Mulligan (1962)
tłumaczenie: Zofia Kierszys
tytuł oryginału: To kill a mockingbird
data wydania: 1973
data wydania oryginału: 1960
liczba stron: 389
Pierwszy kontakt z książką- pożółkłe strony, książka pachnąca starością, może i zmęczeniem, kartkowana przez dziesiątki czytelników przede mną, okładka z całą masą zmarszczek, zagięć. Tytuł znany, klasyka niemal. Ja nic o nim nie wiem, nie wiem o czym jest, czego się spodziewać. Pierwsze strony idą nieco opornie, odczułam starszy język- w końcu zarówno oryginał, jak tłumaczenie powstały na długo przed moimi narodzinami.
Od razu pomyślałam, że będę musiała jakoś zmęczyć tę książkę, że ten język będzie mi przeszkadzał, ani trochę się nie wciągnę w fabułę.
Kilkadziesiąt stron później- wpadłam jak śliwka w kompot. Język powieści wcale nie jest archaiczny czy ciężki w odbiorze, narratorem jest mała dziewczynka, ma nieco "mądrzejszy" język niż dzieci w jej wieku, ale jest on prosty i przyjemny. Zabić drozda kusi najpierw niewinnymi tematami dzieci, zagadką, która, jak przewidujemy, wkrótce zostanie rozwiązana.
Gdzieś w połowie- pojawia się temat poważniejszy, bardziej emocjonujący, zapowiadający świetną lekturę. Jego przebieg śledziłam razem z dziećmi, nie mniej przejęta. Mimo, że wcześniej przebrzmiewał gdzieś w dialogach, drobnych sytuacjach, mimo, że podobne problemy były poruszane, nic nie zwiastowało takiego obrotu spraw.
Między wierszami- Zabić drozda to bardzo specyficzna powieść. Dość wiernie opowiada oczami dziecka o dorosłych. O zaślepieniu, dyskryminacji, niesprawiedliwym traktowaniu innych, hipokryzji. O tym, że dobrzy ludzie są piętnowani, a złym wszyscy, wiedząc, że czynią źle, przyklasną.
To wszystko tak bardzo uderza, ponieważ dziecko nie rozumie dlaczego dorośli tak postępują. Ono ma jasne poglądy na pewne sprawy, a hipokryzja dorosłych jest dla niego nielogiczna.
W książce Harper Lee przyglądamy się także dorastającemu nastolatkowi i jego dojrzewającemu buntowi. Ale buntowi nie w znaczeniu negatywnym, bo niejeden dorosły ma ochotę na zbuntowanie się przeciw temu jak ten świat jest urządzony i jak człowiek człowiekowi potrafi zgotować piekło nie patrząc na konsekwencje.
Zabić drozda traktuje także o dyskryminacji osób czarnoskórych, to jeden z jej najważniejszych tematów. Zresztą długo mogłabym pisać o czym jest. Myślę, że wiele z niej można zaczerpnąć, wiele przemyśleń się rodzi podczas lektury.
Końcówka- nieco straciłam rozpęd. Czytałam już z nieco mniejszą przyjemnością, sama nie wiem czemu. Może byłam rozdrażniona tym, że to już koniec? W tym roku jakoś mało świetnych książek przeczytałam, może nie chciałam już kończyć. To jednak nie tłumaczy tego, że lekko kręcę nosem na pewien urwany wątek, który zainteresował mnie od początku książki. Cóż, autorka musiała kiedyś skończyć, jednak mogła rozwiązanie tej historii napisać nieco jaśniej. Może je zrozumiem dopiero przy kolejnej lekturze.
Drodzy, wysuńcie z tej opinii własne wnioski. Ja powiem tylko jedno słowo- warto!
