25 maja 2014

"Czarna bezgwiezdna noc" Stephen King

http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/57000/57944/352x500.jpgtytuł oryginału: Full Dark No Stars
tłumaczenie: Krzysztof Oblucki
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 18 maja 2011
data wydania oryginału: 2010
liczba stron: 488












Stary dobry King. A w zasadzie nie stary, bo Czarna bezgwiezdna noc to jeden z nowszych "kingów"- z roku 2010. Czekała dwa lata na półce, choć kiedy zobaczyłam zapowiedzi czekałam na nią z niecierpliwością; nie mogłam się jej doczekać, bo byłam jej bardzo ciekawa. I dobrze, że tyle się wyczekała, bo mój zapał ostygł i się nie rozczarowałam.

Powiedziałabym, że ten zbiór opowiadań to swoisty eksperyment. Po pierwsze jakoś tak odstaje od twórczości Kinga, choć wydał on tyle książek, tak różnorodnych, że na pytanie znajomego o czym on w zasadzie pisze nie potrafiłam odpowiedzieć (a przynajmniej zgodnie z prawdą)... W końcu ten pan nie trzyma się jednego gatunku, ponadto wydaje książkę praktycznie co roku od 40 lat! Po drugie, oczywiście, chodzi o treść.
Czarna bezgwiezdna noc traktuje bowiem o mordercach i o tym jak i dlaczego popełnili oni ten czyn. Można założyć, że King nie ma w tym doświadczenia, chociaż jak pokazuje jedno z opowiadań- można żyć z człowiekiem prawie trzydzieści lat i nie poznać jego najskrytszych i najmroczniejszych sekretów... ;)

Najbardziej w całym zbiorze podobało mi się pierwsze opowiadanie. Mamy tu klimat typowy dla książek Kinga- małe odizolowane od świata miasteczko (a w zasadzie jedną farmę). Uważam, że jest bardzo dobrze napisane, świetnie ukazana jest postać mordercy, zwłaszcza pod względem psychologicznym. Bardzo podobał mi się motyw "szczurzej królowej".
Pozostałe trzy opowiadania również całkiem dobrze napisane, ale że tak powiem "nie kupuję tego". Nie przekonał mnie King, zwłaszcza w przypadku drugiego i czwartego opowiadania, gdzie bohaterkami są kobiety. Stają się one morderczyniami bardziej z przypadku, choć w sumie kierowała nimi chęć zemsty. Jakoś nie przekonały mnie ich motywy i usprawiedliwienie dlaczego nie zgłosiły pewnych rzeczy odpowiednim władzom.

Wszystkie opowiadania mają mroczny klimat. Nie oznacza to wcale, że są "ciężkie", wręcz przeciwnie, czyta się je błyskawicznie.
Czarną bezgwiezdną noc oceniam jako średnią. Pierwsze opowiadanie bardzo mi się podobało, pozostałe przeczytałam, bo przeczytałam, ale nie wywołały we mnie większych emocji.
Miłym dodatkiem jest to, że autor w posłowiu napisał króciutką "genezę" tych opowiadań- gdzie i w jakich okolicznościach wpadł na pomysł napisania danego opowiadania.

ocena: 3/6

04 maja 2014

Dobry początek, słabe zakończenie (Filmy po raz 11)

Ostatnio rzuciłam się  na dwie serie książkowe- Sagę o wiedźminie (tę czytam ponownie) i Pieśń Lodu i Ognia. Ciężko mi pisać opinie o kolejnych książkach z serii nie powtarzając się (zwłaszcza jeśli chodzi o wiedźmina), więc zdecydowałam się nie wrzucać tu postów o tych książkach. Za to znalazłam zaległe opinie o kilku filmach. Filmy, summa summarum, mi się nie podobały, ale myślę, że mimo wszystko warto na nie zerknąć ;)

                                      Całkiem zabawna historia (2010)

Opis:
"Takie gwiazdy jak: Zach Galifianakis, Keir Gilchrist, Lauren Graham i Emma Roberts występują w podnoszącym na duchu filmie o poszukiwaniu spokoju ducha w najmniej spodziewanym miejscu. Czasem to co tkwi w Twojej głowie nie jest tak szalone jak myślisz… co zdecydowanie jest prawdą w przypadku Craiga (Gilchrist). Zestresowany nastolatek dobrowolnie zapisuje się do szpitala dla psychicznie chorych aby oderwać się na chwilę od codziennych problemów. Nieoczekiwanie zamiast odpoczynku odnajduje mentora (Galifianakis) i nową miłość (Roberts),  a przede wszystkim ma szansę zacząć wszystko od nowa. Urzekająca, dowcipna i mądra opowieść o dorastaniu, która jest tak naprawdę całkiem zabawną historią…"




