25 sierpnia 2015

Krótko i na temat (7)

Norwegian Wood Haruki Murakami

tytuł oryginału: ノルウェーの森
tłumaczenie: Dorota Marczewska, Anna Zielińska-Elliott
wydawnictwo: MUZA
data wydania: 22 lipca 2013
data wydania oryginału: 1987
liczba stron: 320











              Jak dotąd czytałam (powiedzmy) dwa twory Murakamiego- pierwszy był zbiór opowiadań Wszystkie boże dzieci tańczą, który pozostawił jakieś mgliste wrażenie; drugi to była powieść Kronika ptaka nakręcacza, ale jej nie dokończyłam, była dość dziwna. Żadna z nich nie przekonała mnie do Murakamiego, ale dałam mu kolejną szansę, w końcu do trzech razy sztuka. I bardzo się z tego powodu cieszę, bo Norwegian Wood trafiło prosto w serce. Ała!
              Główny bohater, Toru Watanabe, wspomina swoją ukochaną Naoko. Tak naprawdę nie są to spisane wspomnienia z nią związane, tylko kilkanaście miesięcy z życia Watanabego, kiedy to nie tylko jest w zażyłych i zawiłych stosunkach z Naoko, ale także poznaje na studiach Midori. Tło dla powieści stanowi życie Watanabego w akademiku i w niewielkim stopniu to co działo się wtedy w Japonii (za opisem z okładki: wolna miłość, protesty na uczelni, itd.).
              W zasadzie nie wiem co napisać o tej książce. Być może oddziałuje ona, tak jak na mnie, tylko na niewielką garstkę ludzi. Mnie bardzo przypadli do gustu niezwykle żywi bohaterowie, i ten nieco ciężki nastrój. Nie polecam czytania jej kiedy jest się w lekkim „dołku”, bo można wpaść w jeszcze większy. No cóż, jak tu nie wpaść kiedy połowa bohaterów Norwegian Wood popełnia samobójstwo…
               Jak dla mnie Norwegian Wood to kopalnia ciekawych cytatów, a wręcz całych fragmentów. Dałam sobie spokój ze spisywaniem ich, po prostu zaznaczałam je kolorowymi znacznikami. I tak jak Murakami twierdzi, że Wielkiego Gatsby’ego można otworzyć na jakiejkolwiek stronie i trafić na ciekawy fragment, tak się z nim nie zgodzę, stwierdzam natomiast, że jest tak w przypadku jego książki.
               Jest to nieco smutna książka, ale ciekawa, dużo się w niej dzieje, a co najważniejsze dobrze napisana. Polecam każdemu! Choć wiem, że jest specyficzna i nie wszystkich poruszy tak jak mnie.


Kiedy patrzę na ten tekst z perspektywy czasu dostrzegam, że jest nieco chaotyczny i w żaden sposób nie oddaje mojego zachwytu. Ale wiem, że czasem jeśli jakaś książka nas poruszy czy szczególnie się spodoba ciężko o niej napisać.
I wprawdzie nie jest to krótko i na temat, ale jakoś miałam opory przed opublikowaniem tego tekstu osobno.