Często zamieszczam cytaty z książek na końcu postu, tym razem zapraszam po nie na mój świeżutki profil na Instagramie :)
Nie stronię od starych czarno-białych filmów, niejeden ma w sobie magię. Są też takie, które w dzisiejszych czasach ciężko odebrać tak jak ludzie odebrali je ówcześnie. Po części ekranizacja Zabić drozda to taki właśnie film. Na pewno bardziej szokujący był w latach sześćdziesiątych. O ile dobrze się orientuję wtedy dopiero osoby czarnoskóre zaczynały walczyć o swoje prawa. Dziś już niestety tak nie szokuje.
Druga kwestia jest taka, że w filmie zabrakło mi tego napięcia jakie było zbudowane w książce. W większości przypadków mogłabym powiedzieć, że było odwrotnie, ale ten film w ogóle na mnie nie podziałał. Można powiedzieć, że dlatego, że oglądałam go krótko po obejrzeniu książki. Cóż, zapewne miało to swój wpływ, ale raczej nie aż taki.
Jeśli chodzi o grę aktorską to Mary Badham zagrała uroczo, także Gregory Peck zagrał "nie najgorzej" ;)
Muzyka jak na tamte czasy została zgrabnie wkomponowana w film. Podobała mi się także początkowa sekwencja, rzadko kiedy w starych filmach jest ciekawa, chociaż to raczej mrugnięcie okiem w stronę czytelnika.
Zabić drozda poleciłabym jedynie tym, którzy uwielbiają stare filmy lub nie mają zamiaru przeczytać książki, a są ciekawi tej historii.
tytuł oryginału: To kill a mockingbird
data wydania: 1973
data wydania oryginału: 1960
liczba stron: 389
Pierwszy kontakt z książką- pożółkłe strony, książka pachnąca starością, może i zmęczeniem, kartkowana przez dziesiątki czytelników przede mną, okładka z całą masą zmarszczek, zagięć. Tytuł znany, klasyka niemal. Ja nic o nim nie wiem, nie wiem o czym jest, czego się spodziewać. Pierwsze strony idą nieco opornie, odczułam starszy język- w końcu zarówno oryginał, jak tłumaczenie powstały na długo przed moimi narodzinami.
Od razu pomyślałam, że będę musiała jakoś zmęczyć tę książkę, że ten język będzie mi przeszkadzał, ani trochę się nie wciągnę w fabułę.
Kilkadziesiąt stron później- wpadłam jak śliwka w kompot. Język powieści wcale nie jest archaiczny czy ciężki w odbiorze, narratorem jest mała dziewczynka, ma nieco "mądrzejszy" język niż dzieci w jej wieku, ale jest on prosty i przyjemny. Zabić drozda kusi najpierw niewinnymi tematami dzieci, zagadką, która, jak przewidujemy, wkrótce zostanie rozwiązana.
Gdzieś w połowie- pojawia się temat poważniejszy, bardziej emocjonujący, zapowiadający świetną lekturę. Jego przebieg śledziłam razem z dziećmi, nie mniej przejęta. Mimo, że wcześniej przebrzmiewał gdzieś w dialogach, drobnych sytuacjach, mimo, że podobne problemy były poruszane, nic nie zwiastowało takiego obrotu spraw.
Między wierszami- Zabić drozda to bardzo specyficzna powieść. Dość wiernie opowiada oczami dziecka o dorosłych. O zaślepieniu, dyskryminacji, niesprawiedliwym traktowaniu innych, hipokryzji. O tym, że dobrzy ludzie są piętnowani, a złym wszyscy, wiedząc, że czynią źle, przyklasną.
To wszystko tak bardzo uderza, ponieważ dziecko nie rozumie dlaczego dorośli tak postępują. Ono ma jasne poglądy na pewne sprawy, a hipokryzja dorosłych jest dla niego nielogiczna.
W książce Harper Lee przyglądamy się także dorastającemu nastolatkowi i jego dojrzewającemu buntowi. Ale buntowi nie w znaczeniu negatywnym, bo niejeden dorosły ma ochotę na zbuntowanie się przeciw temu jak ten świat jest urządzony i jak człowiek człowiekowi potrafi zgotować piekło nie patrząc na konsekwencje.