Na Całkiem zabawną historię trafiłam przypadkiem przez jeden obrazek znaleziony w Internecie i gdy tylko dowiedziałam się z jakiego pochodzi filmu wiedziałam, że muszę go obejrzeć. A oto sprawca:
-Lubisz muzykę?
-Lubisz oddychać?
Zaczęło się naprawdę ciekawie. Kilka fajnych scen, całkiem interesująca postać dziewczyny (trochę zignorowana), główny bohater to taki przeciętny nastolatek, ale mocno przewrażliwiony. A może inaczej- wrażliwy i nieuodporniony na brutalność dzisiejszego świata, niepotrafiący radzić sobie z problemami.

Koncepcja tego, że nastolatek z własnej woli trafia do szpitala psychiatrycznego jest świetna. Kilka pierwszych dni też. Dopóki akcja i wykonanie nie zbliżają się do przepaści, dopóki rzeczony nastolatek nie zaczyna zbawiać świata, dopóki cały świat nie staje się dzięki niemu piękniejszy i połowa pacjentów z oddziału cudownie zdrowieje, życie nagle świetnie się układa. Zaśpiewajmy jeszcze jakiś gospel...

ocena: 3/6


                                          Piękne istoty (2013)

Opis:
""Piękne istoty" to film oparty na pierwszej części powieści autorstwa Kami Garcii oraz Margaret Stohl. Opowiada historię szesnastoletniego Ethana Wate'a, który mieszka na południu Stanów Zjednoczonych. W małym miasteczku Gatlin w Karolinie Południowej czas stanął w miejscu, a ludzie ciągle postrzegają wojnę secesyjną poprzez pryzmat "północnej agresji". Jednakże pierwszego dnia kolejnego roku szkolnego Wate (Alden Ehrenreich) spotyka tajemniczą Lenę Duchannes (Alice Englert), siostrzenicę lokalnego odludka (Jeremy Irons), a także... dziewczynę swoich marzeń. Ethan szybko odkrywa, że Lena nie jest typową nastolatką, a ich rodzący się związek nie opiera się tylko i wyłącznie na fizycznym przyciąganiu, lecz również na tajemniczej więzi, która już niedługo zmieni ich życie."




Tu też zaczęło się dość ciekawie, ale szybko zrobiło się nieciekawie. Kilka scen i pomysłów naprawdę dobrych. Ale całość za długa i trochę nudnawa.
Przede wszystkim spodobał mi się pomysł, SPOILER że po 16 urodzinach przeznaczenie wybiera czy czarownica stanie się dobra czy zła.  Poza tym duży plus za charyzmatyczną postać Ridley. A no i za samą przepowiednię i sceny z przeszłości, bardzo mi się podobały.
Książki nie czytałam, ale może kiedyś zerknę, zapewne jest lepsza od filmu.

ocena: 3/6


                                                Drive (2011)


Opis:
"Są mężczyźni, którzy wolność mają wpisaną w DNA. To oni jednym spojrzeniem potrafią złamać kobiece serce i sprawiają, że nie można o nich zapomnieć. Przyciągają jak magnes tajemniczym uśmiechem i obietnicą niebezpiecznej przygody. Takim mężczyzną jest Driver, chłopak, który za dnia pracuje jako kaskader, a nocami wynajmuje się jako kierowca gangsterów. Żyje, balansując na cienkiej granicy między rozsądkiem a brawurą. Do dnia, gdy pozna Irene i straci dla niej głowę. Nowa dziewczyna, wyglądająca jak anioł, rozpęta wokół niego prawdziwe piekło. Ich  "love story" pisane będzie czystą adrenaliną. Trzymający w napięciu jak "Bullitt", rozgrzeje publiczność nie tylko rykiem silników, ale przede wszystkim gorączką uczuć."




Ryan Gosling... Przez pierwszą połowę filmu śliniłam się na jego widok i dziękowałam Bogu, że jest w każdej scenie (ma dość specyficzną urodę i wiem, że większości się pewnie nie podoba, ja z koleżanką go wielbię ^^). Pierwsza połowa filmu była interesująca.
Druga nie. Ryan zaczął mi przeszkadzać, wkurzał mnie tym, że cały czas ma taką smutną minkę.