Piękni dwudziestoletni Marek Hłasko
 
wydawnictwo: Alfa
data wydania: 1989
liczba stron: 176














              To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Marka Hłasko i trochę tego żałuję. Wszyscy mówią o Pięknych dwudziestoletnich, ale nikt nie zastrzega, że to coś na kształt autobiografii... A jeśli się nie miało wcześniej żadnej styczności z autorem i nic się o nim nie wie, to jednak zły wybór. Choć z tego co zauważyłam niejedna osoba się tak "nacięła".
              Piękni dwudziestoletni to dość luźna i chyba w pewnym stopniu przejaskrawiona opowieść Marka o swoim życiu. Przy czym pisząc luźna mam na myśli to, że nie trzyma się on schematu w stylu opowiadanie po kolei wydarzeń ze swojego życia, raczej pisze swoje przemyślenia przy okazji wspominając o różnych sytuacjach, przytacza anegdotki. I choć wspomina Izrael czy inne kraje to pisze głównie o swoim życiu w Polsce. I oczywiście o pięknych dwudziestoletnich.
Wprawdzie czytałam baaardzo stare wydanie, które jeszcze chyba załapało się na cenzurę, jednak o dziwo widać w nim wszelkie absurdy PRLu.
               Jeśli mam polecać Pięknych dwudziestoletnich to tylko fanom autora, bo choć czytało się szybko i przyjemnie to ta przyjemność byłaby zapewne większa jeśli bym coś wiedziała o Hłasce. A tak przeczytałam książkę, którą pewnie za niedługo zapomnę, choć niektóre przemyślenia autora zostaną mi w pamięci.




Traktat o łuskaniu fasoli Wiesław Myśliwski


wydawnictwo: Znak
data wydania: 2010 (data przybliżona)
liczba stron: 398














              Traktat o łuskaniu fasoli pochłonęłam jednym tchem. Autor oczarował mnie od pierwszych stron, była to świetna literacka podróż napędzana lirycznym językiem i ciekawą historią starszego pana łuskającego fasolę. W połączeniu z dość dynamiczną "akcją" i ciekawymi wspomnieniami była to niezwykle zajmująca lektura. Traktat skłania do przemyśleń i opowiada historie, którymi można by obdzielić kilka istot. Dzięki niemu poznajemy realia polskiej wsi, czasy wojny i losy powstańców, przyglądamy się nauce narratora w specyficznej szkole, budzącą się pasję do muzyki, dowiadujemy się jak wyglądała praca w czasach PRLu i emigracja, a także odczuwamy bolesne echa wojny.
              Jest to książka wyjątkowa, którą poleciłabym każdemu kto potrafiłby ją docenić, do mnie dotarła niezwykle wyraźnie, wiele spisałam sobie z niej cytatów, na pewno do niej powrócę.





Nagi sad Wiesław Myśliwski


wydawnictwo: Muza
data wydania: 1997 (data przybliżona)
liczba stron: 245 











              W Nagim sadzie działo się mniej niż w Traktacie. Nigdy jednak nie dyskwalifikuje to dla mnie książki. Także było to coś na kształt opowiadania wspomnień, jednak w tym przypadku jest to wspominanie przez mężczyznę swojego ojca. Zupełnie nie spodobały mi się postacie w tej książce, język zaczarował mnie jak poprzednio, ale w pewnym momencie, przy nieinteresującej mnie akcji i postaciach, i on zaczął jakoś uwierać, sprawiać, że ciężko się czytało. I tak o ile Traktat bardzo mi się spodobał, tak Nagi sad ledwie skończyłam.
Cóż zdarza się, mimo to Myśliwskiego będę czytać dopóki nie przeczytam wszystkich jego książek :)

18 sierpnia 2015

"Wyznania gejszy" Arthur Golden i "Wyznania gejszy" Rob Marshall (2005)

tytuł oryginału: Memoirs of a Geisha
tłumaczenie: Witold Nowakowski
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2008
data wydania oryginału: 1997
liczba stron: 464












Po przeczytaniu tej książki, po zachwycaniu się Japońską kulturą, smakowaniu całej historii, zaczęłam zastanawiać się nad gejszami samymi w sobie. Prostytutkami, jak często są określane, ich nie nazwę, zbyt by to było płytkie i nie o to mi chodzi. Jednak artystkami z czystym sumieniem niestety też nie są. Jak ładnie powiedziano w filmie gejsza jest to "żywe dzieło sztuki", które można podziwiać, przede wszystkim jej talenty. Jednak nie opuszcza mnie myśl, która przyszła po zamknięciu książki: a co z żonami mężczyzn odwiedzających Gion? Chociaż to w zasadzie osobny temat.
Jeszcze z innej strony gejsze, aby stać się tym kim były musiały wiele wycierpieć i wiele poświęcić, a jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie wydawały się dość nieporadne.
Ciężko jednoznacznie ocenić zawód gejszy. Choć moim zdaniem oceniać już nie ma czego ani po co, można za to o nich poczytać.