Zabić drozda traktuje także o dyskryminacji osób czarnoskórych, to jeden z jej najważniejszych tematów. Zresztą długo mogłabym pisać o czym jest. Myślę, że wiele z niej można zaczerpnąć, wiele przemyśleń się rodzi podczas lektury.
Końcówka- nieco straciłam rozpęd. Czytałam już z nieco mniejszą przyjemnością, sama nie wiem czemu. Może byłam rozdrażniona tym, że to już koniec? W tym roku jakoś mało świetnych książek przeczytałam, może nie chciałam już kończyć. To jednak nie tłumaczy tego, że lekko kręcę nosem na pewien urwany wątek, który zainteresował mnie od początku książki. Cóż, autorka musiała kiedyś skończyć, jednak mogła rozwiązanie tej historii napisać nieco jaśniej. Może je zrozumiem dopiero przy kolejnej lekturze.
Drodzy, wysuńcie z tej opinii własne wnioski. Ja powiem tylko jedno słowo- warto!
Często zamieszczam cytaty z książek na końcu postu, tym razem zapraszam po nie na mój świeżutki profil na Instagramie :)
Nie stronię od starych czarno-białych filmów, niejeden ma w sobie magię. Są też takie, które w dzisiejszych czasach ciężko odebrać tak jak ludzie odebrali je ówcześnie. Po części ekranizacja Zabić drozda to taki właśnie film. Na pewno bardziej szokujący był w latach sześćdziesiątych. O ile dobrze się orientuję wtedy dopiero osoby czarnoskóre zaczynały walczyć o swoje prawa. Dziś już niestety tak nie szokuje.
Druga kwestia jest taka, że w filmie zabrakło mi tego napięcia jakie było zbudowane w książce. W większości przypadków mogłabym powiedzieć, że było odwrotnie, ale ten film w ogóle na mnie nie podziałał. Można powiedzieć, że dlatego, że oglądałam go krótko po obejrzeniu książki. Cóż, zapewne miało to swój wpływ, ale raczej nie aż taki.
Jeśli chodzi o grę aktorską to Mary Badham zagrała uroczo, także Gregory Peck zagrał "nie najgorzej" ;)
Muzyka jak na tamte czasy została zgrabnie wkomponowana w film. Podobała mi się także początkowa sekwencja, rzadko kiedy w starych filmach jest ciekawa, chociaż to raczej mrugnięcie okiem w stronę czytelnika.
Zabić drozda poleciłabym jedynie tym, którzy uwielbiają stare filmy lub nie mają zamiaru przeczytać książki, a są ciekawi tej historii.
31 sierpnia 2015
"Osiem cztery" Mirosław Nahacz
wydawnictwo: Czarne
data wydania: 2003
liczba stron: 96 Osiem cztery to debiut młodego polskiego pisarza, który niestety w 2007 roku popełnił samobójstwo. Do tego czasu stworzył 4 książki, według opisów wszystkie zawierające psychodeliczne elementy. Dwie z nich mnie nie zainteresowały, mogłabym przeczytać w przyszłości jeszcze jedynie Niezwykłe przygody Roberta Robura, choć myślę, że jego debiut najbardziej by mi się z nich wszystkich podobał.
Osiem cztery to dość specyficzna książka. Fabuła kręci się wokół imprezy, na której jest główny bohater, Olgierd. A w zasadzie wcale nie, kręci się tylko wokół jarania, picia i grzybienia, czyli głównych zainteresowań postaci występujących w tej książce. I nie do końca rzecz dzieje się na tej imprezie, trochę na niej jesteśmy, a trochę nie. Olgierd po prostu dużo wspomina, dużo też myśli. Są to miejscami bezsensowne myśli, nieukształtowane, ale z tej masy jakby wyłania się jakiś sens.