Należy zaznaczyć, że to kino akcji, nie jest ambitne. Chociaż próbuje być, ale mnie śmieszą te wszystkie filmy o zemście zranionego faceta. Jednak kiedy zaczynałam oglądać ten film nie miałam pojęcia, że należy do tego rodzaju.
Nie polecam. Chyba, że ktoś jest wielkim fanem (a raczej fanką) Ryana ;)

ocena: 2,5/5

13 kwietnia 2014

Krótko i na temat (5)

Chyba powoli wracam do czytania i blogowania, ludzie jednak są nie dla mnie, wolę książki :D



Zasłyszane w kiciu i gdzie indziej Jeffrey Archer

Zasłyszane w kiciu i gdzie indziej - Jeffrey Archertytuł oryginału: Cat O`Nine Tales And Other Stories
tłumaczenie: Dorota Malinowska-Grupińska, Danuta Sękalska
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2007
data wydania oryginału: 2006
liczba stron: 288










To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale zapewne nie ostatnie.
Rzadko podobają mi się zbiory opowiadań, ten jest wyjątkiem. Choć nie jest on jakiś wybitny. To dwanaście prostych historii, a autor ma lekkie pióro, czyta się je błyskawicznie.
Zakończenia rozdziałów są dość zaskakujące, choć nie niemożliwe do przewidzenia. Smaczku dodaje fakt, że są oparte na prawdziwych wydarzeniach. W znacznej części książka rozśmiesza, czasem po prostu nie sposób było się nie uśmiechnąć.
Polecam. Książka poprawiająca humor, troszkę takie czytadło, ale w pozytywnym sensie.

ocena: 4/6




Córka dyrektora cyrku Jostein Gaarder

 Córka dyrektora cyrku - Jostein Gaardertytuł oryginału: Sirkusdirektorens datter
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 2008
data wydania oryginału: 2001
liczba stron: 205
















Kiedy pierwszy raz podchodziłam do tej książki z jakiegoś powodu jej nie skończyłam. Oddałam ją do biblioteki, jednak zapisałam sobie z niej jeden cytat i prześladował mnie przez jakiś czas. W końcu postanowiłam dać tej książce drugą szansę.

Córka dyrektora cyrku to historia życia, którą spisuje jej narrator. Pierwsza część, w miarę obszerna, to opis jego dzieciństwa. Narrator, Petter, jest dzieckiem bardzo inteligentnym, zazwyczaj takie dzieci-geniusze mnie irytują (być może dlatego przerwałam czytanie za pierwszym razem), jednak w tej książce mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, polubiłam tego dzieciaka (oczywiście przy drugim podejściu). Jest to dość niezwykłe jak na mnie.

Jest to książka dobrze napisana i skonstruowana, do samego końca jesteśmy ciekawi co do pewnego wydarzenia, dopiero tuż zanim została wyjawiona pewna tajemnica domyśliłam się, ale nie potrafiłam w takie wyjaśnienie uwierzyć. Zakończenie pozostało otwarte, nie do końca mi się to podobało.

Jest też ciekawe spojrzenie na dzisiejszą kulturę, zwłaszcza na literaturę. Narrator nie jest pisarzem, ale obraca się w ich środowisku i ma kilka interesujących spostrzeżeń.
Petter gdyby go umiejscowić w dzisiejszych czasach sprawiałby wrażenie człowieka z innych czasów. Lepszych, moim zdaniem, kiedy choćby taki szacunek do siebie miał znaczenie, część tych przemyśleń wręcz dołuje, ale jest prawdziwa i warto dłużej się nad nimi zastanowić.