Fabuły Wyznań przedstawiać nie będę.Krótko mówiąc można rzec, że to niewiele ponad zwykły romans, z jedną różnicą- dzięki tej książce możemy liznąć nieco kultury Japonii i to wyróżnia ten romans na tle innych i sprawia, że historia jest warta poznania.

Arthur Golden otworzył swą książką drzwi do barwnego świata gejsz, wciągnął mnie przy tym niesamowicie, oderwanie się od lektury było trudne. Na dodatek pokazuje on świat gejsz taki jakim jest, nie tylko rozrywkową część. Autentyczności całej historii dodaje fakt, że Sayuri nie wszystko pojmuje i opowiada po swojemu.
Chwilami miałam wrażenie, że takim kwiecistym językiem mogła posługiwać się tylko Japonka... Po czym uświadamiałam sobie, że autorem jest mężczyzna. Po prawdzie książka powstała na podstawie wywiadów z Mineko Iwasaki, więc być może nieco tego kwiecistego języka zaczerpnął dzięki kontaktowi z nią. W każdym razie autorowi nad wyraz lekko przychodziło posługiwanie się takim językiem.

Wyznania gejszy szczerze polecam, głównie kobietom. Jest to wprawdzie głównie romans, ale skłania do przemyśleń, trzeba mieć tylko lekki dystans do gejsz i ich zawodu, aby dać się porwać historii Sayuri.






Film jest dobrą ekranizacją, aczkolwiek kilka faktów zostało zmienionych. Domyślam się dlaczego zmieniona została historia przyjaźni Prezesa i Nobu, ale tego nie akceptuję i lekko mnie to zirytowało.

Kolejnym rozczarowaniem były kimona. Ja wiem, że pewnie niemożliwe było zdobycie tych prawdziwych, które wręcz są dziełem sztuki. Jednak po barwnie opisywanych książkowych kimonach, te filmowe wydały mi się oszukańcze i tanie. Musicie bowiem wiedzieć, że w książce kimona były jak obraz, w mojej wyobraźni były znacznie piękniejsze niż te które zobaczyłam na ekranie.
Generalnie książka jakoś mocno oddziaływała na moją wyobraźnię, szkoda, że film nie sprostał moim oczekiwaniom.

Mimo wszystko jest to ciekawy film. Oglądałam go już przed przeczytaniem książki i bardzo mi się podobał. W porównaniu do książki jest nieco płytki, ale poleciłabym każdemu.



Aktorka grająca Sayuri przykuwała oczywiście wzrok dzięki swoim niebieskim (soczewkom) oczom ;)
Ale mnie szczególnie spodobała się gra Li Gong, która wcieliła się w postać Hatsumomo. Choć zabrakło mi jednak trochę furii i złości jaką przejawiał jej książkowy pierwowzór, za to świetnie wypadła zwłaszcza w scenach z Koichim.
Natomiast tych, którzy odróżniają Azjatki może denerwować fakt, że Japonki zagrały Chinki, mnie to jakoś nie raziło, bo niezbyt odróżniam kobiety tej narodowości. Za to czymś co kłuje w USZY to to, że aktorzy mówili po angielsku... Z bardzo śmiesznym akcentem.









04 marca 2015

"Jeden dzień" David Nicholls i "Jedeń dzień" Lone Scherfig (2011)

tytuł oryginału: One day
tłumaczenie: Małgorzata Miłosz
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 2011
data wydania oryginału: 2009
liczba stron: 448












Kiedyś było głośno o tej książce, zwłaszcza kiedy pojawiła się ekranizacja. Moje pytanie brzmi: o co ten szum? Tę książkę wyróżnia jedynie forma- ciekawa, bo losy Dextera i Emmy opisywane są rok po roku, zawsze opisywany jest tytułowy jeden dzień, czyli 15 lipca, a na jego tle to co wydarzyło się w ciągu minionego roku. Może jeszcze broni się jednym wydarzeniem z końcówki. Poza tym jest to dość schematyczna obyczajówka. Nawet nie romans, nie znajdziecie tu momentów, podczas których kobiety będą zbiorowo wzdychać.