W zamierzeniu książka ma ukazać życie u schyłku komunizmu, młodych ludzi, którzy czują jakby ich generacja nie miała sensu, bo przecież nie ma żadnej wojny, PRL obalono, nie ma o co walczyć. Już nie pamiętam czy przeczytałam to w książce, czy w jakiejś opinii, ale skojarzenie z generacją nic jest natychmiastowe.
Książka ta ukazuje młodych ludzi, których los jeszcze do niedawna mógłby podzielić każdy nastolatek z małego miasteczka, gdzie po prostu nie ma co robić, więc młodzież zajmuje się piciem i paleniem. Ba, znam podobnych ludzi, tylko palenie zastąpili sobie grami komputerowymi. Autor Osiem cztery urodził się właśnie w 1984 roku, więc całkiem możliwe, że również znał takich ludzi, a przemyślenia Olgierda są jego własnymi.
Zakończenie... Jest dość specyficzne, na szczęście nie takie urwane, ma jakiś sens, widać, że autor miał pomysł na książkę. Nie każdemu mogłabym polecić tę książkę, ponieważ nie do każdego ona trafi. Na LC wielu na nią narzekało, mnie się ją dobrze czytało. Czy wzbogaciła jakoś mój umysł, moje życie? Może nie jakoś szczególnie, może mnie nie powaliła ani nie zachwyciła, ale zmusiła do kilku refleksji, a chyba tego oczekujemy po książkach.
data wydania: 2003
liczba stron: 96 Osiem cztery to debiut młodego polskiego pisarza, który niestety w 2007 roku popełnił samobójstwo. Do tego czasu stworzył 4 książki, według opisów wszystkie zawierające psychodeliczne elementy. Dwie z nich mnie nie zainteresowały, mogłabym przeczytać w przyszłości jeszcze jedynie Niezwykłe przygody Roberta Robura, choć myślę, że jego debiut najbardziej by mi się z nich wszystkich podobał.
Osiem cztery to dość specyficzna książka. Fabuła kręci się wokół imprezy, na której jest główny bohater, Olgierd. A w zasadzie wcale nie, kręci się tylko wokół jarania, picia i grzybienia, czyli głównych zainteresowań postaci występujących w tej książce. I nie do końca rzecz dzieje się na tej imprezie, trochę na niej jesteśmy, a trochę nie. Olgierd po prostu dużo wspomina, dużo też myśli. Są to miejscami bezsensowne myśli, nieukształtowane, ale z tej masy jakby wyłania się jakiś sens.
W zamierzeniu książka ma ukazać życie u schyłku komunizmu, młodych ludzi, którzy czują jakby ich generacja nie miała sensu, bo przecież nie ma żadnej wojny, PRL obalono, nie ma o co walczyć. Już nie pamiętam czy przeczytałam to w książce, czy w jakiejś opinii, ale skojarzenie z generacją nic jest natychmiastowe.
Książka ta ukazuje młodych ludzi, których los jeszcze do niedawna mógłby podzielić każdy nastolatek z małego miasteczka, gdzie po prostu nie ma co robić, więc młodzież zajmuje się piciem i paleniem. Ba, znam podobnych ludzi, tylko palenie zastąpili sobie grami komputerowymi. Autor Osiem cztery urodził się właśnie w 1984 roku, więc całkiem możliwe, że również znał takich ludzi, a przemyślenia Olgierda są jego własnymi.
Zakończenie... Jest dość specyficzne, na szczęście nie takie urwane, ma jakiś sens, widać, że autor miał pomysł na książkę. Nie każdemu mogłabym polecić tę książkę, ponieważ nie do każdego ona trafi. Na LC wielu na nią narzekało, mnie się ją dobrze czytało. Czy wzbogaciła jakoś mój umysł, moje życie? Może nie jakoś szczególnie, może mnie nie powaliła ani nie zachwyciła, ale zmusiła do kilku refleksji, a chyba tego oczekujemy po książkach.