Córka dyrektora cyrku podobała mi się, choć nie zapałałam do niej jakąś wielką miłością. Mimo to polecam.

ocena: 4/6




Patrz na te arlekiny! Vladimir Nabokov
tytuł oryginału: Look at the Harlequins!
tłumaczenie:
Anna Kołyszko
wydawnictwo: Marabut
data wydania:1993
data wydania oryginału:1974
liczba stron: 200

opis: "Ostatnia powieść Vladimira Nabokova (1899-1977) to wykwintna uczta dla wielbicieli i znawców jego twórczości. Autor serwuje najwyborniejsze wątki, wety zabaw literackich. Kosztujemy najciekawszych jego przemyśleń na temat twórczości artystycznej i magii odwiecznych utarczek męsk-damskich, sycimy się oryginalnymm spojrzeniem na tożsamość i zaświaty, rozkoszujemy w zabawach literackich. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden szkopuł: przed zaśnięciem próbujemy wraz z bohaterem zawrócić z drogi, którą przyszło nam kroczyć... Wytężamy siły i nic! Rzeczywistość? Przeznaczenie? Strzałka czasu? Bilet w jedną stronę? I kto to wszystko wymyślił??? "



 Jak możemy przeczytać w opisie jest to ostatnia książka Nabokova. Nie byłam tego świadoma, bo często po prostu biorę jakąś książkę z bibliotecznej półki i zaczynam ją czytać, nawet bez zerkania na opis. Na pewno miało to wpływ na mój odbiór książki. Przede wszystkim nie dane mi było wyłapywać smaczków z innych książek Nabokova (przeczytałam do tej pory tylko Lolitę, więc dostrzegłam odniesienie jedynie do tej książki).

 Kiedy tak się zastanowię nad fabułą książki, to okazuje się, że niezbyt mi się podobała. Jednak Nabokov pisze takim stylem, tak pięknie bawi się słowami, że nie jestem w stanie powiedzieć, że mi się nie podobała czy jakoś ostro ją skrytykować.
 Dość ubawiło mnie to, że jest to dość krótka książeczka, a jej bohater zdążył ożenić się 4* razy :)

Nie napiszę za wiele o Patrz na te arlekiny!, bo raczej jest to powieść dla zagorzałych czytelników Nabokova, którzy na dodatek znają jego biografię. Ja ani nie przeczytałam zbyt wiele jego powieści, ani nie znam za bardzo jego biografii, więc pozostało mi jedynie delektować się jego stylem pisania.



*no dobra może nie do końca 4, ale następna kobieta już pojawiła się w jego życiu i miał zamiar się jej oświadczyć

11 marca 2014

"Gry wojenne. Patton, Monty i Rommel" Terry Brighton

tłumaczenie: Anna Sak
tytuł oryginału: Patton, Montgomery, Rommel: Masters of War
wydawnictwo: Znak
data wydania: 24 stycznia 2011
data wydania oryginału: 2008
liczba stron: 392















George Patton, Bernard Montgomerry i Erwin Rommel to postacie, które odegrały niezwykle ważną rolę podczas II wojny światowej. Warto przyjrzeć się ich dokonaniom i osobowościom.
Terry Brighton podjął się niewątpliwie trudnego zadania, jakim jest przybliżenie sylwetek tych trzech wielkich dowódców na kartach jednej książki. Czy mu się to udało? Zdecydowanie tak!

 Książka podzielona jest na trzy części. W pierwszej jest opisane dzieciństwo, lata młodzieńcze i kariera Pattona, Monty'ego i Rommla, ich udział w pierwszej wojnie światowej, a także blitzkrieg Rommla. Druga traktuje o kampanii w Afryce Północnej oraz na Sycylii i we Włoszech. Trzecia i ostatnia opisuje ostatnią fazę wojny, a więc desant w Normandii i działania mające na celu dotarcie do Berlina oraz to co działo się po kapitulacji Niemiec.

Autor opisuje nie tylko osobowości dowódców, ale także ich działania na wojennym teatrze, niekiedy spotkamy się nawet z opisem pojedynczej bitwy. Jednak nie ma sensu za dużo się po nich spodziewać, nie ma w nich szczegółowości. Nie chcę w tym momencie sprawiać wrażenia rozczarowania, wręcz przeciwnie, zostałam mile zaskoczona. Terry Brighton potrafił w swojej książce opisać wszystkie aspekty życia generałów. W wyważony sposób i bardzo umiejętnie opisał życie trzech wielkich dowódców splatając ich losy.
Narracja to trochę taka przeplatanka, raz czytamy o Rommlu, a raz o Montgomerrym, ale nie wprowadza to chaosu ani nie przeszkadza, w końcu ich losy są ze sobą powiązane.