Skłamałabym jednak gdybym napisała, że jest to książka całkowicie do kitu. Początek mi się podobał. Poznajemy Emmę, zagubioną dwudziestokilkulatkę, której brakuje pewności siebie i nie wie co zrobić ze swoim życiem- trochę się z nią utożsamiałam, jak zapewne wielu innych młodych ludzi. Jako przeciwieństwo mamy Dextera- bogaty, przystojny, pewny siebie, odnoszący sukcesy, niemal zawsze mający to co chce.
Jednak dalsza część Jednego dnia mi się nie spodobała. Postacie Emmy i Dextera nie zaskarbiły sobie mojej sympatii, poza tym wydarzenia i dialogi wydały mi się jakieś odrealnione. Na dodatek brakowało postaci drugoplanowych, były może ze 3, którym autor poświęcił więcej uwagi.

Nie trafiła do mnie ta książka zupełnie. Oczekiwałam romansu, a dostałam coś co pretenduje do miana bardziej ambitnej książki, ale mnie nie przekonuje. I w zasadzie autor niby stara się coś przekazać, ale ja nic z tej książki nie wyciągnęłam.
Jeden dzień to książka jakich wiele, zwykła obyczajówka. Moja niska ocena wynika z tego, że zwyczajnie się z nią nie zgrałam, bo niezbyt podobał mi się styl autora, a bohaterowie to już w ogóle.
Książki nie krytykuję, ale też nie polecam.



Film jest bardzo dobrą ekranizacją i to był powód, dla którego się zawiodłam. Miałam po prostu nadzieję, że nie będzie się trzymał książki, więc może mi się spodoba. W zasadzie jest dobrą ekranizacją, bo niektóre dialogi są niemalże takie same jak w książce, niestety jest dość okrojoną wersją książki, co sprawia, że ktoś kto jej nie czytał może czuć się zagubiony i nie zrozumie części wątków. Na dodatek książka to jednak książka- jest bogatsza w wydarzenia i przede wszystkim w opis przeżyć bohaterów. Poza tym Emma i Dexter opowiadają co wydarzyło się w ciągu każdego roku, a filmowcy po prostu skaczą od daty do daty, dlatego ma się trochę wrażenie, że akcja pędzi byle do końca.
Ogólnie dało się to obejrzeć, ale nie poleciłabym go nikomu, już lepiej przeczytać książkę.

06 lutego 2015

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

wydawnictwo: Agora
data wydania: październik 2010
liczba stron: 216












Trochę nie wiedziałam czy o Listach napisać w ogóle (nad tym czy w osobnym poście czy w Krótko i na temat już nie wspomnę). Bo zazwyczaj jeśli w jakimś bohaterze odnajdę w jakiś szczególny, bolesny sposób trochę siebie to ciężko mi pisać o takiej książce (dlatego właśnie nie ma na blogu opinii o świetnym Norwegian Wood...). Ale jak powiedział Jeremi Przybora kiedy przekazywał listy od Agnieszki Osieckiej, że "literatura polska by nam tego nie wybaczyła", tak ja bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie wspomniała o nich na blogu. I dodam, że po prostu trzeba taką książkę polecić niezdecydowanym, a nieświadomym napisać o jej istnieniu.