25 sierpnia 2015
Krótko i na temat (7)
Norwegian Wood Haruki Murakami
tłumaczenie: Dorota Marczewska, Anna Zielińska-Elliott
wydawnictwo: MUZA
data wydania: 22 lipca 2013
data wydania oryginału: 1987
liczba stron: 320
Jak dotąd czytałam (powiedzmy) dwa twory Murakamiego- pierwszy był zbiór opowiadań Wszystkie boże dzieci tańczą, który pozostawił jakieś mgliste wrażenie; drugi to była powieść Kronika ptaka nakręcacza, ale jej nie dokończyłam, była dość dziwna. Żadna z nich nie przekonała mnie do Murakamiego, ale dałam mu kolejną szansę, w końcu do trzech razy sztuka. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo Norwegian Wood trafiło prosto w serce. Ała!
Główny bohater, Toru Watanabe, wspomina swoją ukochaną Naoko. Tak naprawdę nie są to spisane wspomnienia z nią związane, tylko kilkanaście miesięcy z życia Watanabego, kiedy to nie tylko jest w zażyłych i zawiłych stosunkach z Naoko, ale także poznaje na studiach Midori. Tło dla powieści stanowi życie Watanabego w akademiku i w niewielkim stopniu to co działo się wtedy w Japonii (za opisem z okładki: wolna miłość, protesty na uczelni, itd.).
W zasadzie nie wiem co napisać o tej książce. Być może oddziałuje ona, tak jak na mnie, tylko na niewielką garstkę ludzi. Mnie bardzo przypadli do gustu niezwykle żywi bohaterowie, i ten nieco ciężki nastrój. Nie polecam czytania jej kiedy jest się w lekkim „dołku”, bo można wpaść w jeszcze większy. No cóż, jak tu nie wpaść kiedy połowa bohaterów Norwegian Wood popełnia samobójstwo…
Jak dla mnie Norwegian Wood to kopalnia ciekawych cytatów, a wręcz całych fragmentów. Dałam sobie spokój ze spisywaniem ich, po prostu zaznaczałam je kolorowymi znacznikami. I tak jak Murakami twierdzi, że Wielkiego Gatsby’ego można otworzyć na jakiejkolwiek stronie i trafić na ciekawy fragment, tak się z nim nie zgodzę, stwierdzam natomiast, że jest tak w przypadku jego książki.
Jest to nieco smutna książka, ale ciekawa, dużo się w niej dzieje, a co najważniejsze dobrze napisana. Polecam każdemu! Choć wiem, że jest specyficzna i nie wszystkich poruszy tak jak mnie.
Kiedy patrzę na ten tekst z perspektywy czasu dostrzegam, że jest nieco chaotyczny i w żaden sposób nie oddaje mojego zachwytu. Ale wiem, że czasem jeśli jakaś książka nas poruszy czy szczególnie się spodoba ciężko o niej napisać.
I wprawdzie nie jest to krótko i na temat, ale jakoś miałam opory przed opublikowaniem tego tekstu osobno.
Piękni dwudziestoletni Marek Hłasko
wydawnictwo: Alfadata wydania: 1989
liczba stron: 176
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Hłasko i trochę tego żałuję. Wszyscy mówią o Pięknych dwudziestoletnich, ale nikt nie zastrzega, że to coś na kształt autobiografii... A jeśli się nie miało wcześniej żadnej styczności z autorem i nic się o nim nie wie, to jednak zły wybór. Choć z tego co zauważyłam niejedna osoba się tak "nacięła".
Piękni dwudziestoletni to dość luźna i chyba w pewnym stopniu przejaskrawiona opowieść Marka o swoim życiu. Przy czym pisząc luźna mam na myśli to, że nie trzyma się on schematu w stylu opowiadanie po kolei wydarzeń ze swojego życia, raczej pisze swoje przemyślenia przy okazji wspominając o różnych sytuacjach, przytacza anegdotki. I choć wspomina Izrael czy inne kraje to pisze głównie o swoim życiu w Polsce. I oczywiście o pięknych dwudziestoletnich.