 Nie czytam książek historycznych zbyt często, w zasadzie dopiero niedawno zaczęłam. Mam za sobą pozycje napisane dość topornym, naukowym językiem, dlatego Gry wojenne były dla mnie miłą odmianą. Język tej książki jest dość "lekki", co sprawia, że każdy, nawet laik, będzie ją czytał z przyjemnością, niektórzy nawet twierdzą, że jest napisana jak thriller.
Niestety z tego samego powodu moja wiedza o historii jest niewielka, dlatego ciężko mi zweryfikować informacje podane w tej książce. Większość jednak, poza jedną, brzmi wiarygodnie, więc sądzę, że jest dobrym źródłem pozyskiwania wiedzy o tych trzech postaciach. (poza tym zrobiłam mały research w Internecie i poczytałam kilka recenzji na portalach historycznych/militarnych, co do tego aspektu recenzenci nie zgłaszali żadnych zastrzeżeń)

Dodatkowym plusem jest to, że autor wiele razy oddaje głos samemu Pattonowi, Rommlowi czy Monty'emu cytując ich listy czy rozmowy, a także członkom ich sztabów, przyjaciołom, rodzinie. Dzięki tej książce możemy poznać osobowości dowódców, a nie tylko ich dokonania militarne.

Gorąco polecam Gry wojenne każdemu miłośnikowi historii, to dobra okazja by zapoznać się z sylwetkami Rommla, Pattona i Monty'ego.

03 marca 2014

"Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski



http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/103000/103078/352x500.jpg
seria/cykl wydawniczy: Saga o wiedźminie tom 2
wydawnictwo: superNowa
data wydania: 2010
data wydania oryginału: 1993
liczba stron: 344











 Sagę o wiedźminie czytałam już kilka lat temu (choć zbiory opowiadań całkiem niedawno- jakieś 3 lata temu), wydarzenia z niej zamazały mi się w pamięci, już nawet nie pamiętałam tak dobrze wrażenia jakie na mnie wywarła. Tym lepiej! W tym momencie cieszę się, że mam taką słabą pamięć :) Mogłam zachwycić się światem wykreowanym przez Sapkowskiego na nowo, mogłam znów przeżywać wraz z bohaterami wydarzenia, mogłam dziwić się co do niektórych (zwłaszcza zaskoczyło mnie ostatnie opowiadanie i imię Triss w pewnym miejscu, cóż, jak widać moja pamięć jest naprawdę słaba, bo nie pamiętam co się stało z Triss na końcu sagi).

W tym zbiorze opowiadań jest wiele smutku. Geralt nieraz doświadcza pogardy ze strony ludzi, ludzi którzy myślą, że są lepsi od niego. Często jest zgoła odwrotnie. I wydaje się nie dostrzegać tego, że inni potrafią być dla niego dobrzy, szanują go, lubią. Z uporem podkreśla swoją inność, uważa to za coś złego.
Do tego dochodzą problemy miłosne. Oczywiście z Yennefer. Bo przeznaczenie nie wystarczy, potrzeba czegoś więcej. Ta para jest już chyba legendarna, wszyscy, nawet oni, wiedzą, że są sobie przeznaczeni, a jednak nie są razem... Po lekturze tego tomu zapewne wszyscy nienawidzą Yennefer :)

Odniosłam wrażenie, że te problemy, rozterki, wzniosłe słowa uatrakcyjniają sagę, bo tym samym nie jest ona "pustą" przygodówką, rąbanką bez refleksji jakich wiele, jednak jednocześnie, moim zdaniem, ocierało się to wszystko o granicę banału. Mam tu na myśli zwłaszcza wątek miłosny.
I to chyba jedyna wada jaką dostrzegam. Poza tym mój stosunek do całej sagi graniczy z uwielbieniem :)

Opowiadaniem, które najbardziej mi się podobało jest Trochę poświęcenia. Jest świetne, ale zakończenie... Brak mi słów, okropne! Co do samego opowiadania, lubię je, bo możemy trochę lepiej zrozumieć Yennefer, a na dodatek Jaskier jest tu ukazany z trochę innej strony.

Czy warto się w ogóle wysilać, żeby polecać tę książkę? Jeśli ktoś jeszcze nie czytał... jest to dla mnie niezrozumiałe :) Nie dość, że kawał dobrej fantastyki to jeszcze z naszego polskiego podwórka! Pozycja obowiązkowa.



Taka ta moja opinia trochę chaotyczna ^^' Ale pisałam już o tym zbiorze opowiadań, nie chcę się powtarzać, napisałam głównie o tym co najbardziej odczułam przy czytaniu :)