Listy poznawałam po kawałeczku, dzięki także ciekawej (ileż tu dziś zachwalania!) stronie na facebooku o wdzięcznej nazwie: Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń- wzruszenie ramion.
Co jakiś czas czytałam fragment i myślałam "jakże oni się musieli kochać!", i po cichu planowałam, że sama się z nimi (listami oczywiście) zapoznam, w całości.
Kiedy już zapoznawać się zaczęłam to nie czytałam a słuchałam. Ale audiobook jakoś mi nie szedł. Zapomniałam o nich na jakiś czas, aż ujrzałam je w antykwariacie...
Dość będzie jeśli napiszę, że przepadłam na dwa dni. I powiem wam jedno- nie zadowalajcie się audio-, e- czy jakimś tam innym bookiem! Tylko prawdziwa książka! Wydanie naprawdę ładne, opatrzone dodatkowymi komentarzami i zdjęciami, czego w audiobooku oczywiście nie było.

Różnie można spojrzeć na tę książkę. Niektórzy ledwie dowiedzą się o czym (kogo) jest, a od razu odpowiadają kąśliwą uwagą, że Jeremi wtedy był żonaty. Ja spojrzałam na same listy, nie stricte na osoby, które je pisały, bo nawet nie kojarzyłam Agnieszki czy Jeremiego zanim poznałam fragmenty ich listów.
Jeśli już o autorach mowa- z początku Agnieszka ani trochę mnie nie interesowała, czytałam (słuchałam) dla pięknych słów jakie wyszły spod pióra Jeremiego, pięknie pisał o miłości, a Listy to dobre źródło cytatów. Później jednak w miarę jak Agnieszka odkrywała się przed swym ukochanym  (chociaż to listy, więc części rzeczy, o których nie piszą musimy się domyślać) zaczęła mnie interesować jej osobowość i doszłam do wniosku, że może nawet przeczytam coś o niej/jej.
Co zabawne jakoś o ich uczuciu czy może raczej romansie mało dziś słychać. Agnieszka Osiecka kojarzona jest raczej z Markiem Hłasko. I może to wszystko było takim wielkim uczuciem tylko na papierze... Mimo wszystko naprawdę przyjemnie się to czyta i przegląda. I cytuje :)

Listy na wyczerpanym papierze polecam raczej kobietom, bo jednak mało się znajdzie mężczyzn, których ta książka może zaciekawić.
Jeśli chodzi o Listy to oczarowana jestem zarówno wyglądem jak i treścią. I mimo, że niewiele tak naprawdę napisałam o książce, to cieszę się, że się przemogłam i napisałam cokolwiek.
Aczkolwiek dodam, że troszkę brakowało mi jakiegoś dokończenia tej historii, zwłaszcza, że ostatnie z listów są dość dziwne (te notatki Agnieszki). Choć z drugiej strony coś tam wspomniano w przedmowie, a szczegółowo opisywać jednak "nie przystoi"... Bo i tak dość odarto Jeremiego i Agnieszkę z prywatności (mimo, że Jeremi sam przekazał listy od Agnieszki).

Jeszcze jeśli chodzi o audiobook- głos Piotra Machalicy mi się podobał, za to Magda Umer niestety według mnie czytała jakby jej się nie chciało... I być może po części to mnie tak zastopowało w słuchaniu Listów.

02 lutego 2015

"Leningrad. Tragedia oblężonego miasta 1941-1944" Anna Reid

tytuł oryginału: Leningrad. Tragedy of a City Under Siege.1941-44
tłumaczenie: Wojciech Tyszka
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: marzec 2012
data wydania oryginału: 2011
liczba stron: 632



















Książka Anny Reid czas jakiś zbierała kurz na mojej półce z pewnego błahego powodu- "przerażała" mnie jej objętość. Uważałam, że do zabrania się za taką knigę potrzebuję dużo wolnego czasu, a jako że jestem [mało zorganizowanym] człowiekiem- oczywiście tego czasu nigdy nie mam.
Okazało się, że byłam w błędzie. Nie jest to jedna z tych książek historycznych, przez które się z mozołem przedziera, to jedna z tych, które się pożera. Na dodatek jej wymiary sprawiają wrażenie, że jest obszerniejsza, a w rzeczywistości jeśli odliczymy przypisy, et cetera to zostaje nam jakieś 580 stron, które to żadnemu molowi książkowemu nie straszne.