Wprawdzie czytałam baaardzo stare wydanie, które jeszcze chyba załapało się na cenzurę, jednak o dziwo widać w nim wszelkie absurdy PRLu.
Jeśli mam polecać Pięknych dwudziestoletnich to tylko fanom autora, bo choć czytało się szybko i przyjemnie to ta przyjemność byłaby zapewne większa jeśli bym coś wiedziała o Hłasce. A tak przeczytałam książkę, którą pewnie za niedługo zapomnę, choć niektóre przemyślenia autora zostaną mi w pamięci.
Traktat o łuskaniu fasoli Wiesław Myśliwski
data wydania: 2010 (data przybliżona)
liczba stron: 398
Traktat o łuskaniu fasoli pochłonęłam jednym tchem. Autor oczarował mnie od pierwszych stron, była to świetna literacka podróż napędzana lirycznym językiem i ciekawą historią starszego pana łuskającego fasolę. W połączeniu z dość dynamiczną "akcją" i ciekawymi wspomnieniami była to niezwykle zajmująca lektura. Traktat skłania do przemyśleń i opowiada historie, którymi można by obdzielić kilka istot. Dzięki niemu poznajemy realia polskiej wsi, czasy wojny i losy powstańców, przyglądamy się nauce narratora w specyficznej szkole, budzącą się pasję do muzyki, dowiadujemy się jak wyglądała praca w czasach PRLu i emigracja, a także odczuwamy bolesne echa wojny.
Jest to książka wyjątkowa, którą poleciłabym każdemu kto potrafiłby ją docenić, do mnie dotarła niezwykle wyraźnie, wiele spisałam sobie z niej cytatów, na pewno do niej powrócę.
Nagi sad Wiesław Myśliwski
wydawnictwo: Muza
data wydania: 1997 (data przybliżona)
liczba stron: 245
W Nagim sadzie działo się mniej niż w Traktacie. Nigdy jednak nie dyskwalifikuje to dla mnie książki. Także było to coś na kształt opowiadania wspomnień, jednak w tym przypadku jest to wspominanie przez mężczyznę swojego ojca. Zupełnie nie spodobały mi się postacie w tej książce, język zaczarował mnie jak poprzednio, ale w pewnym momencie, przy nieinteresującej mnie akcji i postaciach, i on zaczął jakoś uwierać, sprawiać, że ciężko się czytało. I tak o ile Traktat bardzo mi się spodobał, tak Nagi sad ledwie skończyłam.
Cóż zdarza się, mimo to Myśliwskiego będę czytać dopóki nie przeczytam wszystkich jego książek :)
18 sierpnia 2015
"Wyznania gejszy" Arthur Golden i "Wyznania gejszy" Rob Marshall (2005)
tytuł oryginału: Memoirs of a Geisha
tłumaczenie: Witold Nowakowski
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2008
data wydania oryginału: 1997
liczba stron: 464
Po przeczytaniu tej książki, po zachwycaniu się Japońską kulturą, smakowaniu całej historii, zaczęłam zastanawiać się nad gejszami samymi w sobie. Prostytutkami, jak często są określane, ich nie nazwę, zbyt by to było płytkie i nie o to mi chodzi. Jednak artystkami z czystym sumieniem niestety też nie są. Jak ładnie powiedziano w filmie gejsza jest to "żywe dzieło sztuki", które można podziwiać, przede wszystkim jej talenty. Jednak nie opuszcza mnie myśl, która przyszła po zamknięciu książki: a co z żonami mężczyzn odwiedzających Gion? Chociaż to w zasadzie osobny temat.