I choć to co napisałam powyżej w jakimś stopniu dotyczy mych wrażeń co do książki to już już przechodzę do tematu właściwego, czyli Leningradu.
Jak do tej pory wiedziałam tylko ogólnie o najgorszych rzeczach jakie miały miejsce w oblężonym Leningradzie (było zimno, panował głód), jest to pierwsza przeczytana przeze mnie książka traktująca o tym temacie, więc nie mam żadnego porównania. Wydaje mi się jednak, że Anna Reid odwaliła kawał całkiem dobrej roboty.

Książka podzielona jest na cztery części: Inwazja, Oblężenie się zaczyna, Umieranie, Czekając na wyzwolenie, a także dwie dodatkowe Wprowadzenie i Pokłosie.
Na końcu książki znajdziemy wiele przypisów, a do tych przypisów także jakieś dodatkowe notatki. Nigdy nie sądziłam, że będę czytać przypisy! Ale w przypadku tej książki warto, można jeszcze coś ciekawego, a takiego na marginesie, przeczytać.
W każdej części w mniejszym lub większym stopniu opisywana jest, obok sytuacji w Leningradzie, sytuacja polityczna i wojskowa. Co jakiś czas autorka przypomina co działo się wtedy na świecie lub na Froncie Leningradzkim. Przy czym jeśli chodzi o Front Leningradzki to przytacza wspomnienia żołnierzy obu stron.
I tak przeplata wspomnienia leningradczyków z takimi relacjami bądź opisami sytuacji politycznej, często na najwyższych szczeblach- cytuje także Hitlera i Stalina, opisuje ich reakcje, decyzje, błędy. Bardzo mi się to podobało, nie można autorce zarzucić wałkowania tylko jednego tematu.

Lenigrad. Tragedia oblężonego miasta 1941-1944 zaczyna się niemal jak książka beletrystyczna i jest utrzymana w podobnym tonie do końca. Nie raz autorka roztacza przed nami jakąś wizję, buduje scenę, dzięki czemu czytelnik ma wrażenie, że nie czyta książki historycznej, ale jakiś dobrze napisany pamiętnik z tamtego okresu. Pod tym względem jest to jedna z lepiej napisanych książek z tego gatunku jakie czytałam, wiedzę o opisywanym okresie przyswaja się naprawdę przyjemnie (o ile można w przypadku takiego tematu tak napisać...), nie ma samych suchych faktów, język nie jest toporny.

Leningrad stanowi spójną całość. Książka nie tylko opisuje sytuację na początku inwazji Niemiec na Związek Radziecki, widzianą także oczami leningradczyków, ale także na końcu opisane są pokrótce losy najobszerniej cytowanych pamiętnikarzy i refleksje na temat życia po wojnie, tak w sferze politycznej jak i w odniesieniu do "blokadników".
Myślę także, że warto zwrócić uwagę na ilość fotografii. Może nie jest ich na pęczki, ale i w tym aspekcie, jak na książkę historyczną, Leningrad "daje radę".

Moim zdaniem jest to dobry wybór jeśli chodzi o zapoznanie się z tematem blokady Leningradu.
Zapytacie: dlaczego? Przecież na pewno jest wiele innych książek na ten temat.
Po pierwsze język jest przystępny, po drugie sama autorka odsyła do innych ciekawych książek (np. fragment z przypisów: zob. fascynujące rozdzialy poświęcone (...) w:, ale także jej opinie o innych książkach zachęcają do zapoznania się z danymi tytułami). Poza tym Leningrad  zawiera niepublikowane dotąd fragmenty pamiętników blokadników, a także wywiady autorki z poszczególnymi bohaterami.
A wreszcie Anna Reid stara się spojrzeć na ten temat szeroko, co jej się moim zdaniem udało.