Jeszcze z innej strony gejsze, aby stać się tym kim były musiały wiele wycierpieć i wiele poświęcić, a jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie wydawały się dość nieporadne.
Ciężko jednoznacznie ocenić zawód gejszy. Choć moim zdaniem oceniać już nie ma czego ani po co, można za to o nich poczytać.
Fabuły Wyznań przedstawiać nie będę.Krótko mówiąc można rzec, że to niewiele ponad zwykły romans, z jedną różnicą- dzięki tej książce możemy liznąć nieco kultury Japonii i to wyróżnia ten romans na tle innych i sprawia, że historia jest warta poznania.
Arthur Golden otworzył swą książką drzwi do barwnego świata gejsz, wciągnął mnie przy tym niesamowicie, oderwanie się od lektury było trudne. Na dodatek pokazuje on świat gejsz taki jakim jest, nie tylko rozrywkową część. Autentyczności całej historii dodaje fakt, że Sayuri nie wszystko pojmuje i opowiada po swojemu.
Chwilami miałam wrażenie, że takim kwiecistym językiem mogła posługiwać się tylko Japonka... Po czym uświadamiałam sobie, że autorem jest mężczyzna. Po prawdzie książka powstała na podstawie wywiadów z Mineko Iwasaki, więc być może nieco tego kwiecistego języka zaczerpnął dzięki kontaktowi z nią. W każdym razie autorowi nad wyraz lekko przychodziło posługiwanie się takim językiem.
Wyznania gejszy szczerze polecam, głównie kobietom. Jest to wprawdzie głównie romans, ale skłania do przemyśleń, trzeba mieć tylko lekki dystans do gejsz i ich zawodu, aby dać się porwać historii Sayuri.
Film jest dobrą ekranizacją, aczkolwiek kilka faktów zostało zmienionych. Domyślam się dlaczego zmieniona została historia przyjaźni Prezesa i Nobu, ale tego nie akceptuję i lekko mnie to zirytowało.
Kolejnym rozczarowaniem były kimona. Ja wiem, że pewnie niemożliwe było zdobycie tych prawdziwych, które wręcz są dziełem sztuki. Jednak po barwnie opisywanych książkowych kimonach, te filmowe wydały mi się oszukańcze i tanie. Musicie bowiem wiedzieć, że w książce kimona były jak obraz, w mojej wyobraźni były znacznie piękniejsze niż te które zobaczyłam na ekranie.
Generalnie książka jakoś mocno oddziaływała na moją wyobraźnię, szkoda, że film nie sprostał moim oczekiwaniom.
Mimo wszystko jest to ciekawy film. Oglądałam go już przed przeczytaniem książki i bardzo mi się podobał. W porównaniu do książki jest nieco płytki, ale poleciłabym każdemu.
Aktorka grająca Sayuri przykuwała oczywiście wzrok dzięki swoim niebieskim (soczewkom) oczom ;)
Ale mnie szczególnie spodobała się gra Li Gong, która wcieliła się w postać Hatsumomo. Choć zabrakło mi jednak trochę furii i złości jaką przejawiał jej książkowy pierwowzór, za to świetnie wypadła zwłaszcza w scenach z Koichim.
Natomiast tych, którzy odróżniają Azjatki może denerwować fakt, że Japonki zagrały Chinki, mnie to jakoś nie raziło, bo niezbyt odróżniam kobiety tej narodowości. Za to czymś co kłuje w USZY to to, że aktorzy mówili po angielsku... Z bardzo śmiesznym akcentem.
tłumaczenie: Witold Nowakowski
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2008
data wydania oryginału: 1997
liczba stron: 464
Po przeczytaniu tej książki, po zachwycaniu się Japońską kulturą, smakowaniu całej historii, zaczęłam zastanawiać się nad gejszami samymi w sobie. Prostytutkami, jak często są określane, ich nie nazwę, zbyt by to było płytkie i nie o to mi chodzi. Jednak artystkami z czystym sumieniem niestety też nie są. Jak ładnie powiedziano w filmie gejsza jest to "żywe dzieło sztuki", które można podziwiać, przede wszystkim jej talenty. Jednak nie opuszcza mnie myśl, która przyszła po zamknięciu książki: a co z żonami mężczyzn odwiedzających Gion? Chociaż to w zasadzie osobny temat.
Jeszcze z innej strony gejsze, aby stać się tym kim były musiały wiele wycierpieć i wiele poświęcić, a jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie wydawały się dość nieporadne.
Ciężko jednoznacznie ocenić zawód gejszy. Choć moim zdaniem oceniać już nie ma czego ani po co, można za to o nich poczytać.
Fabuły Wyznań przedstawiać nie będę.Krótko mówiąc można rzec, że to niewiele ponad zwykły romans, z jedną różnicą- dzięki tej książce możemy liznąć nieco kultury Japonii i to wyróżnia ten romans na tle innych i sprawia, że historia jest warta poznania.
Arthur Golden otworzył swą książką drzwi do barwnego świata gejsz, wciągnął mnie przy tym niesamowicie, oderwanie się od lektury było trudne. Na dodatek pokazuje on świat gejsz taki jakim jest, nie tylko rozrywkową część. Autentyczności całej historii dodaje fakt, że Sayuri nie wszystko pojmuje i opowiada po swojemu.
Chwilami miałam wrażenie, że takim kwiecistym językiem mogła posługiwać się tylko Japonka... Po czym uświadamiałam sobie, że autorem jest mężczyzna. Po prawdzie książka powstała na podstawie wywiadów z Mineko Iwasaki, więc być może nieco tego kwiecistego języka zaczerpnął dzięki kontaktowi z nią. W każdym razie autorowi nad wyraz lekko przychodziło posługiwanie się takim językiem.
Wyznania gejszy szczerze polecam, głównie kobietom. Jest to wprawdzie głównie romans, ale skłania do przemyśleń, trzeba mieć tylko lekki dystans do gejsz i ich zawodu, aby dać się porwać historii Sayuri.
Film jest dobrą ekranizacją, aczkolwiek kilka faktów zostało zmienionych. Domyślam się dlaczego zmieniona została historia przyjaźni Prezesa i Nobu, ale tego nie akceptuję i lekko mnie to zirytowało.
Kolejnym rozczarowaniem były kimona. Ja wiem, że pewnie niemożliwe było zdobycie tych prawdziwych, które wręcz są dziełem sztuki. Jednak po barwnie opisywanych książkowych kimonach, te filmowe wydały mi się oszukańcze i tanie. Musicie bowiem wiedzieć, że w książce kimona były jak obraz, w mojej wyobraźni były znacznie piękniejsze niż te które zobaczyłam na ekranie.
Generalnie książka jakoś mocno oddziaływała na moją wyobraźnię, szkoda, że film nie sprostał moim oczekiwaniom.
Mimo wszystko jest to ciekawy film. Oglądałam go już przed przeczytaniem książki i bardzo mi się podobał. W porównaniu do książki jest nieco płytki, ale poleciłabym każdemu.
Aktorka grająca Sayuri przykuwała oczywiście wzrok dzięki swoim niebieskim (soczewkom) oczom ;)
Ale mnie szczególnie spodobała się gra Li Gong, która wcieliła się w postać Hatsumomo. Choć zabrakło mi jednak trochę furii i złości jaką przejawiał jej książkowy pierwowzór, za to świetnie wypadła zwłaszcza w scenach z Koichim.
Natomiast tych, którzy odróżniają Azjatki może denerwować fakt, że Japonki zagrały Chinki, mnie to jakoś nie raziło, bo niezbyt odróżniam kobiety tej narodowości. Za to czymś co kłuje w USZY to to, że aktorzy mówili po angielsku... Z bardzo śmiesznym akcentem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


